Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2026

Safari w Senegalu, czyli kraj 101.

Dawno, dawno temu byłam w parku safari w Republice Południowej Afryki. Mój partner nigdy nie był w takim miejscu. I jeszcze jedno: safari było w Senegalu. A wiecie, że ja lubię dodawać nowe miejsca na mojej mapie świata. 😊

Safari było zorganizowane przez biuro Rainbow. Online nie mogłam znaleźć tańszego. Na miejscu pewnie bym coś znalazła, ale już nie było czasu szukać. Ilość miejsc jest ograniczona. 

Ruszyliśmy o 6 rano. Musieliśmy przeprawić się na drugą stronę Gambii (rzeki i kraju) promem. W Afryce transport publiczny działa dość luźno. Albo popłyniecie od razu, albo poczekacie. Na lądzie możecie jeszcze kupić kawę i kanapki (myśmy mieli suchy prowiant z hotelu). Na promie też kursują panie z koszami smakołyków na głowie. Warto mieć jakąś lokalną gotówkę.

Po 45 minutach płynięcia i 30 minutach jazdy autobusem dotarliśmy na przejście graniczne. I czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Przechodzi się przez barak, na środku znajduje się klatka z więźniami, wchodzi do małego pokoju i dostaje pieczątkę wyjazdową. (Osoby bez pieczątki przylotowej musiały dać łapówkę.) Dalej wchodzi się na podwórko. Następnie zawraca, obchodzi się budynek dookoła, wsiada w autobus i jedzie na granicę Senegalu.

Tak wygląda podwórko przy urzędzie celnym. Są kurczaki, kozy, stare motory. 

Przy granicy z Senegalem na autobus rzucają się dzieci. Możecie wspomóc osoby sprzedające (młode dziewczyny) i kupić wodę, ciastka, mandarynki (bardzo dobre). Nie dawajcie jednak nic dzieciom. Wiem, że to straszne, ale to właśnie turyści nauczyli je żebractwa. Jeśli chcecie coś przywieźć, to dajcie to dorosłym na plaży, obsłudze hotelowej - dla ich dzieci. A jeszcze lepiej dajcie to rezydentom, którzy przekażą Wasze dary do Wioski Dziecięcej SOS.

Do przekroczenia granicy Senegalu potrzebny jest paszport i książeczka szczepień. Jeśli jej nie macie, zabierają Wam paszport, a przewodnik później idzie je wykupić za 10 euro. 

Główną atrakcją Parku Fathala jest spacer z lwami. Dostajecie kije (przypuszczam, że lwy były nimi bite) i idziecie za nimi parę kroków. Następnie jest pozowanie do zdjęć. Zwierzęta są znudzone i chyba naćpane. 
Ogólnie, nie jestem za takimi atrakcjami. Chcieliśmy nawet zrezygnować, ale przekonywano nas, że to są porzucone lwy, hodowane tutaj od małego. Są karmione i na spacer chodzą tylko trzy razy dziennie (na zmianę chodzą pary). Plan wycieczki obejmował ten spacer.
Szczerze, pozostał mi niesmak. I więcej bym tego nie zrobiła.

Po spacerze odbieracie z szafki swoje rzeczy (żeby nie drażnić lwów, wszystko trzeba zostawić w schowku). I wsiadacie do otwartego autobusu. Przejażdżka po parku trwa 1,5 godziny.

Przy wejściu są dwa krokodyle i żółwie.


Lwy pozują wbrew sobie.


Samochód zatrzymuje się przy wodopoju. Są zebry i guźce. Oczywiście, nikt Wam nie zagwarantuje, że zobaczycie wszystkie zwierzęta. 


Kevin zamordował swoją partnerkę i teraz jest sam.


I te słodziaki. 


Przed wjazdem do parku.

Na miejscu jest mały sklepik z napojami (prawdziwa kawa z ekspresu) i pamiątkami. Przyjmują też walutę Gambii -  Dalasi.

I udaliśmy się w drogę powrotną. Ponownie granica, ponownie wyciągające rączki dzieci, prom i powrót do hotelu.
To jest długi i męczący dzień, ale warto. Szczególnie, jeśli nigdy nie byliście na safari.

I tak zamykam rok z listą 101 odwiedzonych państw. Ale o tym więcej w kolejnych wpisach. Zapraszam za tydzień! 


niedziela, 28 grudnia 2025

Gambia - mój 100 kraj!

W listopadzie nie miałam żadnych zleceń. Postanowiliśmy więc, udać się na wakacje. W planach były Wyspy Zielonego Przylądka, a konkretnie trekking z biurem podróży. Czekałam cierpliwie na ofertę last minute (bo z biurem podróży zawsze wybieramy takie okazje) i niestety nie doczekałam się. 

Grudzień zaczął się u mnie od wyjazdu.... i od razu było last minute na Wyspy.... I te daty się oczywiście pokrywały. 😂 (A trekking jest tylko jeden w miesiącu.)
Zawsze tak jest. Jak mam jedno zlecenie, to wpada zaraz drugie. Jak mam prywatne plany, to dzwonią. A jak siedzę w domu i gdzieś bym poleciała, to cisza.

Nic to, będąc w pracy zaczęłam szukać innego kierunku na nasz zimowy wyjazd. I wpadła Gambia za 4250pln. (Cena zależy oczywiście od pakietu i standardu hotelu.)
Gambia to najmniejsze państwo Afryki. Ma mniej mieszkańców niż Warszawa.

I tak swój 100 kraj świętowałam na Czarnym Lądzie.

Przelot był z Enter Air i trwał trochę ponad siedem godzin. To był kolejny z powodów, dla których wybrałam ten kierunek. Bezpośredni lot (bez międzylądowań), niezbyt długi i ta sama strefa czasowa (jest godzina różnicy).
Kiedy lecimy na tydzień wakacji, to najchętniej (ale nie zawsze) bez przesiadki i bez długich rejsów. Przy dłuższych pobytach nie ma to takiego znaczenia.

Dolecieliśmy na miejsce po godzinie 18. Na lotnisku trzeba uiścić opłatę w wysokości 20 $ lub 20 euro przy wlocie. I taką samą przy wylocie, ale możecie zapłacić też lokalną walutą, jeśli Wam zostanie. Władze namawiają na płatność z góry za wylot, żeby turysta zostawił walutę. Przy wylocie nie ma kolejek do płatności. I pamiętajcie, żeby trzymać ten papierek z opłatą - ten wylotowy. Jest on dokładnie sprawdzany przy odlocie. Jest to opłata za ochronę lotniska, cokolwiek to znaczy. 
Nie ma opłaty za wizę. Wbijają pieczątkę do paszportu. Koniecznie sprawdźcie! Bez pieczątki będziecie mieć problemy przy ponownym przekraczaniu granicy. 

Na lotnisku wymieniliśmy 100$. W Afryce, tak jak w Azji, starsze banknoty mają niższy kurs. Na lotnisku ogólnie nie był on najlepszy. Potrzebowaliśmy jakiś drobnych na napiwki. Jak macie drobne euro, czy dolary, to możecie takie wręczać. Jednodolarówki nie są chętnie przyjmowane w kantorach, a o monetach zapomnijcie. (Na lotnisku lokalni pomagacze proszą o wymianę na wyższe nominały.) 

Wasz bagaż zostanie porwany przez kogoś i umieszczony na dachu. Jeśli nie chcecie zostawić napiwku, to możecie sami dźwigać walizkę.

Z tego co czytałam, nie ma obowiązku szczepień. Żółta książeczka potrzebna jest przy wjeździe do Senegalu (na safari). Jeśli jej nie macie, a chcecie jechać do państwa obok, to będziecie musieli zapłacić 10 euro kary na granicy. 
Warto zabrać ze sobą Muggę. Gambia jest regionem zagrożonym malarią. W okresie suchym: październik - maj, jest bardzo mało komarów. Myśmy nie przyjmowali Malarone. 

Takiego mieliśmy sąsiada w hotelu.

Przed malarią się nie zabezpieczaliśmy. Komara widzieliśmy jednego. Wodę piliśmy butelkowaną lub przegotowaną. Nasz hotel - Tui Blue Tamala - miał dyspensery z wodą. Wodą z kranu można myć zęby.
Wykupiliśmy pakiet All Inclusive, bo nie miałam pewności, czy będą inne opcje wyżywienia w okolicy. Teraz wiem, że jest ich bardzo dużo.
Planując wycieczkę z większym wyprzedzeniem, radzę brać probiotyk. Ja się raz strułam. Mojemu partnerowi nic nie było, a jedliśmy prawie to samo. 😠
Na wieczór weźcie swetry.  Zapakujcie też filtr UV i nakrycie głowy. Tutaj ze słońcem nie ma żartów.


Codziennie plaża. Gambia jest krajem muzułmańskim i jest trochę kobiet zakrywających się. Większość jednak chodzi bardzo kolorowo ubranych i odkrytych. Możecie śmiało opalać się w bikini.


Plaże w Gambii tętnią życiem. Jest sporo naganiaczy, ale są oni bardzo mili. Całe państwo reklamuje się jako "Smiling face of Africa".


Nasz hotel był ładnie położony i stylowy.


A co wieczór zapraszano innych artystów. Były potańcówki i występy folklorystyczne. Warto mieć drobne 100- 200 Dalasi (czyli 5-10 pln) na napiwki dla nich. Zawsze pojawia się koszyczek.

Po odpoczynku ruszyliśmy na pierwsze zwiedzanie. Jak powiedziała nam rezydentka, na ulicy zawsze ktoś będzie chciał z nami iść. Warto go spławić, bo na koniec takiego spaceru będzie oczekiwał zapłaty. Myśmy ciągle stanowczo powtarzali, że dziękujemy i że może jutro, i ogólnie jesteśmy bardzo zajęci i się spieszymy. Działało.

Ulice Kotu, gdzie był nasz hotel. To ta bogata część tego kraju. Gambia jest bardzo biedna. Żyje z turystyki (która dopiero się rozwija, więc śpieszcie się) i z rolnictwa (uprawa orzeszków ziemnych).
Jeśli przeprawicie się lokalnym promem na drugi brzeg Rzeki Gambia, to zobaczycie prawdziwe oblicze tego kraju.
Nie dawajcie dzieciom prezentów! Uczycie ich żebractwa. (Seks turystyka też jest tu problemem.)

Zwiedzanie okolicy zaczęliśmy od bezpłatnego karmienia sępów w hotelu Senegambia. Gdybym jeszcze raz miała wybierać hotel, to wzięłabym ten. Tak, nasz był bardziej luksusowy, ale ten miał atmosferę starego kolonialnego przybytku. Gdyby miało dojść do morderstwa, to właśnie tutaj. 😁 - Piszę to jako fanka klasycznych kryminałów.

Sępy karmione są przez obsługę codziennie o 11:30. Znajduje się tam też wiele innych ptaków. Możecie dostrzec czarnego tukana!

Prosto z hotelu udaliśmy się na ulicę o tej samej nazwie. Senegambia to turystyczna część zagłębia hotelowego w Kotu. Znajdziecie tu wiele sklepików, lokalnych operatorów wycieczek, wypożyczalni rowerów, kantorów i restauracji.

Jest też lokalny bazar z rękodziełem, jest to drogie miejsce. W Gambii trzeba się targować. Cena to 50% tego, co oni chcą.

Z bazaru jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do pobliskiego parku małp. Możecie się przejść, te trzy miejsca są bardzo blisko siebie.

Wstęp kosztuje 300 Dalasi. Mają tu dwa rodzaje małp i na miejscu sprzedają dla nich jedzenie: banany i orzeszki - po 100 Dalasi. Jeszcze dostaniecie krótki briefing, na którym będą Was namawiać na przewodnika. Nam wciskano, że "w zeszłym tygodniu 5 Polaków podrapały małpy i musieli 115 euro w szpitalu zapłacić." Na dowód pan pokazywał kopertę z napisanym 115 euro. 😂 Jak chcecie przewodnika, to kosztuje on 10 euro, a nie 40, tak jak zaczyna naganiacz. 

Małpki można karmić z ręki. Nie należy ich drażnić i rozdzielać rodzin. Po parku chodzi sporo grup z przewodnikiem i myśmy podpatrzyli, które karmią, a które nie. (Zapraszam na swojego Instagrama po filmiki.)

Na miejscu wykupiliśmy dwie wycieczki z Rainbow. Z tym biurem byliśmy, o czym chyba jeszcze nie pisałam.  
Jeśli wykupicie je przy rezerwacji, to zdobędziecie punkty i będziecie mieć pewność, że są miejsca. Myśmy wpierw chcieli rozejrzeć się na TripAdvisorze i lokalnie, czy nie da się taniej. Nic jednak takiego nie udało się nam znaleźć. 
(Chociaż później w hotelu powiedzieli nam, że mogliby zorganizować safari taniej.😒)

Wczesny poranek i wschód słońca na kajakach.

Chyba wiecie, że lubimy kajaki? 😀

Płynie się przez las namorzynowy. Im wolniej płyniecie, tym więcej ptaków i małp zobaczycie. 
A zimorodki będą przed Wami nurkować po ryby.
(A jak nie chcecie wiosłować, to jest opcja płynięcia łódką.)

Polecam tę wycieczkę na kajakach. Do tanich nie należy, ale taniej nie znalazłam. Wracacie przed 13 do hotelu i macie resztę dnia dla siebie. Przyroda w Gambii warta jest poznania.

Teren solniska. Tam dostaniecie śniadanie i zrobicie krótki spacer.


Co kupiliśmy? Sukienkę, figurki, bransoletki, koszyki, hibiskus i suszony baobab (podobno to superfood, choć w smaku takie sobie). 
Tym razem zapakowaliśmy się w dwie walizki, więc było miejsce na pamiątki. 😊


W drodze do stolicy - Bandżul. Taksówka z naszego hotelu z oczekiwaniem na nas kosztowała 1000 Dalasi. Kurs taksówki jest oczywiście negocjowalny. Warto tylko pamiętać przy każdym targowaniu się, że ludzie są tam biedni. Dla nas 100 Dalasi to 5pln, a dla nich obiad.


W stolicy kraju pojechaliśmy wpierw na Albert Market. Możecie tutaj kupić np. baobab, ale też pamiątki. Sprzedawane tu są również ostrygi (które tutaj uchodzą za jedzenie ubogich), ale myśmy się nie odważyli. 
Na tym bazarze jest taniej niż na Senegambii.


Drugi przystanek to Łuk Triumfalny '22. Kilka lat temu był to najwyższy budynek kraju. Obecnie są dwa wyższe. W środku znajduje się wystawa. Koszt 200 Dalasi, widok z góry nie jest warty tej ceny.

Do muzeum nie dojechaliśmy. Gwar, upał, targowanie się, to wszystko męczy. Taksówki nie mają klimatyzacji. Wróciliśmy do hotelu na relaks nad basenem i nad morzem. 

O safari w Senegalu (moje państwo 101!) opowiem Wam w osobny wpisie. 

W okolicy jest sporo tematycznych murali. Afrykańska sztuka mnie się podoba.

I tak dobrnęliście do ostatniego dnia naszego pobytu. Wylot był wieczorem, więc mieliśmy cały dzień jeszcze na słodki nieróbstwo. Zamówiliśmy sobie masaż w hotelu (cena to 50% tego, co chcieli), dzięki temu mogliśmy wykąpać się w SPA przed lotem. 

Ostatnie chwile na leżaku i wracamy do Polski do krzątaniny świątecznej.

Muszę podkreślić, że ani razu nie czułam się zagrożona. Jest to bardzo bezpieczny kraj z przemiłymi ludźmi. 

Za tydzień zabieram Was na safari! 

W 2026 życzę Wam i sobie samych wspaniałych podróży!



niedziela, 31 sierpnia 2025

Skansen w Olsztynku

W drodze powrotnej z Lubiatowa (wsi położonej nad morzem) zatrzymaliśmy się w Muzeum Budownictwa Ludowego.
Wstęp tutaj kosztuje 30 zł (plus 10 zł parking) i wierzcie mi, będziecie chcieli tu wrócić.

Muzeum znajduje się w Olsztynku (gdzie polecam Wam również spróbowanie sławnych jagodzianek). Na zdjęciu chata szkolna ze wsi Pawłowo z XIX w.

Historia parku etnograficznego sięga 1909 roku i historii Prus. W owym czasie w Królewcu zapadła decyzja o utworzeniu muzeum, do którego przeniesiono by obiekty najbardziej charakterystyczne dla poszczególnych regionów Prus Wschodnich. W 1937 roku zdecydowano o przenosinach do Olsztynka.

Wnętrze szkoły. W tym samym budynku mieszkał nauczyciel. Do większości domów / chat / zagród możecie zajrzeć. W kilku można spacerować po pokojach, inne ogląda się przez szybę z pleksi lub przez siatkę. 

Park jest bardzo dobrze zagospodarowany i pięknie położony. Na zwiedzanie przeznaczcie sobie dwie godziny plus. Na terenie są bezpłatne toalety, w pijalni ziół napijecie się kawy, a w karczmie możecie zjeść obiad. 
Minus? Muzeum jest czynne do godziny 18, a przed 17 w karczmie nie ma już wyboru dań.

Kościół ze wsi Rychnowo z 1714 roku.

Ponieważ część obiektów znajduje się wśród drzew, warto zabrać ze sobą sprej na komary. Przydadzą się też Wam dobre buty, bo część dróg jest szutrowych. 

Wnętrze kościoła. 

Patrzcie pod nogi, bo do chat wchodzi się przez wysokie progi, a stopnie są nierówne.

Byliśmy w sierpniu, kiedy ogrody pięknie kwitły. 


Chałupa ze wsi Burdajny. W parku znajdują się domostwa bogatych i biednych chłopów; a także dzwonnica, kościół, młyny, szkoła, plebania (pastora) oraz warsztaty rzemieślnicze z pełnym wyposażeniem.


Nie tylko budynki i wnętrza są zachowana / odwzorowane. Również całe obejścia utrzymane są w minionych czasach. Jest sprzęt gospodarski, zwierzęta, wychodki, strachy na wróble, a w ogródkach roślinność, którą uprawiano.


Takie rudbekie rosną również u mnie w ogrodzie (i strasznie się panoszą).

Uwielbiam oglądać wnętrza z przeszłości.

Część sprzętów (szczególnie z tych nowszych domów) sama pamiętam.
(Będąc w Warszawie zajrzyjcie do Muzeum PRLu, tam można powspominać.)

Warto zwiedzać zgodnie z planem. Można go znaleźć online lub zrobić zdjęcie tablicy przy wejściu. Nie przegapicie w ten sposób żadnego z obiektów.

I traficie do Pijalni Ziół. Kawy i ciasta nie próbowałam, bo szykowaliśmy się na obiad w karczmie (jest przy samym wejściu). Obkupiłam się natomiast w ich przetwory i są wspaniałe. Problem tylko jeden, później trzeba je ze sobą tachać.

W Pijalni Ziół możecie odpocząć. Usiąść przy stoliku albo wziąć poduchę i rozgościć się na trawie. W środku można się częstować ich produktami.

Dawniej wiele ziół suszono.

Po zakupach zostały nam jeszcze wiatraki do obejrzenia. Weszliśmy do jednego, zakładając, że inne są takie same. Nie mieliśmy już sił na pozostałe i byliśmy głodni.

W środku możecie zobaczyć jak wyglądał funkcjonujący wiatrak.

Mnie najbardziej urzekły piękne drewniane chaty (ten zapach!) i ich wyposażenie.
(I jeszcze jedne malowane sanie, ale niestety zdjęcie mam bardzo słabe.)

Dzień po naszej wizycie, 15 sierpnia, obchodzone jest tam Święto Ziół. Wstęp jest bezpłatny, gra muzyka, są stoiska, rękodzieło. Może warto wybrać się tam za rok?

P.S. Już w środę zapraszam Was na wpis literacko - lotniczy.

środa, 2 lipca 2025

Wylot na Bali i Komodo praktycznie

Tradycyjnie, na koniec serii wpisów z wyprawy, pozostał mi post o stronie praktycznej.

(Mam nadzieję, że odpowiedziałam w nim na wszystkie Wasze pytania z Instagrama.)

Na Bali lecieliśmy głównie z powodu ślubu w rodzinie. Dlatego termin nie był przypadkowy. Mogliśmy przesunąć wyjazd o kilka dni, tydzień, ale musiał być on w czerwcu.

Ślub trwał trzy dni. W bagaż podręczny byśmy się nie spakowali.

Wylecieliśmy 27 maja z Turkish Airlines z przesiadką w Istambule. Koszt biletu (z bagażem) to 3700zł. Możecie szukać tańszego przelotu z dwoma przesiadkami lub bez bagażu. Tak jak wspominałam, mieliśmy pewne ramy czasowe, w innych terminach loty są tańsze. Warto tylko sprawdzić prognozy pogody, aby nie trafić na sezon deszczowy.
(O tym jak taniej kupić bilet przeczytacie w mojej książce "Lotniskowy zawrót głowy")

Po przylocie na Bali trzeba wykupić wizę. Można to również zrobić online przed przylotem. Koszt jest taki sam - 35 USD. W Azji przyjmowane są tylko nowe banknoty (albo jest oferowany niższy kurs za te stare w kantorach). Na lotnisku możecie też zapłacić kartą. 
Jak przy każdej podróży poza Unię Europejską, paszport musi być ważny minimum 6 miesięcy (liczone od daty wylotu z wakacji) i mieć dwie puste strony. 
A wiza i tak jest elektroniczna, czyli nic Wam w paszport nie wbijają.

Przy odbiorze bagażu musicie wypełnić jeszcze Customer Declaration - jest ona sprawdzana. Deklaracja zdrowia, która, jak podaje internet, jest obowiązkowa, nie jest kontrolowana. 

Przed przylotem warto też zainstalować aplikację Grab (lokalne taksówki) oraz mapy offline. Możecie też wykupić sobie kartę sim na miejscu lub dane komórkowe przez internet. Myśmy korzystali z darmowego WiFi, które jest w każdym hotelu/hostelu/restauracji.

Naganiacze będą próbowali Was naciągnąć na drogą taksówkę do miasta. Lepiej użyć Grab lub stargować cenę o połowę.
Pod Graba można podpiąć kartę lub płacić gotówką. Jest też Grab skuter (a na Komodo mają tylko skutery). 

Pierwszą noc na Bali spaliśmy w lokalnym domku Poppies Cottage II. Zarezerwowaliśmy sobie nocleg przez Booking, ale w Azji lepiej działa strona Agoda. 
Ceny noclegów są bardzo różne. Im dalej od miejscowości turystycznych tym taniej. Na okolicznych wyspach też jest taniej. Płaciliśmy od 73 złotych za nocleg do 240 złotych. 
 
Pozostawiliśmy część bagażu w naszym hotelu i ruszyliśmy na Komodo. Mieszkając w centrum miasta liczcie się z korkami. Mapa Google pokazywała 20km do lotniska i 35 min. Przez zakorkowane miasto jechaliśmy 55minut. Wjeżdżając na lotnisko zostaniecie poproszeni o dopłacenie do Waszego przejazdu 12 000 rupii za parking. 

Lot na Flores (czyli lotnisko na głównej wyspie Komodo, bo samo Komodo to wyspa park narodowy bez lotniska) zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce. Bilet z bagażem to 150 USD.  Dziennie były dwa loty. Nasz z Garudą znajdziecie tutaj.

Na Flores można też przypłynąć łódką. Nie wiem, ile się płynie. Mieliśmy napięty grafik, wybraliśmy przelot.

Na Flores planowaliśmy dwa trekkingi i rejs łódką. 
Dlaczego Flores? Dlaczego Wyspy Komodo? Tak jak wspominałam, na Bali obydwoje już byliśmy, chcieliśmy zobaczyć coś nowego. Mieliśmy tydzień, więc nie było sensu pędzić gdzieś daleko. A w parku narodowym na Komodo są... smoki. (I mają przepiękną rafę koralową.)
No dobrze, ktoś nam też podpowiedział.😉
 
I jeszcze o kosztach.
Jedzenie w Azji jest tanie, jeśli nie boicie się jeść na ulicy i w lokalnych restauracyjkach. Dobrze jest przed wylotem brać minimum tydzień probiotyki. Koniecznie też sprawdźcie swoje szczepienia i zaopatrzcie się w krem z wysokim filtrem i sprej na komary. 

Większość cen w Indonezji jest negocjowalnych. Pamiętajcie tylko, że ludzie tam są biedni i że czasami nie warto wykłócać się o każdy grosz. 
Miło też, gdy zostawicie napiwek w restauracji, czy lokalnemu przewodnikowi. Nie dawajcie słodyczy dzieciom! Nie uczcie ich, że turysta = prezent.
(O tym, komu zostawić napiwek w hotelu piszę w "Hotelowy zawrót głowy".) 

Co kupić? Uważajcie na podróbki. Wiem, że kuszą, ale przewóz ich jest nielegalny. Nie wolno też wwozić rafy koralowej i produktów z zagrożonych zwierząt.
Kupcie kawę, olejki, rękodzieło, jedwab, len.

Przy wylocie z Komodo ostrożnie z bagażem, również tym nadawanym. Lotnisko w Labuan Bajo ma restrykcje w przewożeniu płynów. Nasza walizka została otwarta, bo mieliśmy butelkę alkoholu w środku. Na szczęście pan z ochrony zapytał tylko "jedna?" i puściła nas dalej. 



poniedziałek, 19 sierpnia 2024

Pomorze Zachodnie po raz drugi

 W 2022 po raz pierwszy odwiedziłam Pomorze Zachodnie i się zakochałam. 

Po dwóch latach postanowiliśmy powrócić w to samo miejsce. Ludzi niestety było więcej w tym roku, ale i tak była to piękna wyprawa.

Kochamy to miejsce za klify.

I Las.

Las w tych rejonach jest niesamowity. Takie polskie Shire. 😁


Zabraliśmy rowery i dziennie pokonywaliśmy kilkanaście kilometrów. Im dalej od miasteczek / wsi, tym mniej ludzi na plaży.

Udało się nam znaleźć kilka bezludnych miejsc. 


Mieliśmy kilka pięknych zachodów słońca.

I jeszcze więcej zdjęć dla Was.


To był aktywny wypad. Rowery, spacery, biegi i kąpiele. Woda miała 19 stopni, ale nam to nie przeszkadza. Jeśli ktoś lubi ciepłe kąpiele, to Bałtyk nie jest morzem dla niego. 😉


Jedzenie robiliśmy sobie sami. Wynajęliśmy domek z wyposażoną kuchnią. Mogę Wam polecić Bałtycką Oazę - domki 500 metrów od plaży.

Do Spichlerza poszliśmy na smażonego dorsza. Była pyszna. Ceny, nad morzem, są wyższe niż w innych rejonach. Dorsz 15 zł za 100g. Gofry od 10zł. 

W jeden dzień pojechaliśmy do Ustki na kawę i obejrzeć port. 

Prawie jak Grecja, ale to Ustka - zaskakująco ładne (miejscami) miasto.

Upałów nie było. Nad morzem w tym tygodniu było chłodniej niż w reszcie kraju. Nie padało i to najważniejsze. 😁

Kocham Bałtyk!

Już tęsknię. Nie wiem, jak dożyję do przyszłego roku. 🥰

Jeszcze jedno miejsce po drodze mogę Wam polecić - 

Folwark Karczemka i Restauracja Szara Reneta to piękne miejsce, które znajdziecie również na Slowhop.