Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2023

Krótki pobyt w Stanach Zjednoczonych

 Jak wiecie z mojego poprzedniego wpisu wiecie, że dotarłam do Chicago

Prosto z lotniska wynajętym samochodem razem z pilotami udałam się do Battle Creek. Co ciekawe, ten blog zaczyna się od wpisów z tego miejsca!

Śniadanie w hotelu nie było wliczone w cenę, piloci wybrali miejscówkę 🤷‍♀️.
Po tym jakże zdrowym początku dnia udaliśmy się na małe zakupy, żeby załadować samolot.
W tej firmie standardem jest storczyk na pokładzie. Musiałam kupić nowy, bo przy wlocie do Stanów Zjednoczonych trzeba wszystkie świeże produkty wyrzucić.

Puszki upchane, teraz trzeba przygotować łóżka na nocny lot.

Z Battle Creek przelecieliśmy na pusto do Nowego Jorku. Tam mieliśmy jeden nocleg. Lokalizacja hotelu była bardzo słaba, pogoda nie dopisała no i jeszcze jet lag.... Skończyło się na zakupach, siłowni i drzemce przed lotem. 
W tym hotelu śniadanie było wliczone. Stany i ich kawa...

Duży pokój miałam z pełną kuchnią. Zakupy na lot w lodówce.

Kiedy hotel reklamuje się, że ma basen... Trzeba wziąć na niego poprawkę.


Za to siłownia bardzo przyzwoita.
Szkoda, że nie miałam więcej czasu. Ostatnio mało latam do Stanów. 😪
W następnym wpisie opowiem Wam o locie do Europy.

niedziela, 12 września 2021

Turkish Airlines i Izimir

 Po tylu relacjach z Islandii czas na bardziej lotniczy wpis. Mogę się pochwalić, że do pracy ostatnio leciałam z Turkish Airlines.

 Leciałam LOTem do Istambułu i tam przesiadka na Izmir. Bagaż mi  przerzucili, ale nie wyjechał on z innymi... Okazało się, że jak zaczyna się lot poza Turcją, to bagaż jest na międzynarodowym terminalu. Trochę mi zajęło znalezienie właściwego miejsca. Na szczęście moja walizka tam była. Drugi problem: taksówki. Płatność tylko tureckimi lirami....

Kiedyś leciałam już tureckimi liniami, był to długi lot z Singapuru przez Istambuł. Pamiętam, że bardzo smakowało mi ich jedzenie i byłam pod wrażeniem serwisu. Na tym locie  - 45min - dostaliśmy kubeczki z wodą.

Przed wejściem do samolotu wręczono nam takie zestawy higieniczne. W środku znajduje się maska i mokre chusteczki. Samolot wyposażony był też w telewizorki. Można było posłuchać muzyki lub obejrzeć krótkie filmy dokumentalne. Trzeba jednak mieć swoje słuchawki z kablem (takie do androida dają radę).

Zdjęcie z oficjalnej strony. Co do mundurów, to trochę ciężko się w nich połapać. Były dziewczyny ubrane na czerwono i na szaro. Nie wiem, czy to zależy od stażu, czy mogą sobie dowolnie wybierać. Mi się podobają ich stroje, oprócz kapeluszy rzecz jasna. ;)

A Izmir? Ładne miasto (wiecie, takie z bałaganem), w którym nie miałam dużo czasu. 

Odwiedziłam supermarket - zakupy na samolot. A wieczorem poszliśmy na bazar.

I zjadłam prawdziwy kebab. Super pyszny. Polecam!

Tak zaczęłam kolejną rotację. Więcej w następnym wpisie.


niedziela, 5 września 2021

Islandia praktycznie

 Po tym, jak Wam przedstawiłam naszą trasę podróży, czas na kilka informacji praktycznych.

Lot.
Wykupiliśmy bilet Wizzair. Z jedną walizką na dwie osoby wyszło nam po 1300zł. Poza sezonem lub z dużym wyprzedzeniem można znaleźć tańsze oferty. Lot był bezpośredni z Warszawy. Przelot trwa ok 4 godzin, jedyny minus to rozkład lotów. Przylatuje się w środku nocy i wylatuje w środku nocy.
Wymagane było szczepienie, test w j.angielskim (może być ten tańszy antygenowy) oraz wypełnienie formularza na stronie islandzkiej. Sprawdźcie jednak te wymogi tuż przed swoją podróżą.

Transport.
Wynajęliśmy samochód z IcePol. W sezonie bardzo trudno w ostatniej chwili o pojazd. Koszt 8000zł z ubezpieczeniem (nie obejmuje opon i utopienia). 

Mieliśmy Hyundai Tuscon. Jeżeli chcecie spać w samochodzie możecie spróbować w Happy Campers (podobne samochody ma IcePol). Problem jest taki, że kamperem nie wszędzie wjedziecie. Nawet naszym z napędem 4x4 nie udało się nam przekroczyć czwartej rzeki w drodze do Thorsmork.

Jeżeli nie chcecie wynajmować samochodu, to są specjalne wycieczkowe autobusy, którymi możecie zwiedzić największe atrakcje. Natomiast transport publiczny praktycznie nie istnieje poza miastami.

Przepisy drogowe.
Na głównych drogach dopuszczalna prędkość 90km/h i światła. W tunelach 70km/h. W mieście 50km/h lub mniej. W parkach narodowych 50km/h. Mandaty za przekroczenie prędkości zaczynają się od 1000zł w górę. Są samochody policyjne z radarami, nieoznakowane radiowozy i radary. Nie poszalejecie.
Jeżeli wybieracie się na F Roads, to na znakach jest wyraźnie napisane, że samochód ma być z napędem na cztery koła. Widzieliśmy jednak kilka osobówek po drodze. Drogi F - to drogi szutrowe, większa ich część jest zamykana jesienią i otwierana wiosną. Część przecina rzeki, na te potrzebujecie nie tylko 4x4 ale też wysokiego zawieszenia. Pamiętajcie, że ubezpieczenie nie pokrywa zalania.
Na http://www.road.is/ możecie sprawdzić stan dróg i czy są jeszcze otwarte.
Uwaga! Niektóre tunele są płatne, można je ominąć nadrabiając wzdłuż fiordu.

Noclegi.
Myśmy wybrali spanie na kempingach (w samochodzie jak w Omanie). Od razu Wam napiszę, żeby nie brać Camping Card. Jest to karta, która teoretycznie powinna Wam zaoszczędzić na opłatach kempingowych. Nam przez 13 dni pobytu dla dwóch osób ledwo się zwróciła - a i tak musieliśmy pod koniec nadrabiać lub wracać z drogi, żeby spać na konkretnym kempingu. Za mało jest miejsc należących do tego programu. To oczywiście tylko nasze wyliczenia, przy podróży z dziećmi, może Wam wyjść inny rachunek.
Jeżeli nie podróżujecie dużym kamperem, to pewnie tak jak my, będziecie rozczarowani bazą pól namiotowych na Islandii. Wiele z nich to kawałek trawnika z przenośną toaletą i zimną wodą w zlewie. Prysznice bardzo często są dodatkowo płatne (często automaty na monety 100IKS=1 minuta ciepłej wody). Na wielu brakuje kuchni (musicie mieć wszystko swoje), nie ma WiFi, ani nawet ławki, żeby usiąść i zjeść. Z plusów - bardzo często nikt nie zjawia się po opłaty, a jak już jest, to zawsze można płacić kartą kredytową.
Od kilku lat nie wolno na Islandii spać na dziko, podobno mieszkańcy dzwonią na policję, żeby takich noclegowiczów przepędzić. Trochę im się nie dziwię, kilka razy zbieraliśmy śmieci na postoju po poprzednich użytkownikach (raz nawet były to opakowania po polskich produktach). Jest mało koszy na śmieci, ale zawsze można mieć ze sobą worek w samochodzie i zabrać swoje odpadki.

Prysznice i toalety.
Tylko na jednym kempingu prysznice były wliczone w cenę. Wszędzie indziej trzeba płacić. Większość publicznych toalet (tych na stacjach benzynowych, przy atrakcjach, w restauracjach) jest tylko dla klientów lub płatna. Często jest jakieś pudełko na monety i nikt tego nie pilnuje, ale raz stała na stacji pani, która kasowała.

Źródła geotermalne.
Te najbardziej znane Blue Lagoon, Sky Lagoon, czy Myvatn Nature Baths są oczywiście płatne.
Na Islandii jest jednak sporo bezpłatnych miejsc, gdzie można wymoczyć się w gorącej wodzie. Ich lokalizację możecie sprawdzić na przykład tutaj.

Co zabrać ze sobą?
Ciepłe i nieprzemakalne ubranie! Nawet w sierpniu zmarzliśmy. Muszę tu podkreślić, że mieliśmy bardzo dużo szczęścia z pogodą i nigdy nie przemokliśmy. Jednak przygotujcie się na to, że na Islandii często pada i jeszcze częściej wieje.
Krem do opalania - w górach może Was spalić.
Buty trekkingowe (jeżeli macie miejsce to kijki).
Kostium kąpielowy i ręczniki.
Czołówki lub latarki.
Ciepłą pidżamę i śpiwór ( w nocy temperatura spada do 5 stopni).
Kosmetyki i leki.
Wszystko do przygotowywania jedzenia (jeżeli planujecie spać na kempingach).
Jedzenie i alkohol - im więcej zabierzecie ze sobą, tym lepiej dla Waszego budżetu.

Tak wyglądała połowa naszej walizki. Zabraliśmy: ser żółty, suchą, kabanosy, serki topione, pasztety, owsiankę, chleb, kawę, herbatę, gotowe makarony z sosami (wlewa się 500ml wody i gotuje 10min), kasze i risotto (również gotowe dania, tylko się podgrzewa). Mieliśmy Jetboil, kubki, talerze i sztućce. Jeżeli wynajmujecie samochód od IcePol, to zapytajcie, czy Wam nie wypożyczą śpiworów, kuchenki itp. Zaoszczędzi Wam to miejsca w bagażu - na więcej jedzenia. ;)

Co kupić przed kempingiem.
Po przylocie koniecznie udajcie się do Bonusa lub Kronana. Są to najtańsze supermarkety (takie Biedronki). Za butlę z gazem zapłacicie 560ISk, a na stacji benzynowej kosztuje ona 1500ISK. Jest ich sporo na południu, natomiast na północy trudno znaleźć sklep.
Kupowaliśmy (ceny w przybliżeniu):
chleb ziarnisty - 700ISk
chleb tostowy - nie pamiętam ceny, chyba 300ISK?
pasztet 190gr - 345ISK
jabłka- 300ISK
banany - 250ISK
ciastka (bonusowska marka) - 200ISK
woda - 100ISK za 2lt (Musicie kupić tylko raz, żeby mieć butelki. Na Islandii pije się wodę z kranu.)
orzeszki ziemne - 200ISK
papryka - 250ISK
ogórek - 200ISK
cebula- 150ISK (?)
jogurt - 190ISk-260ISK
Ceny tak średni 3x jak w Polsce. 

Paliwo.
Przejechaliśmy 3200km ze średnią prędkością 48km/h (FRoads się do tego wyniku przyczyniły). 1lt Diesel - 236ISK. Wyszło nam po ok1500zł na głowę. Pamiętajcie, żeby mieć zawsze przynajmniej połowę baku, stacje benzynowe nie występują na bocznych drogach. Wiele z nich jest samoobsługowych. Nie używajcie opcji "Fill up", bo na karcie zablokuje Wam 250$. Tankowaliśmy zawsze za 5000ISk (trzeba podać za ile się tankuje, a następnie przyłożyć kartę do czytnika), to było takie pół baku.

Jedzenie.
Tak jak już się pewnie zorientowaliście, robiliśmy głównie własne. Bardzo nam przeszkadzał brak kuchni na kempingach wieczorami, bo musieliśmy siedzieć w samochodzie i chronić na Jetboil od wiatru, żeby cokolwiek ciepłego zjeść. Poza tym po 10 dniach takiego jedzenia organizm domaga się tłuszczu.
Fish and chips z budki - 1900ISK (obok dużego Bonusa w Keflaviku są najlepsze).
Fish and chips w restauracji -3200ISK
Hot-dog na stacji benzynowej - 350ISK
Śniadanie w restauracji na kemping -1750ISK
Dodatkowy drink w Blue Lagoon - 1750ISK

Śniadanie z takim widokiem - wynagradza trudy spania w bagażniku samochodu!

Cztery razy natomiast zatrzymaliśmy się na kawie (taki mały luksus). Średnia cena 550ISK. Ciasto 1000ISK. Tutaj akurat lokalny pączek z kardamonem za 400ISK.

Roaming na Islandii zależy od Waszego operatora. Wyspa jest wliczana do Strefy A - tak jak Unia Europejska. Ciekawostka, Islandia jest w Szengen (można lecieć z dowodem), ale nie w Unii.

Nasza ulubiona stacja radiowa to Bylgjan (104,1FM) ma najlepszą muzykę i najmniej gadają. W górach nie ma zasięgu radia, GPS, Internetu ani telefonu. Przed wyjazdem załadujcie sobie jakąś mapę offline. 

To by było na tyle z moich wakacji na Islandii. Jeżeli macie jakieś pytania, to piszcie śmiało!

sobota, 8 maja 2021

Jedzenie na pokładzie prywatnego samolotu cz.II

 Po ostatnim wpisie pojawiło się kilka pytań odnośnie jedzenia serwowanego na pokładzie prywatnego jetu. Dlatego dziś wracam do tego tematu.


Ciężko jest mi wyjaśnić osobie z zewnątrz na czym polega prawidłowo złożone zamówienie. Prawda jest taka, że często sama mam z tym problem. W wielu miejscach na świecie dostępność produktów, czy ich jakość jest bardzo ograniczona. Musimy wziąć pod uwagę także różnice kulturowe.


I tak w Stanach Zjednoczonych porcje zazwyczaj są bardzo duże i bardzo proste. Ciężko jest zdobyć bardziej wyrafinowany katering. Kilkakrotnie prosiłam o małe kanapeczki, a dostawałam trójkątne kanapki jak z supermarketu; czy też na zamówieniu widniał świeży sok, a dostawałam taki w butelce.
We Francji porcje są malutkie i bardzo ładnie podane, wręcz artystycznie. Z drugiej strony jednak pasażerowie nie najadają się (dla niektórych jest to ważne) i może zdarzyć się, że jest to przerost formy nad treścią.
W Arabii Saudyjskiej nie zamówimy wieprzowiny, a i z zamówieniem alkoholu jest duży problem.
Latając z Indii natomiast do każdego zamówienia trzeba dodać "not spicy!"
Jeżeli chodzi o Azję, to w takim Singapurze można zdobyć wszystko, ale już gdzieś w Chinach zamówienie europejskiego menu graniczy z cudem.
W Azji zawsze były super świeże soki i owoce.


Ogólnie w Europie latanie jest łatwiejsze. Katering jest ogólnodostępny, poza nielicznymi wyjątkami- jak Włochy wcześnie rano. I trzyma poziom. Przypuszczam również, że jest to kwestia mojego przyzwyczajenia do pewnych potraw i jak one mają wyglądać i smakować.

Kanapeczki serwowane jako "welcome table" lub do drinków. Na chlebie, ale też na krakersie, ogórku, serze, połówce pomidora, czy w typie szaszłyk. W Europie to standard, poza kontynentem różnie bywa. Zazwyczaj mam ich zdjęcie w telefonie i gdy zamawiam z dziwnego miejsca, to wysyłam je jako przykład o co mi chodzi.
Ogólnie, często zdarza mi się załączać zdjęcia potraw, produktów lub nawet przepis, żeby mieć pewność, że moi pasażerowie otrzymają to, o co prosili.

Koniecznie napiszcie, jeżeli macie więcej pytań!

sobota, 17 kwietnia 2021

Jedzenie na pokładzie prywatnego samolotu

Na mojej stronie FB jeden z czytelników zaproponował temat jedzenia zamawianego na pokład samolotu. Trochę zwlekałam z tym wpisem, bo sprawa jest bardziej skomplikowana, niż by się mogło wydawać.
Przede wszystkim okazało się, że nie mam zdjęć związanych z tym tematem na komputerze. Do tego co firma to zwyczaj, co pasażer to zwyczaj, co lot to zwyczaj....

Są firmy typu NetJets, które mają określone menu i z nich pasażerowie wybierają, co chcieliby zjeść na danym locie. Mogą mieć jakieś dodatkowe zachcianki, ale zajmuje się tym odpowiedni dział w firmie, a nie załoga. Stewardessa tylko wykłada wszystko podgrzane na talerze, zawsze w ten sam sposób. Działają oni trochę jak ekskluzywna linia lotnicza. Od tego scenariusza są jakieś wyjątki, nowe destynacje albo prośby o zakup produktu ze sklepu.

Z drugiej strony, są firmy i operacje, w których dużo większą pracę wykonuje personel pokładowy. Zaczyna od znalezienia restauracji/firmy kateringowej, ułożenia menu (z uwzględnieniem życzeń pasażerów), zamówieniu, podaniu i jeszcze na koniec jest sprzątanie. 😏

Co zamawiamy najczęściej? Dużą popularnością cieszy się nadal kuchnia japońska, włoska nigdy nie wyszła z mody, a francuskie śniadania, sery i desery są stałą częścią pełnego menu.
Tyle jeżeli chodzi o teorię. W praktyce wszystko zależy od życzeń pasażerów.

Jak wiecie, ostatni mój stały etat był na samolocie z rosyjskim właścicielem. Dlatego najwięcej potraw goszczących w moim galley'u pochodziło z tego kręgu kulturowego. Mój szef cenił sobie barszcz,  rosół, plemnini, kurczaka, kaszę gryczaną i ziemniaki. Zdarzało mu się też prosić o sushi i makaron. Na śniadanie zawsze omlet, a na deser ciastka z supermarketu 😂.

A jak wygląda zamówienie na katering z Malediwów na lot czarterowy? Dla zainteresowanych wklejam poniżej.

butter portions
assorted bread rolls
Fresh Orange Juice
Fresh Honeydaw Juice
small bouqet of fresh herbs for garnish

LUNCH

caprese salad 
chicken cesar salad (pls put all dressings separate)
Beef Lasagne
Penne Arabiatta with Smoked Salmon
sliced fruit platter

DINNER

Goose Liver Canapes with Apricot Compote
Smoked Salmon Canapes with Fish Roe
Marinated Feta Cheese with Semi Dried Tomato Canapes
Greek salad
Lobster and Potato Salad
Maldivian Tuna Curry with Capatti
Chicken stuffed with Ricotta Cheese and Spinach
cheese selection platter -(pls include different kinds of cheese, garnish and crackers)
chocolate profiterole
Coconut Panacotta 

W przypadku tego zamówienia miałam wolną rękę. Pasażerowie poprosili tylko o sałatkę Cezar z kurczakiem i Caprese. Chcieli też coś lokalnego.
Największym ograniczeniem dla mnie był tu budżet oraz możliwości kateringowe. Na Malediwach o dobre jedzenie nie jest trudno, ale dostawa z pięciogwiazdkowych hoteli łodzią motorową to koszt 500$. To zabrałoby większą część mojego budżetu na lot. Dlatego musiałam złożyć zamówienie u lotniskowego dostawcy.

Chcecie wiedzieć więcej? Podobał się Wam taki wpis?
Koniecznie napiszcie!

poniedziałek, 21 września 2020

Estonia praktycznie

 Do Tallinna polecieliśmy bezpośrednim LOTem. Co ciekawe w rejsie powrotnym na pokładzie było 10 osób.... czasy Covidu. 

Hotel w stolicy mieliśmy dzięki nazbieranym punktom w programie Marriotta. 
Na drugi dzień wynajęliśmy samochód w National. Najtaniej wychodzi wzięcie samochodu przez internet i ubezpieczenie go na miejscu (my wybraliśmy pełne ubezpieczenie na dwa dni - 58 euro). Trzeba też pamiętać o wyborze samochodu bez limitu kilometrów - jeżeli zamierzacie jechać na wyspy lub gdziekolwiek dalej.
Na wyspie spaliśmy w takim domku. Na jedną noc super sprawa. Łazienka była w osobnym baraczku. Właściciel przyszedł wieczorem na pogawędki. Jedyny minus, we wrześniu - po sezonie turystycznym, lokalne restauracje są zamknięte. Trzeba zaopatrzyć się w jedzenie na kolację i śniadanie w supermarkecie.
W Estonii są bardzo ostre przepisy drogowe. Poza terenem zabudowanym można jechać 90, w mieście 50, a miejscami nawet 30. Jest dużo radarów, a mandaty bardzo wysokie i podobno przychodzą do Polski bardzo szybko.
We wrześniu pogoda nas nie rozpieszczała, ale od czego są kurtki przeciwdeszczowe?
Bluza i kurtka. Wszystko spakowane w bagaż podręczny, dzięki temu bilet lotniczy jest tańszy (400 zł od osoby).
Po mieście poruszaliśmy się tramwajem lub na piechotę. Obecnie nie można kupić biletu u sprzedawcy.  Na lotnisku jest automat, zakupiony tam bilet należy zeskanować wchodząc pierwszym wejściem. W mieście można zakupić w kioskach kartę (depozyty 2 euro do odebrania przy zwrocie), którą doładowuję się wielokrotnością 1,5 euro. Przy wejściu do transportu należy ją przystawić do czytnika, strzałkami można wybrać ilość biletów. We dwójkę korzystaliśmy z jednej karty.
 
Ceny w Tallinnie są europejskie. Zjedzenie obiadu poniżej 20 euro udało się nam tylko w kafeterii i w średniowiecznym bistro znajdującym się w ratuszu.
Jedna zupa, kiełbaski, paszteciki - wszystko podawane bez sztućców. Razem z piwem i winem  15 euro.
Pierre - kawa, herbata i kawałek tortu - 13 euro. Tort warty swej ceny, a samo miejsce jest bardzo urocze.
Tradycyjna kuchnia, to śledzie, kasze, smażony chleb (pycha), kapusta, wieprzowina - czyli wszystko co ciężkie i zapychające. Ich ciemny chleb tak nam posmakował, że zabraliśmy go ze sobą do domu. Oprócz tego kupiliśmy drobne pamiątki wykonane z drewna. 
Ogólnie bardzo udany wypad i serdecznie Wam polecam Estonię na spokojny weekend.

sobota, 31 sierpnia 2019

Tokio dzień drugi

Zgodnie z przewidywaniem, po drugim dniu zaczęliśmy otrzymywać sygnały od firmy, że pasażer chce wracać. U nas tak jest, więc specjalnie się nie zdziwiliśmy.
Na szczęście wiadomości zaczęły przychodzić wieczorem, czyli cały dzień mieliśmy jeszcze spokój i mogliśmy zwiedzać.

Zaczęliśmy od Świątyni Senoji, czyli najstarszej pagody buddyjskiej w Tokio. Miejsce ładne, ale widziałam większe i ładniejsze.
Jak widać pogoda nie pomagała w robieniu zdjęć, ale przynajmniej nie było tak gorąco jak pierwszego dnia.
Świątynia położona jest w bardzo fajnej dzielnicy Asakusa. Szczególnie wieczorami warto się tam wybrać. Wokół jest sporo małych restauracji i sklepów z rękodziełem.
Następnie udaliśmy się na wczesny obiad - bo nasze zegary biologiczne są całkowicie przestawione i 11 rano to akurat czas na sushi.

Poprzedniego dnia jedliśmy tak ryż i ramen. Wybiera się na ekranie, co się chce. Tutaj dodatkową atrakcją było to, że sushi wyjeżdżało na tych półkach i automatycznie zatrzymywało się przed odpowiednią stacją.
Po długiej drzemce w hotelu, wieczorem udaliśmy się do dzielnicy Ginza. Słynie ona z zakupowego szaleństwa, ale ma też bardzo spokojną część z tradycyjnymi restauracjami i stoiskami na ulicy z jedzeniem.

Tu dla odmainy był automat przy drzwiach, Wkładało się pieniądze i naciskało numer.Maszyna wydawała resztę oraz bilet, który wręczało się obsłudze.
A to cały lokal, jak widać malutki. Siedzi się ciasno przy tych małych biureczkach, a za ladą dwie osoby gotują.
A to właśnie ramen - rosół z dodatkami.
Niestety Tokio, to nie do końca prawdziwa Japonia. Miasto jest niezwykłe, ale na dłuższą metę, nie ma co tu zwiedzać.


czwartek, 11 lipca 2019

Hel

Wierna czytelniczka zauważyła, że byłam na Helu. I zadała pytanie, skąd ta decyzja. Od początku więc.. Jak wiecie, studiowałam w Poznaniu. Ostatni raz byłam tam pewnie ze 3 lata temu. Ponieważ nadal utrzymuję kontakt z dwoma koleżankami z dawnych lat, to w te wakacje postanowiłam je odwiedzić.
-"Jedziesz na kawę do Poznania?" - spytał mój znajomy -"jedziesz pociągiem prawie cztery godziny, żeby wypić kawę i wracasz?" - nie mógł uwierzyć.
Po pierwsze w pociągach teraz dają kawę i są wagony bezprzedziałowe, gdzie można wygodnie poczytać książkę.
Po drugie planowałam spać w Poznaniu.
Moje plany uległy zmianie, po tym jak się okazało, że koleżanki mają zajęte soboty, a owy znajomy wybiera się większą grupą na Opener'a. Nie zostało mi nic innego, jak dołączyć do nich i udać się na Hel. Notabene, nigdy nie byłam na tym półwyspie... 😀

Śniadanie w Gdyni z widokiem na plażę.
Po noclegu w Gdyni, udaliśmy się na północ. Następne dwa noclegi znaleźliśmy w ostatniej chwili. Na domach jest dużo tabliczek z napisem "wolne pokoje", ale właściciele niechętnie wynajmują na jeden nocleg. A myśmy chcieli spać w dwóch różnych miejscach.
Dla mnie nie ma to sensu, chyba lepiej wynająć na jedną noc, niż mieć wolny pokój? Szukaliśmy wieczorem, więc to, że ktoś się trafi na tydzień (jeszcze w taką pogodę i w niedzielę) było mało prawdopodobne.

Przepiękna porcelana Lubiana i kaszubski wzór. Kawa w "Werandzie".
A tu śledzie w "Maszpoerii".
Co oprócz picia kawy i jedzenia śledzi można robić na Helu? Mieliśmy pecha z pogodą, było wietrznie, zimno i padało. Nadal jednak udało nam się zobaczyć foki w fokarium.

Foce nie przeszkadza, że pada; a mnie przemokły buty. Na zapas miałam....sandały! 😂
Zrobiliśmy sobie też długi spacer po samym początku Polski.

Tutaj nawet były przebłyski słońca.
Polskie morze nawet przy niepogodzie jest piękne. Spacer po plaży i moczenie nóg (w lodowatej) wodzie zaliczony kilkakrotnie w czasie tego wyjazdu.
Hel bardzo mi się podobał. Jakie inne miejsca w Polsce powinnam odwiedzić? Macie jakieś propozycje na ciekawy weekend w naszym kraju?

A tu już byłam.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Petanque

Jeżeli śledzicie mojego bloga, to wiecie już, że spędzam ostatnio sporo czasu w Moskwie.Wiecie też, że staram się zawsze wykorzystać czas i zorganizować go sobie w pełni.W ten sposób dni szybciej mijają, a równocześnie mam też poczucie, że czegoś danego dnia dokonałam. Ostatnie tygodnie w stolicy Rosji były bardzo upalne, dlatego z przyjemnością przystanęłam na pomysł moich pilotów, aby spędzić popołudnie w parku.
Najbliższy nam park, to Park Gorkiego, który oferuje wiele atrakcji, między innym francuską grę - petanque.

Cochonnet to miejsce gdzie za 100 rubli od osoby można wypożyczyć na godzinę zestaw kul. To również nazwa najmniejszej kuleczki, w którą trzeba celować.
Tory na których gra się są wysypane żwirem. Weźcie ze sobą mokre chusteczki, bo Wasze ręce będą ubrudzone.
Rzucam, a mój kapitan sprawdza jak mi idzie.
Ale ze mnie profesjonalistka! - zdawało mi się. Później Francuzi grający obok, powiedzieli mi, że widać, że nigdy w to nie grałam i że mnie chętnie podszkolą. 😉
Pograliśmy jakieś 40 minut, po czym uznałam swoją klęskę i poszliśmy coś zjeść.
Znowu padło na wietnamskie jedzenie w Bo.

Ich mango sok jest niesamowity. Sajgonki i zupa też mi smakują. W restauracji obowiązuje samoobsługa.
Kolejny dzień pełen wrażeń i w doborowym towarzystwie.

środa, 25 kwietnia 2018

Rotterdam

Po krótkim pobycie w Gouda, czy też Hałda, udaliśmy się do Rotterdamu. Ja osobiście chętnie pozostałabym w poprzedniej miejscowości, ale piloci chcieli być jak najbliżej naszego samolotu. "Przecież bez nich nie odleci" - pomyślałam sobie, ale zgodnie spakowałam walizkę i wsiadłam w taksówkę.

Miasto od lat jest ważnym portem.
Całkowicie zbombardowane w czasie II Wojny Światowej, obecnie miasto nie zachwyca.

Jak przystało na największy port Europy, wszędzie naprawiają łodzie.
To chyba najładniejsza część miasta, resztę stanowią nowoczesne wieżowce.
Dudok  - lokalna brasserie, polecam Wam zupę musztardową.
A na śniadanie udajcie się do Lot & Daan, przy okazji można się pohuśtać.
I tak oto pożegnałam się z Holandią i z kolejną rotacją w pracy.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Gouda

Po mojej ostatniej wizycie w Amsterdamie i po tym, jak obiecałam sobie, że za dwa dni odwiedzę Muzeum Van Gogha, wylądowaliśmy w Gouda. Tak w tym mieście, gdzie robią ser. Co ciekawe, nie wymawia się tej nazwy "gouda" tylko coś jak "hałda" z bardzo charczącym "h". Van Gogh też nie czyta się prze "g", ale właśnie przez to charczące "h" - "Van Hoh". Tym nas oświecił kierowca taksówki wiozący nas z lotniska w Rotterdamie. Jak już wspomniałam wcześniej mieliśmy lecieć do Amsterdamu, ale tamtejsze prywatne lotnisko jest zamykane na noc. Ponieważ nasz pasażer się spóźnił, to został nam Rotterdam. A że w mieście odbywały się jakieś konferencje i wszystkie hotele były przepełnione, to firma zarezerwowała nam spanie w "serze".

I tutaj są kanały.
W poszukiwaniu kawy i kapitana (który już gdzieś ją znalazł) przemierzyłam centrum miasta wzdłuż i wszerz.

Uroczy ratusz i rynek, gdyby nie te samochody i pogoda.
 W końcu znalazłam kawiarnię, w której zaszył się mój kolega.
-"A czemu nie używasz nawigacji w telefonie?" - zapytał mądrala na mój widok z papierową mapą w ręku.
Hmmm. Dzięki temu, że nie używam współczesnych cudów technologii i że nie umiem czytać mapy, odwiedziłam już wiele ciekawych miejsc w życiu. 😁

Zdrowy początek dnia: smoothie bowl i napar z imbiru i cytryny.
Mniej zdrowa kontynuacja: kawa i cinnamon scone.
Po takim śniadaniu udaliśmy się do hotel, żeby się wymeldować. Prowadził kapitan, więc doszliśmy tam w pięć minut (w przeciwieństwie do mojego dwudziestominutowego spaceru).

wiosna w Holandii
Co do sera, to w Goudzie znajduje się fabryk i muzeum. Mój kolega poświęcił się i nawet spróbował parę gatunków. Ja ser lubię tylko do wina, a na to było za wcześnie. 😉