środa, 25 marca 2026

Puerto Natales

Z Punta Arenas ruszyliśmy autobusem do Puerto Natales. Są różne firmy przewozowe. Jechaliśmy Bus Sur (mają wifi). Za bilety zapłaciłam online 73pln za dwie osoby (i to był najtańszy przejazd autobusowy w czasie naszej patagońskiej przygody).
 Kupowałam przez stronę BusBud. Jeśli ściągniecie sobie ich aplikację, to będziecie mieć wszystko w jednym miejscu. Łącznie z tym, gdzie jest dworzec autobusowy. Akurat ten w Punta Arenas jest w samym centrum, więc udaliśmy się do niego na piechotę.

Na dworcu trzeba być 15 min przed czasem. Nadaje się bagaż, dostaje taki odcinek jak na lotnisku i w drogę. (A przy wydawaniu plecaków nikt tego odcinka nie sprawdza. 😐) 

Przejazd trwa 3:15. Na miejscu mieliśmy zarezerwowany nocleg. Hostel za.... 80 $ za noc! Tutaj są ceny z kosmosu. W momencie rezerwowania (przyznaję, że robiłam to późno, ale nadal prawie 3 tyg przed wyprawą!), tańszych opcji dwójki z łazienką nie było.
Przynajmniej śniadanie było bardzo dobre i na miejscu jest wypożyczalnia sprzętu. Za 4USD można pożyczyć sobie kijki.
Nasza noclegownia nazywała się Hostal Alcazar. 
(Ale szukajcie czegoś lepszego, bo dla mnie stosunek jakości do ceny nie był racjonalny.)

Miasto słynie z jednej rzeczy - stąd wyrusza się na szlak W i O w Parku Narodowym Torres del Paine.

Chcieliśmy zrobić W Trek. Czyli cztery dni po Los Torres del Paine. Spanie w schroniskach, plecak na plecach i nieziemskie krajobrazy.
 Przypominam, że rezerwowałam wszystko na trzy tygodnie przed i.... okazało się, że na niektórych kempingach nie ma już miejsc. Podobno ludzie rezerwują 6 miesięcy do przodu!

Pudeto. Wodospad i punkt widokowy. W sumie jakiś dwugodzinny spacer. 

Skończyło się na tym, że zarezerwowałam autobus (Gomez przez BusBud) do Pudeto. Tam pokręciliśmy się do godziny 14. Po 14 ruszają trzy autobusy do Laguna Amarga, gdzie znajduje się wejście do parku narodowego. Nie udało mi się zarezerwować biletu na autobus powrotny z wyprzedzeniem. Można przy rezerwacji katamaranu zrobić taki łączony.
Nie jest to jednak problem, bo każdy kierowca Was weźmie na lewo za 5 000 pesos od osoby. 😉

Niby Pudeto w parku nie jest, ale w drodze w tamtą stronę był przystanek przy bramie do parku. Wszyscy musieli opuścić autobus i pokazać bilety. Następnie wraca się do tego samego autobusu i kontynuuje do Pudeto. Nie można latać dronem. (Mieliśmy go ze sobą, bo nigdzie w internecie nie jest to jasno powiedziane.)

Po przepięknym spacerze po Pudeto, tak jak wspominałam, udaliśmy się do parku. Autobus wysadza Was przy głównej bramie. Przechodzicie kilka kroków i bierzecie busik (4500 pesos tylko gotówka) do "Welcome Center" już w głębi parku. Możecie iść na piechotę, ale droga jest szutrowa i każdy samochód Was okurzy. Jeśli macie samochód, to możecie wjechać w głąb.
Uwaga! Busik nie zatrzyma się, żeby zgarnąć Was po drodze, jeśli zaczniecie iść. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Na szczęście, zatrzymali się Polacy i nas podwieźli. 

Nasz W Trek z powodu braku miejsc był jednodniowy. Przespaliśmy się w ich namiocie, a z samego rana, znaczy o 2 rano ruszyliśmy na szlak.

Taki namiot ze śpiworem kosztuje 300 USD za dwie osoby. Prysznice są wspólne. Jest ciepła woda.

Jeśli chcecie zaoszczędzić weźcie ze sobą jedzenie, kawę, herbatę itp. Wrzątek jest bezpłatnie. Dostaje się też powitalnego drinka i 30min internetu. Za obiadokolację trzeba zapłacić 60USD. Można zamówić całe wyżywienie online lub na miejscu do godziny 17. Myśmy mieli śniadanie na drugi dzień ze sobą, a na kolację kupiliśmy pizzę (mini). Taka na talerzyk deserowy kosztuje 12 000 pesos. Kawa kosztuje 6 000 pesos. Ceny są zatrważające i nie ma wielkiego wyboru. Jeśli nie bierzecie zestawu, to możecie kupić kanapki, empanady, hot dogi i pizzę. Nie ma normalnego, ciepłego jedzenia.

Pogoda na szlaku może być różna. Weźcie ciepłe rzeczy (w nocy było lodowato). W Patagonii często wieje i pada.

Część szlaków można zrobić jako jednodniowe z dojazdem z Puerto Natales. I sporo ludzi się na to decyduje, dlatego popołudniu są tłumy.
Myśmy chcieli zrobić Mirador Base Torres o świcie. Był o powód naszego noclegu w parku i to najdroższego w ciągu tej podróży. 
Trasa liczy 10km w jedną stronę. Sporo osób wychodzi na wschód słońca, ale jeszcze więcej idzie później. 

Dla takiego widoku wstawaliśmy o 2 w nocy.

Podsumowując:

Za bilet do parku zapłaciliśmy po 40USD (kupione online) autobus z Puerto Natales to 15 000pesos i tyle samo kosztuje powrót, spanie 300 USD 😕-  do tego jedzenie na miejscu - to zależy już od Was. 
Zrobiliśmy trasę w jakieś 10 godzin (na miejscu czekaliśmy dobrą godzinę na wschód). W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w wyżej położonym schronisku na kawę. (Oczywiście, nie było tam miejsc na nocleg, a to zaoszczędziłoby nam dwie godziny snu.)
Trasa, wbrew temu co znajdziecie w internecie, nie jest spacerem. Jest dobrze oznaczona, ale w nocy w kilku miejscach można zabłądzić, szczególnie pod koniec, nie wiadomo, jak wejść na grań. Myśmy wchodzili trudniejszą ścieżką, a przy zejściu okazało się, że jest inna - bardziej płaska.
W dzień idziecie za tłumem. 
Ostatni fragment jest trudny. Szłam z partnerem, który chodzi po górach i nawet on przyznał, że opinie w internecie o łatwości szlaku są błędne.

Późnym popołudniem wróciliśmy do tego samego hostelu. Jeśli nocujecie w tym samym miejscu, możecie tam zostawić swoje bagaże. 

Więcej znajdziecie już wkrótce w moim Ebooku. 

A w niedzielę zabieram Was już do Argentyny! 

niedziela, 22 marca 2026

Punta Arenas

 Z Santiago przelecieliśmy na południe  liniami Sky Airlines. Lot trwał trzy godziny, napoje i przekąski były płatne. Na pokład w ramach biletu możecie zabrać tylko przedmiot osobisty, dlatego musiliśmy dokupić bagaż podręczny. Zapłaciliśmy 737pln od osoby. 

Na koniec zrobię podsumowanie kosztów (i już sama się boję).

Z lotniska wzięliśmy Ubera, jest w terminalu bezpłatne WiFI. Szukałam autobusu, ale nie znalazłam.

Zatrzymaliśmy się w Hostel Entre Ventos. W miasteczku jest sporo miejsc do spania. Jest hotel za kilkaset $ i tańsze opcje noclegu w pokojach wieloosobowych. Mieliśmy prywatny pokój z łazienką i śniadaniem. Za noc zapłaciliśmy 51$. Tutaj jest taniej płacić w dolarach. Karty nie były akcpetowane. Przy meldunku trzeba podać paszport i znowu kartkę, którą dają na przejściu granicznym. Nie zgubcie tej karty, bo wszędzie w Chile o nią pytają. 

Punta Arenas jest nazywane stolicą Patagonii. Mają nawet własną flagę. Przylecieliśmy tutaj, bo stąd odchodzą autobusy do kolejnych miejscowości i można tu udać się na bardzo ciekawą wycieczkę łodzią.

Pierwszy przystanek Wyspa Marty. Tutaj się nie wysiada. Podpływacie blisko do morsów i je obserwujecie z pokładu. 

Biuro znalazłam na TripAdvisor. Jest ich kilka, program mają taki sam. Spotkanie w miejscu odbioru (środek miast), transport autobusem do miejsca wypłynięcia (to nie jest ten port w mieście), łódka, opłynięcie Marta Isla i spacer po Isla Magdalena. Koszt 140 $ od osoby. Czas pięć godzin. Podają kawę/ herbatę i ciasteczka.

Zimno nie było, ale tu już wieje. To jest Patagonia! Kraina wiatru! Kamizelki są obowiązkowe.
Główna atrakcja wycieczki: pingwiny Magellana. Spacer po wyspie trwa godzinę. Odbywa się po ściśle określonych trasach.
Jedyny minus tej wycieczki? Wczesna pobudka. Nasz hostel przygotował nam kanapki na śniadanie, ale zaraz po powrocie i tak poszliśmy na małe jedzenie.

W hostelu przeczytałam, że lokalny cmentarz zalicza się do 10 najpiękniejszych na świecie. Znajduje się w centrum miasta. Coś było o biletach, ale pani przy kasie powiedziała, że wstęp bezpłatny. 🤷‍♀️


Pięknie przycięte jałowce tworzą aleje.
 
Ja lubię spacerować po cmentarzach. Ten podobał się nawet mojemu partnerowi.

W mieście jest też podobno ciekawe muzeum statków. Myśmy po pobudce o 5 rano i po poranku na łodzi nie mieli już na to sił.

Poszliśmy za to na spacer po plaży. Były kormorany i .... śpiący mors. 😍

Kormorany przypominają z daleka pingwiny.

Początkowo myślałam, że nie żyje i już chciało mi się płakać. Ale podrapał się po brzuchu, sapnął i poszedł dalej spać. I tak, to było centrum miasta.


Na kolację pierwszego dni poszliśmy do lokalnej restauracji. Drugiego do baru. Możecie żywić się empanadas lub kupić coś do odgrzania w hostelu - i tak zaoszczędzić.

To jest porcja na jedną osobę. Wzięliśmy na pół. Plus wino lokalne i piwo wyszło 47 000 Pesos. Czyli prawie 200pln. Od razu doliczają 10% napiwku.

W barze zjedliśmy super hamburgery. Ja wypiłam Calafate Sour (z pisco, czyli lokalną brandy). Koszt 54 000 pesos. 
Jak pisałam już, tanio nie było. Ceny takie wielkomiejskie. Nie ma co przeliczać, to wyprawa życia. 😂 Płakać będziecie po przyjeździe, jak spojrzycie na konto. 

P.S. Zastanawiam się nad Ebookiem z tej wyprawy. Dajcie znać, co myślicie i trzymajcie kciuki!


środa, 18 marca 2026

Santiago de Chile - 102 kraj na mojej mapie.

Chile - kraj 102!
 
Nasz pobyt w Santiago de Chile rozpoczęliśmy od wjechania na wzgórze San Cristobal. Jeżeli macie siłę, to możecie też wejść/zejść. My byliśmy po nocnym locie, a w połowie lutego upał tam doskwiera.

800 m n.p.m. i takie widoki

Na samym szczycie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej z 22 metrową figurą. Jest też ładny kościółek i sporo stanowisk z wodą / lodami / itp.

Wykupiliśmy bilet powrotny / w dwie strony. Wpierw kolejką (podobną do tej w Hong Kongu) wjechaliśmy na górę. Obeszliśmy sanktuarium i dalej przeszliśmy na kolejkę linową. Nią zjechaliśmy w dół (w połowie można wysiąść), zjedliśmy lody na dolnej stacji - 16pln i wjechaliśmy w górę. Następnie wróciliśmy ponownie kolejką. Całość około 80pln za dwie osoby.

Kolejka ta nazywa się "funicular". Funicular po polsku to kolej linowo-terenowa Jest to rodzaj transportu szynowego, w którym wagony poruszają się po pochyłym torze (często górzystym) i są ciągnięte przez linę napędową.

Ze wzgórza udaliśmy się w kierunku historycznego centrum. W Santiago jest wiele pięknych murali.

Na ten dzień mieliśmy zaplanowane wzgórze San Cristobal i spacer po centrum. Wiedziałam (ja odpowiadam u nas za planowanie), że pierwsze dni po przylocie są ciężki i lepiej nie przesadzać z programem.

Na starym mieście stoją wózki, z których sprzedają taki napój. Spróbowaliśmy najmniejszy. Na dno wsypują coś w rodzaju pęczaku, dorzucają suszoną brzoskwinię i zalewają zimnym kompotem z suszonych śliwek? Brzoskwiń? Dobre. ☺️

Główny plac miasta Plaza des Armas był dość zatłoczony, ale bezpieczny. W stolicy zdarzają się protesty i trzeba uważać na kieszonkowców.

Piękne wnętrze katedry przy Plaza des Aramas. 

Poszliśmy jeszcze w kilka bocznych uliczek. Zobaczyliśmy spalony kościół (zamieszki z 2019), jeszcze więcej murali i dużo ludzi oryginalnie ubranych. 😉

Trzeba było coś zjeść. Chorrillana, czyli frytki z różnymi dodatkami. Jedna porcja na dwie osoby wystarcza. Koszt z dwoma napojami 120pln. Ceny podobne do tych warszawskich. W restauracjach można płacić kartą.

Drugi dzień zaczęliśmy od spaceru po wzgórzu Santa Lucia.

Park, fontanny, ozdobne budowle, czyli bezpłatne wzgórze w centrum miasta. Warte obejrzenia.

Tradycyjne i pyszne empanady zjedliśmy niedaleko Mercado Centrale. Sprzedawca powiedział mi, żebym zdjęła łańcuszek (udający złoto). 

Później szwendaliśmy się jeszcze po lokalnych bazarach. Dwie panie zwróciły nam uwagę, żeby trzymać telefony. Podobno kradną. Dalej było spokojniej. Tylko w okolicach Mercado Centrale był sztuczny tłum miejscami. Boczne uliczki są zdecydowanie bezpieczniejsze i wszyscy chodzą z telefonami w ręce.

W mieście jest dużo postkolonialnych budynków. 


Szkoda, że nas nastraszono (i dobrze zarazem). Miasto straciło dla mnie dużo, a miejscami jest przepiękne.

Dwa dni na zwiedzanie Wam wystarczy. Czytałam gdzieś, że muzeum sztuki prekolumbijskiej jest ciekawe. Nie wybraliśmy się, więc się nie wypowiem.

 Już w tą niedzielę zapraszam na wpis z Patagonii!

niedziela, 15 marca 2026

Air France do Ameryki Południowej i z powrotem.

W lutym ruszyłam na podbój nowego kraju, a właściwie trzech.🥰

Od początku:

Naszą wyprawę do Ameryki Południowej rozpoczęliśmy od lotu Air France do Paryża - trwał niecałe trzy godziny. Podano napoje, w tym wino, i kanapki. 

Po 3 godzinach przerwy na lotnisku Charles de Gaulle ruszyliśmy dalej. Przed nami był najdłuższy lot w moim życiu - jako pasażer, bo jako cabin crew wykonywałam dłuższe.

Czas lotu - 14:20, faktycznie było 13:50

Start mieliśmy o godzinie 23:20 - późno, ale wyszło nam to na dobre. Byliśmy tak zmęczeni całym dniem i kilkoma go poprzedzającymi, że przespaliśmy prawie całą noc. A wygodnie nie było... Lot był pełen. Lecieliśmy ekonomią.

Na siedzeniach czekały na nas koce, poduszki i słuchawki. Nie dostaliśmy kosmetyczek. 😪 Przed serwisem rozniesiono mokre chusteczki. 

Serwowano kolację. Był makaron lub ryba do wyboru i wszyscy chcieli makaron. Na szczęście siedzieliśmy blisko galley'a i dla nas jeszcze wystarczyło. Air France ma bogatą ofertę alkoholi i to jest na plus. Kolacja była ok, ale nic specjalnego.

Inny plus tych linii - mapa, kamerki, dużo filmów i bezpłatne wifi na pokładzie. Z kartą lojalnościową macie łącze szybkie, bez wolniejsze, ale nadal jest.

W czasie lotu miano podać przekąski, nie wiem, czy podano. Spaliśmy. 
Zbudziliśmy się po dziewięciu godzinach. (Ja budziłam się dwa razy i poszłam do toalety, na długich rejsach dobrze jest chodzić!)

Rano udaliśmy się na poczęstunek do galley'a. Były kanapki, słodkie cukierki, czekoladki, napoje. Można było poprosić o kawę i herbatę. Mieliśmy bardzo fajną załogę. 👍
Różnica czasu między Polską i Chile wynosi cztery godziny. Byliśmy już głodni, ale lokalnie trwała jeszcze noc. Na śniadanie trzeba było poczekać.

Przed lądowaniem podano śniadanie. Takie francuskie. 🤷‍♀️

Jak dla mnie poranny posiłek był słaby, ale my jemy duże śniadania. Linie podają posiłki według własnych standardów.😏

Dodatkowo mocno nas wytrzęsło. Pilot uprzedzał o tym jeszcze przed startem, że będzie dużo turbulencji i że na tej trasie to normalne. 

Lot Buenos Aires - Paryż
Po trzech tygodniach przyszedł czas powrotu. Wracaliśmy ze stolicy Argentyny przez Paryż do Warszawy. Ponownie na pokładzie Air France.
Pierwszy lot trwał 12:15 godzin. Ponownie start był bardzo późno w nocy.

Nocne rejsy mają swoje plusy. Niestety, nawet jeśli dobrze śpicie w samolocie, to po takiej nocce nie będziecie wypoczęci.
Chyba, że lecicie w biznesie. 😉

Lot powrotny nie różnił się niczym od lotu w tamtą stronę. Podano takie same jedzenie (zamiast ryby był kurczak do wyboru). Filmy były te same, ale jest ich na tyle dużo, że znajdziecie coś dla siebie na wiele odcinków. Na siedzeniach były koce, poduszki i słuchawki.

Załoga Air France okazała się ponownie bardzo sympatyczna. 
P.S. Zobaczcie na YouTube ich nowe safety demo. Moim zdanie jest top!

Koszt wszystkich czterech lotów to 5290pln od osoby z bagażem podręcznym.
Miejsca dostaliśmy obok siebie. Chciałam zamienić na jedno przy oknie, ale taka modyfikacja kosztuje 120pln od osoby. 🫣 A to uważam za przesadę.
Na wszystkich odcinkach mieliśmy środek i przejście. Trudno.

Zapraszam już w środę na pierwszy wpis z Chile!

niedziela, 8 marca 2026

Muzeum Historii Naturalnej w Bazylei.

Jeszcze jeden wpis z lutowej rotacji.😁

I tak, znowu siedziałam w Bazylei....

(Biorąc pod uwagę, że w styczniu nie miałam pracy, to dyżur ten mnie wielce uradował.) 

Wielokrotnie przechodziłam obok tych drzwi.

W tym szwajcarskim mieście byłam już kilkanaście razy. Z każdą wizytą lista miejsc, których jeszcze nie widziałam kurczy się. Poniżej mam dla Was zestawienie wszystkich odwiedzonych przeze mnie muzeów (i miejsc turystycznych) tutaj.
Spielzeug Welten  - jedno z pierwszych miejsc, które odwiedziłam w Bazylei i które bardzo Wam polecam. Wystawy zmieniają się z porami roku.
Kunstmuseum - Muzeum Sztuki - mają kilka obrazów, które mi się podobają (Dali, Bruegel). Dopiero teraz zorientowałam się, że nie mam osobnego wpisu o tym muzeum. 😐
Muzeum Kultur - mają ciekawe ekspozycje czasowe - trzeba sprawdzać na bieżąco. Stała mnie nie zachwyciła.
Ogród Botaniczny - odwiedziłam przynajmniej pięć razy. Wstęp bezpłatny.
ZOO - byłam raz. Na spacer pingwinów nie trafiłam, ale mają ładne ptaszarnie.
Antikenmuseum - całkiem, całkiem. (I też mają wystawy czasowe.)
Muzeum Historyczne - ma trzy lokalizacje w mieście. Pierwszą, którą odwiedziłam Haus Zum Kirschgarten, mogę Wam śmiało polecić. Piękne wnętrza, porcelana i zegary.
Muzeum Tinguely - bardzo polecam. Fascynujące miejsce i zupełnie inna sztuka. 
Muzeum Historyczne - czyli kolejne dwie lokalizacje, które odwiedziłam. Polecam tą w starym kościele, muzeum instrumentów muzycznych możecie sobie podarować. Chyba, że jest bezpłatna sobota, albo bezpłatna godzina.

I tutaj dobrnęliśmy do sedna sprawy. Państwowe muzea w Bazylei mają jedną bezpłatną sobotę w miesiącu i ostatnią godzinę otwarcia za darmo.
 

Muzeum Historii Naturalnej znajduje się niedaleko Katedry. Sam budynek mnie zachwycił.

Nie jestem osobą zainteresowaną historią naturalną, skamieniałościami, czy wypchanymi zwierzętami. Ale jestem na dyżurze w mieście, w którym byłam już wiele razy. 😂 Od 16 do 17 wstęp bezpłatny. Duży minus - na ostatnią godzinę nie dają słuchawek z audioprzewodnikiem, a wszystkie opisy są po niemiecku. A mój niemiecki..... 😒

Muzeum należy do tych tradycyjnych.


Są szkielety, kości i wypchane zwierzęta. Również te dawno wymarłe są prezentowane, jak prawdopodobnie wyglądały.


Można zobaczyć, jak zapewne wyglądał mamut.


I obejrzeć ogromną prehistoryczną żyrafę.

Podłogi skrzypią. Tylko w kilku miejscach są jakieś ekrany i nowsze instalacje. Dla mnie takie miejsca mają swój urok. Takie muzea pamiętam z dzieciństwa.

Jest sala poświęcona gatunkom, które wyginęły już w czasach współczesnych. 
Na Mauritiusie miałam jeden z najlepszych pobytów w życiu, a tam kiedyś żyło dodo.


Są też sale poświęcone insektom, pajęczakom i innym małym okazom. Pokazano też, jak dawniej przechowywano eksponaty.


Kto z Was miał motyla przebitego szpilką za szybką? 


Są sale poświęcone historii ziemi, procesom naturalnym, erupcjom, wulkanom... 
Można by się dowiedzieć sporo, ale bez bardzo dobrej znajomości niemieckiego, nie da rady.


Największe wrażenie wywołują oczywiście szkielety dinozaurów. A te i bez znajomości języka się zauważy. 😉


Albo mamutów.


I takie skamienieliny. 

Miło spędziłam godzinę. Za dużo się nie dowiedziałam, ale budynek mają bardzo ładny. Zrobiłam kilka zdjęć i nakręciłam kilka filmików (do zobaczenia na moim Insta). Czy polecam? Jeżeli ktoś jest zainteresowany taką tematyką, to tak. Tylko weźcie sobie słuchawki! 😊


niedziela, 1 marca 2026

Luty '26 - w pracy.

Po styczniu spędzonym w domu już 5 lutego ruszyłam do pracy. Musiałam zerwać się z łóżka o 4 rano, bo firma chciała, abym jak najwcześniej znalazła się w Bazylei. Miał być lot tego samego dnia. Mieliśmy lecieć do Miami!

LOTem do Zurychu.


I dalej pociągiem do Bazylei. Z plusów: znowu jest bezpośrednie połączenie, więc nie musiałam się przesiadać. A jak się domyślacie z walizką spakowaną na 10 dni, nie jest to takie łatwe.

Po opóźnionym przylocie do Szwajcarii włączyłam telefon, żeby przeczytać wiadomość, że lot został odwołany. 😕 Miałam udać się do hotelu i czekać na kolejny.

I tak zaczął się mój kolejny dyżur w hotelu. Jeżeli czytaliście wpis pod tym linkiem, to wiecie, że w liniach lotniczych są dyżury domowe i lotniskowe. W prywatnym lotnictwie jest jeszcze dyżur hotelowy. Nie wiem, czy takie coś występuje w komercyjnym lotnictwie, nigdy się z tym nie spotkałam, natomiast na samolotach VIP jest to normą. Załoga nie zawsze jest lokalna. Często dolatujemy do bazy z różnych państw. Spotykamy się w hotelu w mieście, gdzie znajduje się samolot. Nie zawsze jest to to samo miejsce. Maszyna może być wszędzie. Miałam zmiany załogi w Londynie i w Makau. Dyżurowałam w Moskwie (i to bardzo dużo) i na Mauritiusie. 
I tak czekamy, czy właściciel chce gdzieś lecieć lub czy firma sprzeda jakiś lot.

O wyprawie do Muzeum Historii Naturalnej przeczytacie w następnym wpisie. 

Musiałam się jakoś zorganizować na tym dyżurze. Z minusów - siłownia w hotelu była zamknięta, pogoda też raczej przeciętna. Z plusów - płacą mi za siedzenie w hotelu. (Tylko, że ja wolę latać 😉. O tym już pewnie nie raz czytaliście i macie tego info dosyć.)

W Warszawie pewnie na koncert organowy w kościele nie chciałoby mi się jechać. A tutaj? Jest? Idę. 
I to był super pomysł. Do teraz jestem pod wrażeniem tego wydarzenia.


Było sporo spacerów po mieście, które dobrze już znam.


Tym razem nie załapałam się na przemarsz z okazji końca karnawału. Ale pooglądałam wystawy.

Nie tylko wystawy są przystrojone.
Przedostatniego dnia mojego pobytu otwarto ponownie siłownię w hotelu. 🫡 W końcu trochę poćwiczyłam. 
Wydarzeniem dnia dziewiątego był powrót owiec na wybieg koło mojego hotelu. Tak, dziewięć dni to długo....
Powrót LOTem, a obok? Taka pięknisia stała. (Samoloty, tak jak statki, są rodzaju żeńskiego.) 

Cóż praca w lutym... hmmm. Dyżur to też praca. 😀