niedziela, 19 kwietnia 2026

Patagonia (z Santiago, Buenos Aires i Colonia del Sacramento) praktycznie.

Zgodnie z tradycją, po niezliczonych wpisach z poszczególnych etapów podróży, mam dla Was jeden podsumowujący.

 
SANTIAGO

Po przylocie odprawa paszportowa trwała jakieś 30min. Nie wypełnia się samemu PDI - karty przyjazdu, ale robi to urzędnik w okienku i dlatego to tak długo trwa. Trzeba podać adres hotelu i skąd się przyleciało. Wydany druk koniecznie zachowajcie! Jest skanowany w każdym hotelu i przy wjeździe do parku narodowego. 

Uber w Santiago działa dobrze. Z lotniska odchodzi z poziomu 3. Na lotnisku jest WiFi.

Jest autobus do miasta, ale nie wiem, jak działa. Myśmy byli zbyt zmęczeni, żeby przemieszczać się tego dnia komunikacją publiczną.

Za Uber do centrum stolicy zapłaciliśmy 62pln.

Po mieście przemieszczaliśmy się na piechotę. Jest metro i autobusy, ale nasze hotele (dwa bo zmienialiśmy) znajdowały się w pieszej odległości od centrum historycznego. 
Używaliśmy mapy offline z maps.me

Za hotel płaciliśmy 55 USD. Nie do końca rozumiem, jak jest tu z płatnościami. Podobno, gdy płacicie w hotelu w lokalnej walucie lub kartą debetową, to doliczają Wam podatek. Dolarami lub kartą kredytową wychodzi taniej. Dolary muszą być nowe. 

Nie kupowaliśmy nigdzie karty sim, w każdej restauracji i hostelu jest WiFi. 

W restauracjach płaciliśmy kartą - Revolutem. Tylko u drobnych sklepikarzy wymagana jest lokalna gotówka, czyli Pesos.
Cubierto to nie napiwek. Zabiera to restauracja.

Co warto zjeść/ wypić?
Empanadas (pierożki pieczone/ smażone z różnym nadzieniem), pastel de choclo (zapiekanka kukurydziana), completo (hot dogi ze wszystkim), pisco (lokalna brandy). 
Chilijczycy jedzą bardzo dużo chleba, bułek. Śniadania głównie na zimno, dużo słodkiego.

Jedna z nielicznych bezpłatnych atrakcji Santiago. 

Miasto kiedyś było najbezpieczniejszym w Ameryce Południowej. Niestety, to się zmieniło. Uważajcie na telefony i rzeczy osobiste. Na ulicach też jest bardzo dużo bezdomnych (chyba tylko w LA widziałam więcej). 
Ludzie są bardzo serdeczni, ale nie mówią po angielsku.
 


To małe miasteczko z bardzo przyjaznymi ludźmi. Spacerując słyszeliśmy: "Bon dia", "Hola!". 
Lotnisko też jest małe i nie znalazłam nigdzie autobusu. Uber kosztował nas 8 USD. 
Jest tu tanio.

Uwaga na porcje w restauracjach, są duże! Wina też leją do pełna. 
Czekolada chilijska nam nie smakowała. Próbowaliśmy ich lokalnej nawet w pijalni czekolady i nie umywa się do naszego Wedla.
 
Na łódce płynącej na pingwiny bardzo wieje, krótką chwilę rzucało. Ja choruję na morzu, ale nie wybujało nas na tyle, żebym się źle poczuła. 
 
Jeżeli nie jedziecie do Ushuai, to moim zdaniem warto zapłacić za taką wycieczkę.
 
W mieście jest kilka pralni z pralkami. Koszt ok 12 500 pesos za pranie i suszenie. 
 
Nie wiem, jak jest z wodą w tej części Patagonii, po stronie argentyńskiej można pić kranówkę. 
Kontakty są europejskie, czasami takie na trzy bolce, ale można w nie wcisnąć naszą wtyczkę. 
 
Psy wałęsające się po miasteczkach Patagonii są na ogół bardzo przyjazne (i duże). Właściciele wypuszczają je samopas na spacery, a one później wracają do domu. Widzieliśmy też wiele razy, jak były wywożone na pace na pastwiska, aby pilnowały owiec. Takie tam mają zwyczaje... faktem jest, że przeważają tu małe domy z jeszcze mniejszymi ogródkami. 
 
Kolejne, niestety już drogie, miasteczko w chilijskiej Patagonii. Urocze, warto zarezerwować sobie jeden dzień na spacer po nim i dobry posiłek.
W tygodniu znajdziecie sporo sklepów z odzieżą używaną. Można znaleźć sprzęt i ubrania trekkingowe dobrych firm za grosze. 
Można też wynająć sprzęt (namioty, kijki, menażki, itp.) na czas trekkingu. Za kijki zapłaciliśmy 4USD za dobę. Zestaw: namiot, mata, śpiwór i kijki kosztuje 33USD za dobę. Przeliczcie sobie, co się Wam bardziej opłaca. Nadawanie bagażu, czy wynajem. 

Zabraliśmy drona, ale w większości miejsc jest zakaz. Tam gdzie nie było, zbyt mocno wiało, żeby go puszczać. Najmniejszego drona nie trzeba zgłaszać przed przylotem.

Radziłabym Wam jak najwcześniej rezerwować noclegi tutaj i noclegi / miejsca w Parku Torres del Paine. 
Wiem, że podróżowanie bez planu ma więcej uroku, ale na trzy tygodnie przed naszą wyprawą nie było już miejsc na kempingach. 
Hostel też wyszedł nam bardzo drogo.
 
W parku macie dwie opcje trekkingu : W i O. Możecie też zrobić kilka jednodniowych.
(Dokładniej opisuję to w swoim Ebooku.)
 
Przy wyjeździe z Chile zabrano nam druk. Pieczątki w paszporcie w Chile nie dostaliśmy. 
 

EL CALAFATE

W Argentynie wbijają pieczątki w paszport. Trzeba mieć tu zrobioną rezerwację, nie wiem, czy na wszystkich przejściach tak się tego czepiają. 😒 Na oficjalnych stronach znalazłam, że jest taki wymóg. 

Jeżeli nie zgadzacie się z niszczeniem lodowców, to możecie pominąć to miasto. Główna ulica to nasze Krupówki. Tłoczno i turystycznie. Z plusów - duży wybór pamiątek i taniej niż w El Chalten.

Co kupić w Patagonii?
W sklepach znajdziecie głównie odzież i sprzęt outdoorowy. Wszystko oczywiście z logo Patagonia. Tanie są bufki. Ubrania wychodzą drożej niż w Polsce. (Z tego, co porównałam.) 
Rzecz jasna, są magnesy, kubki, pluszaki, notesiki i wszelkie takie. W tej części świata bardzo popularne jest picie Yerba Mate (czyli naparu z ostrokrzewu paragwajskiego). Są nawet sklepy specjalizujące się tylko w sprzedaży Matero (naczynia) i Bombilli (rurek).

Lokalsi chodzą z takim naczyniem w jednej ręce i z termosem z gorącą wodą w drugiej. Są też specjalne nosidełka i ogrzewacze na termosy. Ja się tego opiłam mieszkając w Damaszku. Smak trawiasty - ale to bardzo subiektywna ocena, polecam spróbować samemu. 😉

 EL CHALTEN

Z praktycznych wskazówek, to mogę Wam tu polecić obejście zakupu biletu do parku narodowego. 😉
Pamiętajcie też, żeby spakować termos i kijki trekkingowe (lub pożyczyć je na miejscu). Wspinaczka po tych szlakach, wbrew opinii z internetu, nie jest łatwa.

Z pogodą różnie tu bywa. Zaplanujcie sobie dzień dodatkowy zapasowy, jeżeli to możliwe. Możecie nie trafić pierwszego (i jedynego) dnia na dobrą aurę.  

Samo miasteczko jest drogie, ale przyjemne. Jeżeli wybieracie się większą grupą, to musicie rezerwować stoliki w restauracjach. Jest tu bardzo dużo turystów. (Ale to tacy backpackerzy, a nie jak w El Calafate.)

W El Chalten pożegnaliśmy się z Patagonią.  

 

Warto zostać w okolicy kilka dni i zrobić kilka trekkingów.

BUENOS AIRES 

Do stolicy Argentyny przylecieliśmy z El Calafate. Bilet kosztował ok 400pln. Przy wyborze hotelu w mieście warto pamiętać, że część dzielnic staje się niebezpieczna po zmierzchu. Taka La Boca jest super za dnia, ale w nocy lepiej tam się nie zapuszczać.

W części turystycznej = bogatej = bezpiecznej będziecie czuć się jak w Europie. Znajdziecie tu też wiele apartamentów na wynajem na zasadach Airbnb. I macie kuchnię, więc możecie zaoszczędzić na śniadaniach. 😉 Za noc płaciliśmy poniżej 300pln.

Buenos Aires jest nazywane Paryżem Ameryki Południowej. Załóżcie wygodne buty i ruszajcie na podbój.

Przypuszczam, że i tutaj trzeba uważać na kieszonkowców, ale czuliśmy się tutaj dużo bardziej bezpiecznie niż w Santiago. 

Jedno, co nam przeszkadzało w tym mieście, to zapach.... Mieszkańcy mają bardzo dużo psów, większość właścicieli i wyprowadzaczy (bardzo tutaj popularni) zbierają w woreczki ślady swoich pupili, ale.... Nie wszystko można zebrać. Dodatkowo, nie ma publicznych szaletów i kilkakrotnie widzieliśmy na ulicach, że by się przydały. Bramy i zaułki są zasikane.  

COLONIA DEL SACRAMENTO

Ponieważ mieliśmy dwa dni zapasu, to wpadliśmy jeszcze do Urugwaju. 😉 Mając więcej, pewnie popłynęlibyśmy do Montevideo.... cieszę się, że nie mieliśmy. 


Miasteczko jest przeurocze. Zgubcie się w małych uliczkach i zróbcie mnóstwo zdjęć!

Nie wymienialiśmy gotówki. Wszędzie akceptowano dolary i karty kredytowe. Nawet na straganach.
Można negocjować ceny.  
W ciągu dnia jest tam sporo turytów, którzy przypływają na jednodniowe wycieczki.
Warto zostać na noc i pochodzić na spokojnie po tym bajkowym miejscu.

Przy ładnej pogodzie można kąpać się w morzu, chociaż to zatoka i wody są zapiaszczone. Jest plaża niedaleko od starego miasta, a ludzie łowią ryby w porcie.  

Miejscowi twierdzą, że ich steki są lepsze od tych argentyńskich.

PODSUMOWANIE:
Przeżyłam wspaniałą przygodę, odbyłam podróż życia. Dodałam trzy kraje do swojej mapy i chcę więcej! 😁
Sprawdziłam swoją kondycję na szlakach (tego w sumie jest mi za mało), opiłam się czerwonego wina i wróciłam do domu z nowymi spodniami i topem. 
Bardzo udany wyjazd.

A koszty:
8700 - koszty na miejscu
5290 - bilet do Ameryki
737 - bilet do Punta Arenas
420 (?)- bilet do Buenos
= 15 147pln

Tak jak pisałam, wyprawa życia. Tanio nie było. 🤷‍♀️

Teraz muszę barrrdzo intensywnie szukać pracy! 😁

P.S.prace nad ebookiem są na ukończeniu.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Colonia del Sacramento Urugwaj - kraj 104

Z Bueons Aires postanowiliśmy wyskoczyć do pobliskiego Urugwaju. Liczyliśmy na dwa dni laby w nadmorskim miasteczku.

Ze stolicy Argentyny możecie udać się tam promem. Czas to 1:15 lub 1:40 zależnie od rejsu. Bilety kupiłam online. Koszt ok 50USD za osobę w jedną stronę.

(Inna opcja to rejs do stolicy Montevideo. Czas i koszt mnożymy razy dwa.)

Na bilecie jest napisane, że trzeba być na minimum 2 godziny przed wypłynięciem, bo zamykają check in. Prawda jest taka, że otwierają go na dwie godziny przed. Warto jednak być wcześnie, bo procedura wygląda jak na lotnisku. Jest check in, nadanie bagażu (myśmy plecaków nie nadawali), kontrola bezpieczeństwa (taka bardzo pobieżna), jedna granica, tuż obok druga granica, trzy razy sprawdzają kartę wejścia na prom.... A później się czeka. 

Przeprawa minęła nam szybko. Na pokładzie jest sklep bezcłowy i kawiarnia. Po dobiciu do brzegu bagaż jest jeszcze raz prześwietlany.

Colonia del Sacramento to unikatowe połączenie architektury portugalskiej z hiszpańską. Stare miasto znajduje się na liście UNESCO.
Do hotelu udaliśmy się na piechotę. Mieliśmy zarezerwowany jeden nocleg w samym historycznym centrum. Wybrałam Hotel Royal. Koszt 56USD za nocleg ze śniadaniem. Hotel ma mały basen, tylko niestety pogoda nam nie dopisała. 

Całe miasteczko możecie obejść na piechotę. Jest dużo kawiarenek, restauracji. Podobno lokalne steki są oceniane jeszcze wyżej od tych argentyńskich.

Urugwaj uchodzi za najbezpieczniejszy i najstabilniejszy kraj regionu. Mieszkańców jest trzy i pół miliona, a krów dwa razy tyle.

Mogłoby się wydawać, że to Grecja lub Włochy.

Są też bardzo fajne sklepiki z ubraniami wysokiej jakości (len). Większość konfekcji pochodzi w Włoch. Niestety, ceny też mają odpowiednie. (I tak się skusiłam na spodnie i bluzkę ... Made in Italy. 😆)

Portugalskie dziedzictwo czyli Azulejos.

Drugiego dnia mieliśmy przepiękną pogodę. 

Trochę słońca i zdjęcia od razu lepiej wyglądają.

Na każdym rogu miasteczka można znaleźć świetny kadr.

I bardzo często zabytkowy (często opuszczony) samochód.

Ulice, uliczki, zakamarki ... jest gdzie chodzić.
Niezliczona ilość kawiarenek i barów zachęca do zwolnienia i cieszenia się chwilą. Wszystko z unikalnym klimatem. (Jedynie, omijajcie główną ulicę, bo to głównie bary szybkiej obsługi są i ogólnie jest tam głośno i tłoczno.)

Szczerze polecam taki wypad. Bardzo sympatyczne miejsce. 

Tego dnia wracaliśmy już do Buenos Aires. Odprawa promowa wyglądała podobnie, jedynie panował większy bałagan.

P.S. Niestety, to koniec już tej wyprawy. Za tydzień zapraszam na podsumowanie i kilka praktycznych porad.
Kolejne wpisy będą sukazywać się raz w tygodniu - w niedzielę. 



środa, 8 kwietnia 2026

Buenos Aires

Z El Calafate lokalnymi liniami przelecieliśmy do stolicy Argentyny. Lot trwał 3 godziny. Co ciekawe, dzień przed - wysłali nam mail, że lot jest przesunięty o dwie godziny do przodu! Na szczęście rezerwując autobus z El Chalten założyłam najgorszy scenariusz, łącznie z awarią pojazdu, i mieliśmy wystarczający zapas przed lotem.

Dolecieliśmy wieczorem do Buenos Aires i Uberem dojechaliśmy do naszego hostelu. W tym mieście jest kilka dzielnic, w których lepiej nie kręcić się po zmroku. Spaliśmy w Palermo Soho, jednej z przyjaznych turystom stron miasta. Nasz hostel okazał się niewypałem. Drugiego dnia go zmienialiśmy.😕

Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty w bezpłatnym Eco Parku. Trzeba mieć ze sobą dowód lub paszport. 

Bardzo fajne miejsc.

Są mary.
I dużo różnego ptactwa.

Eco Park powstał w 1900 jako zoo. Obecnie odchodzi od tradycyjnej formuły. Większość zwierząt spaceruje swobodnie. Mają jeszcze kilka większych gatunków z poprzednich lat i np.pumę odebraną prywatnemu właścicielowi. Większość klatek jednak jest pustych. I dobrze i nie. Na terenie jest sporo opuszczonych przepięknych pawilonów.

Dalszy ciąg dnia to Ogród Japoński. Ładny, ale jak widzieliście już taki, to możecie sobie go odpuścić.

Wstęp 18 000 pesos. Moim zdaniem nie warto.

Następnie szukaliśmy jedzenia. Na każdym kroku znajduje się tutaj kawiarnia, cukiernia, lodziarnia. Mieliśmy jednak problem ze znalezieniem normalnego jedzenia w przystępnych cenach w normalnych (dla nas) godzinach. Argentyńczycy jedzą późno. Wiele restauracji jest otwieranych po 20.

Drugi dzień postanowiliśmy spędzić jeżdżąc autobusem Hop On Hop Off. Z założenia był to dobry plan. Ale...

Początek dnia układał się całkiem pomyślnie. Nie czekaliśmy nigdzie długo na autobus. Odwiedziliśmy piękne centrum, San Telmo, La Bocę i Puerto Madero - te dzielnice polecam.

Bilety kupiłam na Grey Line, autobus który jest czerwony (ale czasami ma żółty przód). Myślę, że ich konkurencja ma więcej pojazdów i może być przez to lepszym wyborem. Przystanki się często pokrywają, ale nie można dowolnie zmieniać autobusów. Dwa razy autobus nas nie zabrał, bo był pełny. Raz przeszliśmy dwa przystanki, żeby zabrać się na kolejny. A na koniec utknęliśmy w korkach. 😠

Ogólnie pomysł praktyczny, kupujecie bilet online za 40 USD i przez 24 godziny możecie zwiedzać najbardziej turystyczne dzielnice miasta. Tylko autobus nie jeździ po 19, a od 16 stoicie w korkach.

La Boca, dzielnica artystów i kibiców. Tu nam się podobało.

Nie wiem, czy Wam rekomendować taką metodę zwiedzania. W sumie, może wyjść podobnie komunikacją miejską.
Foto: plan przejazdu autobusu.

Z tego dnia mogę Wam serdecznie polecić dzielnicę San Telmo z lokalnym targiem i placem, gdzie tańczą tango. (Później zbierają datki).

Kolejnego dnia zrobiliśmy sobie wypad do pobliskiego Urugwaju, o tym już za trzy dni na blogu.

Po powrocie z Urugwaju mieliśmy jeszcze trzy dni w stolicy Argentyny.

Spędziliśmy je następująco:

W niedzielę udaliśmy się na cmentarz Recoleta.

Grobowce są wielopoziomowe. Część z nich wymaga remontu. 

Wstęp na ten cmentarz kosztuje 22 500 pesos. Ja bardzo lubię cmentarze, ale wiem, że nie wszyscy sobie cenią takie spacery.  (Tych, którzy chcą obejrzeć więcej, zapraszam na moje zapisane relacje na Instagramie.) Dla mnie to były dobrze wydane pieniądze i mam nadzieję, że zostaną użyte do renowacji tego miejsca.

Wspomniałam, że była to niedziela, tuż obok znajdował się kiermasz rękodzieła. Podobno jest co weekend. Spędziliśmy na nim kolejną godzinę. W wielu miejscach przyjmowane są karty kredytowe, ale na takich stoiskach zdarzają się też rzemieślnicy, którzy akceptują tylko gotówkę.

Płacąc gotówką możecie negocjować cenę, a w niektórych miejscach od razu jest napisane, że kartą to plus x %. (Również w Urugwaju i Chile.)

Czymże byłoby Buenos Aires bez tanga? Taniec ten wywodzi się z lokalnej portowej dzielnicy. Prostytutki wabiły nim marynarzy.

Ten wieczór zakończyliśmy podziwiając profesjonalistów.

W mieście znajdziecie wiele opcji Tango Show. Myśmy udali się do Teatro Piazzolla. Sam występ kosztuje ok 20USD za osobę. Są też opcje z kolacją i transferem w cenie. W mieście dobrze działa Uber. 

Jedzenie w takich miejscach zazwyczaj nie jest na wysokim poziomie. Wino na kieliszki również nie. 😉 Ale nie po to się tam idzie. 

W poniedziałek udaliśmy się do Tigre - dzielnicy nazywanej argentyńską Wenecją. Metrem (przykłada się kartę kewdytową do bramki z napisem credito/debito) dojechaliśmy na dworzec Retiro. Tam okazało się, że z powodu remontu pociągi linii Mitre (czyli do Tigre) nie jeżdżą. Uczynny ochroniarz pokazał nam na migi, że mamy wziąć autobus 130 i udać się na inny dworzec. W autobusie również można zapłacić kartą kredytową. Wchodzi się pierwszymi drzwiami i przy kierowcy jest czytnik. 

P.S. Złego słowa już nie powiem na kierowców autobusów w Warszawie. Ci w Buenos Aires są szaleni.

Dotarliśmy na dworzec Berglamo C, gdzie strażnik nie chciał nas wpuścić, bo nie mieliśmy karty miejskiej. Jakiś uczynny Argentyńczyk wpuścił nas na swoją. I nawet nam jedną podarował, żebyśmy mieli jak wrócić. Wsiedliśmy w pociąg i po godzinie byliśmy na miejscu. Jak się okazałi, jechaliśmy na gapę. 🤪 Chociaż nasz dobroczyńca mówił, że pracuje na kolei i dlatego ma dodatkowe karty. (Chcieliśmy mu za nią zwrócić, ale nie chciał.)

Rejs łodzią trwa ok godziny, kosztuje 35 USD (gotówką taniej). Mnie się bardzo podobało. Jest sporo ładnej zabudowy, trochę zaniedbanych domów i sporo wrakó statków.
Wracając okazało się, że karta jest wstępem na dworzec, ale trzeba kupić bilet w okienku - tylko gotówka!
Co  jest bardzo dziwne, bo później użyliśmy tej karty na przejazd autobusem i były na niej pieniądze.
Do tej pory nie jestem pewna, jak działa ta karta. 😄

Na kolację zostaliśmy w okolicach dworca Belgramo, czyli w Chinatown.

Ostatni dzień w mieście (lot mieliśmy późnow w nocy) spędziliśmy spacerując po centrum. Zrobiliśmy ponad 12 km!

W mieście jest bardzo dużo budynków wartych uwagi. W tym znajduje się muzeum wody.


Kawę wypiliśmy w wielkim stylu - w kawiarni La Ideal istniejącej od 1912 roku. Koszt kawy 5 400, czyli bardzo przeciętny. Problem jest taki, że nawet zamawiając "Americano", dostaje się małą kawę.

Później przebraliśmy się w toalecie naszego Arbnb, co ciekawe (i w naszym wypadku bardzo użyteczne) był to hotel przerobiony na apartamenty. Była recepcja - mogliśmy zostawić bagaż i toaleta, gdzie odświeżyliśmy się przed lotem.
 
Zamówionym Uberem dojechaliśmy na lotnisko. Nie ma ono dobrych opinii w internecie, ale nie napotkaliśmy problemów. (Podobno panuje na nim chaos i dezinformacja.)
Przy wylocie z Argentyny nie ma limitu płynów, ale jeśli macie lot z przesiadką, to na kolejnym lotnisku je Wa zabiorą.
 
P.S. Za trzy dni zabieram Was do Urugwaju - mojego 104 kraju. 

niedziela, 5 kwietnia 2026

Marzec '26 - w pracy

 I tak jakoś mamy już kwiecień. Nie wierzę, jak ten czas szybko leci...

Postanowiłam zrobić małą przerwę w postowaniu o mojej podróży do Patagonii i napisać Wam, jak minął mi marzec w pracy. 
No więc, pamiętacie ten wpis? STBY, czyli "standby", czyli dyżur ? 
Pisałam Wam w nim, o możliwości dyżuru domowego. I że jest to popularne w liniach lotniczych. W moim przypadku jest to rzadkością, ale się zdarza...
I taki właśnie był marzec. Znaczy sobie wykrakałam. 🤣

Mój grafik na ten miesiąc wyglądał następująco: 4 dni dyżuru domowego, dwa dni wolnego, 5 dni dyżuru domowego. W sumie byłam 9 dni w pracy. To znaczy w domu (lub okolicy) pod telefonem.
Te dwa dni w środku były bez sensu, bo blokowały mi możliwość popracowania dla innych firm, ale w sumie innych ofert nie miałam.  🤷‍♀️

 A jak zapowiada się kwiecień? Obecnie cisza... trzymajcie kciuki!

A mnie się marzy taki miesiąc.
Foto: internet.

Przy okazji:

Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam spokojnego czasu w gronie rodziny i znajomych,
Smacznego jajka i mokrego Dyngusa!

 

Foto: Internet

 
 

środa, 1 kwietnia 2026

El Chalten

Ponieważ nie chcę Was tutaj zasypywać informacjami o Patagonii, to szczegóły tej wyprawy umieszczę w osobnym Ebooku. O premierze poinformuję tutaj i na swoich mediach społecznościowych. 😀

Przejazd zajął nam niecałe 3 godziny.  El Chalten to małe urokliwe miasteczko, z którego wychodzi się na wiele szlaków górskich. I po to się tam właściwie jedzie. Mieliśmy zaplanowane trzy dni trekkingu.

Kolację po przyjeździe zjedliśmy w La Tapera. Polecam. (Oczywiście był stek.)

Pieniądze wymieniliśmy w aptece. 🤣

A spaliśmy w Hosteria Fitz Roy - rezerwowane przez Arbnb, bo było taniej niż na booking. Śniadania słabe, ale samo miejsce bardzo na plus. Wypożyczono nam nawet kijki gratis. W recepcji zawsze można prosić o gorącą wodę.

Dzień pierwszy - 20km trasy do Laguny Torre. (22 na naszym liczniku) 8 godzin

Zacznijmy od biletu do parku. Za dzień kosztuje 45 000 pesos. Za trzy dni 90 000 pesos. W budce przy wejściu trzeba mieć gotówkę (dolary są akceptowane) lub dokonać zakupu online. Mają WiFi. 

ALE: jeśli chcecie robić tylko Lagunę Torrę, to możecie zacząć trasę w innym miejscu. W połowie miasta po lewej stronie (patrząc w kierunku oficjalnego wejścia) jest oznaczony szlak, gdzie nie ma nic o opłatach... i nikt nie sprawdza biletów.

Trasa jest prawie cały czas łatwa. Dobrze oznaczona. Piękna. 

Dzień drugi - Chorrillo del Salto, czyli wodospad. Trasa 6km. Niecałe 2 godziny.


Ładny wodospad dostępny dla wszystkich.

Drugi dzień był dla nas dniem odpoczynku. Pogoda też zawiodła, więc nie było sensu się wyprawiać dalej. Nogi nas bolały po poprzednim dniu. Krótki, dwugodzinny spacer w bardzo wolnym tempie dobrze nam zrobił.

Od połowy trasa wiedzie ścieżkami. I tu jest bardzo przyjemnie.

Początek trasy możecie pokonać wzdłuż drogi, ponownie omijając zakup biletu. Tylko Was zakurzy.😒 

Resztę dnia spędziliśmy spacerując po miasteczku i odpoczywając. 
Idąc na ciastko / posiłek pamiętajcie, że mają tu duże porcje, tak jak w Chile.

2 kawy i jedno bardzo duże i bardzo słodkie ciasto =100pln. Tak, jest tu drogo. Pamiątki wychodzą drożej niż w El Calafate.
Tego dnia jedliśmy w Maffia. Rodzina pochodzi z Sycylii i wie, jak robić makaron. W wielu miejscach trzeba robić rezerwację na wieczór. Szczególnie, gdy jest Was więcej i gdy jecie późno. 

Dzień trzeci - Laguna Los Tres - 20km (24 na naszym liczniku) 8 godzin.
To był najcięższy nasz trekking w Argentynie. Szlak jest przepiękny i prosty przez 9km.

Chyba najładniejsza trasa, jaką zrobiliśmy. Zaczynaliśmy po ciemku o 5 rano, bo miało być okno pogodowe.

Początkowo możecie iść bardzo szybko. Praktycznie idzie się po płaskim. Ostatnie 2 km ....

Ostatni kilometr to mordęga. Ostro pod górę po kamieniach. Tutaj nie przyspieszycie. 

Trasa jest wąska. Wracając musieliśmy często przepuszczać ludzi idących pod górę (mają pierwszeństwo).

Laguna u podnóża Fitz Roy. Główny powód naszego pobytu w El Chalten. Niestety było trochę chmur.

Pogodę sprawdzaliśmy na windguru, ale przez wiatry prognozy nie są wiarygodne. 

Po takim dniu zafundowaliśmy sobie masaż - ok 240pln. I to były bardzo dobrze wydane pieniądze. Znowu mogliśmy chodzić.😉
Wieczorem zjedliśmy steka (jednego na pół) i wypiliśmy butelkę Malbeca z Patagonii. Nasz ostatni wieczór przed wyjazd trzeba było uczcić.

Kolejnego dnia wsiedliśmy w autobus do El Calafate. Zarezerwowałam nam bezpośredni kurs na lotnisko. I dostaliśmy upgrade do klasy biznes! 😊 Przejazd trwał 2:40 (mieliśmy małe opóźnienie).

I tak się kończy nasza patagońska przygoda.
Kolejne wpisy będą już wielkomiejskie (i małomiasteczkowe). Na koniec serii jak zawsze zrobię podsumowanie z praktycznymi wskazówkami. A po więcej informacji już wkrótce zaproszę Was do swojego Ebooka. Prace trwają! 
 
P.S. W niedzielę robię przerwę od postowania wyprawy i zapraszam na Wasz ulubiony wpis: "Marzec '26 - w pracy". 

niedziela, 29 marca 2026

El Calafate Argentyna - kraj 103

 I tak oto kolejnego dnia przenieśliśmy się do Argentyny! Mojego 103 kraju na mapie.😍

Znalazłam tylko autobus Marga. Niestety bez internetu, a podróż była długa. Miało być 5:40 godzin, a było prawie 7 - to przez kolejkę na granicy argentyńskiej. Chilijska minęła nam bez problemu.

Przy wjeździe do Argentyny (przynajmniej na tym przejściu granicznym) trzeba mieć rezerwację hotelu. I nie może być to zdjęcie/ zrzut ekranu, trzeba mieć otwartą rezerwację w telefonie. Jest WiFi.

Spaliśmy w hostelu. Ciekawostką jest to, że mało osób mówi w Patagonii po angielsku. Nawet w hostelach i restauracjach. W tym obsługiwał nas bardzo miły chłopak, który od raz przeprosił za swoje braki w języku Szekspira i podkreślił, że się uczy.

Nasz hostel. 45USD za dwójkę z łazienką i śniadaniem. Płatne w dolarach lub kartą. Śniadanie słabe, pokoje głośne. 😒

Czytałam w wielu miejscach, że przyjmują tylko "niebieskie" dolary (te najnowsze), ale z tym nie mieliśmy problemu. Wszędzie brano te starsze, tylko w bardzo dobrym stanie. 
Kłopot jest z argentyńskim pesos, bo go nie ma. Rozmawialiśmy z Argentyńczykiem i przyznał, że na południu kraju brakuje banknotów. 
Jedyny kantor w mieście jest zamknięty na stałe, Western Union nie miał gotówki, z bankomatu można wybrać maksymalnie 40 000 pesos jednorazowo. Prowizja przy tym to 15 000 pesos. To jakiś absurd!

Wymieniliśmy dolary w restauracji. 🤣 Jest ich kilka w mieście np. Nina.

Do El Calafate przyjechaliśmy dla Parku Narodowego Lodowców. Lodowców jest kilka, w różnej odległości i z różnymi opcjami zwiedzania. Najsłynniejszy Perito Moreno ulokowany jest 80km od miasta.
Jak zobaczyć Perito Moreno? Jest kilka sposobów, zależy to głównie od zasobności Waszego portfela: spacer (najtaniej), łódka, trekking (najdrożej). 

Po pierwsze musicie ogarnąć dojazd. Sin Fronteras z biurem na dworcu wyszedł nam najtaniej po 35 000 w dwie strony od osoby. Odbiór z hostelu, koniec w centrum miasta. Komunikacja przez WhatsApp po hiszpańsku (Google Translator Wam to ogarnie).
Bilet wstępu do parku kupiłam online. Strona tylko po hiszpańsku, ale do ogarnięcie. Wstęp 45 000. 

Busik zawozi Was do wejścia, jeśli nie kupiliście biletów online to możecie je kupić na miejscu za gotówkę lub w okienku kartą. Potrzebny jest paszport!
Busik wiezie Was dalej do głównego parkingu.

Na pomarańczową trasę podwozi bezpłatny autobus. Trasy się łączą. 
Na parkingu jest toaleta, restauracja, miejsce do jedzenia. W restauracji jest bardzo drogo. Myśmy zabrali swoje jedzenie. Na miejscu macie 4 godziny. 

Jeśli nie kupiliście rejsu łódką, to możecie wykupić go jeszcze na miejscu. Płacąc gotówką jest - 10%. Dolarów nie przyjmują. Wyszło nam po 65 000 pesos za osobę za godzinny rejs. Czyli ogólnie taniej niż przez internet, ale było z tym trochę zachodu i niepewności. Online możecie znaleźć różne gotowe pakiety. Rezerwując wszystko osobno, nie płacicie prowizji pośrednikom, ale też nie macie pewności, że będą wolne miejsca.
Trekking lub długi rejs łódką (taki, co opływa lodowiec lub nawet podpływa do kolejnego) musicie wykupić online. Program jest inny i miejsce rozpoczęcia spaceru / rejsu również jest inne.

Moim zdaniem warto udać się chociaż na ten krótki rejs. Nie wiem, jak wyglądają te całodniowe, ani jak wygląda trekking. Myśmy chodzili już po lodowcu i nie zdecydowaliśmy się tutaj ponownie.
 

Ile razy w życiu napijecie się whiskey z lodem z lodowca?
Koszt 15 000 pesos.

Tak, lodowce są zagrożone. Wiem o tym. W mieście spotkacie się z protestami skierowanymi przeciwko lodowcowej turystyce. Nie wiem, czy polecać Wam odwiedziny na lodowcu. Jeśli się nie wybieracie, to nie ma sensu przyjeżdżać do El Calafate. 

Kolejnego dnia ruszaliśmy do El Chalten. Nasz autobus odchodził dopiero o 14. Rano ruszyliśmy do Laguny Nimez na obserwację ptaków.

Wstęp 12 000 płatność tylko gotówką. Wypożyczenie lornetki 5 000, w zastaw zostawia się jakiś dokument.

Trasa ma 3km długości. Czasowo bywa zalewana i zamiast pętli trzeba wracać tą samą ścieżką. 

Największa atrakcja - liski. 

Pospacerowaliśmy godzinę. Wypiliśmy kawę i w drogę. Na dworcu przy wyjeździe trzeba uiścić opłatę - 4 000 pesos od osoby, ale nikt tego nie sprawdza.

Kolejny wpis będzie z El Chalten, a więcej informacji zamieszczę w swoim Ebooku. 😁


środa, 25 marca 2026

Puerto Natales

Z Punta Arenas ruszyliśmy autobusem do Puerto Natales. Są różne firmy przewozowe. Jechaliśmy Bus Sur (mają wifi). Za bilety zapłaciłam online 73pln za dwie osoby (i to był najtańszy przejazd autobusowy w czasie naszej patagońskiej przygody).
 Kupowałam przez stronę BusBud. Jeśli ściągniecie sobie ich aplikację, to będziecie mieć wszystko w jednym miejscu. Łącznie z tym, gdzie jest dworzec autobusowy. Akurat ten w Punta Arenas jest w samym centrum, więc udaliśmy się do niego na piechotę.

Na dworcu trzeba być 15 min przed czasem. Nadaje się bagaż, dostaje taki odcinek jak na lotnisku i w drogę. (A przy wydawaniu plecaków nikt tego odcinka nie sprawdza. 😐) 

Przejazd trwa 3:15. Na miejscu mieliśmy zarezerwowany nocleg. Hostel za.... 80 $ za noc! Tutaj są ceny z kosmosu. W momencie rezerwowania (przyznaję, że robiłam to późno, ale nadal prawie 3 tyg przed wyprawą!), tańszych opcji dwójki z łazienką nie było.
Przynajmniej śniadanie było bardzo dobre i na miejscu jest wypożyczalnia sprzętu. Za 4USD można pożyczyć sobie kijki.
Nasza noclegownia nazywała się Hostal Alcazar. 
(Ale szukajcie czegoś lepszego, bo dla mnie stosunek jakości do ceny nie był racjonalny.)

Miasto słynie z jednej rzeczy - stąd wyrusza się na szlak W i O w Parku Narodowym Torres del Paine.

Chcieliśmy zrobić W Trek. Czyli cztery dni po Los Torres del Paine. Spanie w schroniskach, plecak na plecach i nieziemskie krajobrazy.
 Przypominam, że rezerwowałam wszystko na trzy tygodnie przed i.... okazało się, że na niektórych kempingach nie ma już miejsc. Podobno ludzie rezerwują 6 miesięcy do przodu!

Pudeto. Wodospad i punkt widokowy. W sumie jakiś dwugodzinny spacer. 

Skończyło się na tym, że zarezerwowałam autobus (Gomez przez BusBud) do Pudeto. Tam pokręciliśmy się do godziny 14. Po 14 ruszają trzy autobusy do Laguna Amarga, gdzie znajduje się wejście do parku narodowego. Nie udało mi się zarezerwować biletu na autobus powrotny z wyprzedzeniem. Można przy rezerwacji katamaranu zrobić taki łączony.
Nie jest to jednak problem, bo każdy kierowca Was weźmie na lewo za 5 000 pesos od osoby. 😉

Niby Pudeto w parku nie jest, ale w drodze w tamtą stronę był przystanek przy bramie do parku. Wszyscy musieli opuścić autobus i pokazać bilety. Następnie wraca się do tego samego autobusu i kontynuuje do Pudeto. Nie można latać dronem. (Mieliśmy go ze sobą, bo nigdzie w internecie nie jest to jasno powiedziane.)

Po przepięknym spacerze po Pudeto, tak jak wspominałam, udaliśmy się do parku. Autobus wysadza Was przy głównej bramie. Przechodzicie kilka kroków i bierzecie busik (4500 pesos tylko gotówka) do "Welcome Center" już w głębi parku. Możecie iść na piechotę, ale droga jest szutrowa i każdy samochód Was okurzy. Jeśli macie samochód, to możecie wjechać w głąb.
Uwaga! Busik nie zatrzyma się, żeby zgarnąć Was po drodze, jeśli zaczniecie iść. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Na szczęście, zatrzymali się Polacy i nas podwieźli. 

Nasz W Trek z powodu braku miejsc był jednodniowy. Przespaliśmy się w ich namiocie, a z samego rana, znaczy o 2 rano ruszyliśmy na szlak.

Taki namiot ze śpiworem kosztuje 300 USD za dwie osoby. Prysznice są wspólne. Jest ciepła woda.

Jeśli chcecie zaoszczędzić weźcie ze sobą jedzenie, kawę, herbatę itp. Wrzątek jest bezpłatnie. Dostaje się też powitalnego drinka i 30min internetu. Za obiadokolację trzeba zapłacić 60USD. Można zamówić całe wyżywienie online lub na miejscu do godziny 17. Myśmy mieli śniadanie na drugi dzień ze sobą, a na kolację kupiliśmy pizzę (mini). Taka na talerzyk deserowy kosztuje 12 000 pesos. Kawa kosztuje 6 000 pesos. Ceny są zatrważające i nie ma wielkiego wyboru. Jeśli nie bierzecie zestawu, to możecie kupić kanapki, empanady, hot dogi i pizzę. Nie ma normalnego, ciepłego jedzenia.

Pogoda na szlaku może być różna. Weźcie ciepłe rzeczy (w nocy było lodowato). W Patagonii często wieje i pada.

Część szlaków można zrobić jako jednodniowe z dojazdem z Puerto Natales. I sporo ludzi się na to decyduje, dlatego popołudniu są tłumy.
Myśmy chcieli zrobić Mirador Base Torres o świcie. Był o powód naszego noclegu w parku i to najdroższego w ciągu tej podróży. 
Trasa liczy 10km w jedną stronę. Sporo osób wychodzi na wschód słońca, ale jeszcze więcej idzie później. 

Dla takiego widoku wstawaliśmy o 2 w nocy.

Podsumowując:

Za bilet do parku zapłaciliśmy po 40USD (kupione online) autobus z Puerto Natales to 15 000pesos i tyle samo kosztuje powrót, spanie 300 USD 😕-  do tego jedzenie na miejscu - to zależy już od Was. 
Zrobiliśmy trasę w jakieś 10 godzin (na miejscu czekaliśmy dobrą godzinę na wschód). W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w wyżej położonym schronisku na kawę. (Oczywiście, nie było tam miejsc na nocleg, a to zaoszczędziłoby nam dwie godziny snu.)
Trasa, wbrew temu co znajdziecie w internecie, nie jest spacerem. Jest dobrze oznaczona, ale w nocy w kilku miejscach można zabłądzić, szczególnie pod koniec, nie wiadomo, jak wejść na grań. Myśmy wchodzili trudniejszą ścieżką, a przy zejściu okazało się, że jest inna - bardziej płaska.
W dzień idziecie za tłumem. 
Ostatni fragment jest trudny. Szłam z partnerem, który chodzi po górach i nawet on przyznał, że opinie w internecie o łatwości szlaku są błędne.

Późnym popołudniem wróciliśmy do tego samego hostelu. Jeśli nocujecie w tym samym miejscu, możecie tam zostawić swoje bagaże. 

Więcej znajdziecie już wkrótce w moim Ebooku. 

A w niedzielę zabieram Was już do Argentyny! 

niedziela, 22 marca 2026

Punta Arenas

 Z Santiago przelecieliśmy na południe  liniami Sky Airlines. Lot trwał trzy godziny, napoje i przekąski były płatne. Na pokład w ramach biletu możecie zabrać tylko przedmiot osobisty, dlatego musiliśmy dokupić bagaż podręczny. Zapłaciliśmy 737pln od osoby. 

Na koniec zrobię podsumowanie kosztów (i już sama się boję).

Z lotniska wzięliśmy Ubera, jest w terminalu bezpłatne WiFI. Szukałam autobusu, ale nie znalazłam.

Zatrzymaliśmy się w Hostel Entre Ventos. W miasteczku jest sporo miejsc do spania. Jest hotel za kilkaset $ i tańsze opcje noclegu w pokojach wieloosobowych. Mieliśmy prywatny pokój z łazienką i śniadaniem. Za noc zapłaciliśmy 51$. Tutaj jest taniej płacić w dolarach. Karty nie były akcpetowane. Przy meldunku trzeba podać paszport i znowu kartkę, którą dają na przejściu granicznym. Nie zgubcie tej karty, bo wszędzie w Chile o nią pytają. 

Punta Arenas jest nazywane stolicą Patagonii. Mają nawet własną flagę. Przylecieliśmy tutaj, bo stąd odchodzą autobusy do kolejnych miejscowości i można tu udać się na bardzo ciekawą wycieczkę łodzią.

Pierwszy przystanek Wyspa Marty. Tutaj się nie wysiada. Podpływacie blisko do morsów i je obserwujecie z pokładu. 

Biuro znalazłam na TripAdvisor. Jest ich kilka, program mają taki sam. Spotkanie w miejscu odbioru (środek miast), transport autobusem do miejsca wypłynięcia (to nie jest ten port w mieście), łódka, opłynięcie Marta Isla i spacer po Isla Magdalena. Koszt 140 $ od osoby. Czas pięć godzin. Podają kawę/ herbatę i ciasteczka.

Zimno nie było, ale tu już wieje. To jest Patagonia! Kraina wiatru! Kamizelki są obowiązkowe.
Główna atrakcja wycieczki: pingwiny Magellana. Spacer po wyspie trwa godzinę. Odbywa się po ściśle określonych trasach.
Jedyny minus tej wycieczki? Wczesna pobudka. Nasz hostel przygotował nam kanapki na śniadanie, ale zaraz po powrocie i tak poszliśmy na małe jedzenie.

W hostelu przeczytałam, że lokalny cmentarz zalicza się do 10 najpiękniejszych na świecie. Znajduje się w centrum miasta. Coś było o biletach, ale pani przy kasie powiedziała, że wstęp bezpłatny. 🤷‍♀️


Pięknie przycięte jałowce tworzą aleje.
 
Ja lubię spacerować po cmentarzach. Ten podobał się nawet mojemu partnerowi.

W mieście jest też podobno ciekawe muzeum statków. Myśmy po pobudce o 5 rano i po poranku na łodzi nie mieli już na to sił.

Poszliśmy za to na spacer po plaży. Były kormorany i .... śpiący mors. 😍

Kormorany przypominają z daleka pingwiny.

Początkowo myślałam, że nie żyje i już chciało mi się płakać. Ale podrapał się po brzuchu, sapnął i poszedł dalej spać. I tak, to było centrum miasta.


Na kolację pierwszego dni poszliśmy do lokalnej restauracji. Drugiego do baru. Możecie żywić się empanadas lub kupić coś do odgrzania w hostelu - i tak zaoszczędzić.

To jest porcja na jedną osobę. Wzięliśmy na pół. Plus wino lokalne i piwo wyszło 47 000 Pesos. Czyli prawie 200pln. Od razu doliczają 10% napiwku.

W barze zjedliśmy super hamburgery. Ja wypiłam Calafate Sour (z pisco, czyli lokalną brandy). Koszt 54 000 pesos. 
Jak pisałam już, tanio nie było. Ceny takie wielkomiejskie. Nie ma co przeliczać, to wyprawa życia. 😂 Płakać będziecie po przyjeździe, jak spojrzycie na konto. 

P.S. Zastanawiam się nad Ebookiem z tej wyprawy. Dajcie znać, co myślicie i trzymajcie kciuki!