niedziela, 2 listopada 2025

Seul w 5 dni.

Po trzech dniach w nadmorskim Busan wróciliśmy do Seulu. Pierwszy nocleg zarezerwowałam w finansowej dzielnicy miasta Gangnam. 

Gangnam zasłynęło piosenką. Oprócz wielu biurowców do zwiedzania jest tu niewiele. W planach mieliśmy wjazd na kolejny wieżowiec, ale nisko wiszące chmury pokrzyżowały nam ten zamiar. 

Udaliśmy się do centrum handlowego Coex. Jeżeli lubicie spacerować po akwarium, to polecam Wam rezerwację biletów.

Coex słynie z biblioteki Starfield. Jest to bardzo Instagramowe miejsce, jeśli podążacie tym tropem. Zarazem jest to działająca biblioteka z miejscami do czytania książek, stolikami do pracy oraz kilkoma kawiarniami. Ogólnie Koreańczycy piją bardzo dużo kawy. Również na wynos przez co produkują bardzo dużo opakowań. W Korei jest mało koszy na śmieci, więc kubki plastikowe i papierowe walają się wszędzie.

Na przeciwko tego centrum znajduje się buddyjska (odmiana koreańska) świątynia Bongeunsa z 23 metrowym posągiem Buddy. 

Owoce jako dary, a na suficie karteczki z życzeniami. Przed wejściem do środka należy zdjąć buty. Wszędzie są też plakaty z prośbą o niezakłócanie ceremonii i nie nagrywanie / fotografowanie mnichów.

Po zwiedzeniu tych dwóch miejsc i wypiciu kawy ok 6 -7 000 KRW, zależnie od tego jaką kawę pijecie; udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu. Postanowiliśmy przejść się na piechotę, bo trochę się rozpogodziło. 

Spokojna, mieszkalna część dzielnicy. Wszędzie są kamery. Często nie ma chodników. Antypoślizgowe nawierzchnie ułatwiają wspinaczkę. Seul położony jest na wielu wzniesieniach.

Po spacerze po tej dzielnicy zmienialiśmy hotel. Metrem (w Seulu metro ma 331 km trasy!) dojechaliśmy do naszej nowej noclegowni. Tego miejsca Wam nie polecę, bo był to tani motel o dość przeciętnym standardzie.
Wszystkie stacje metra mają bezpłatne WiFi. Powiedziałabym, że ogólnie w obydwóch miastach nie ma problemu z połączeniem się, może w kilku miejscach musiałam odejść kawałek, żeby znaleźć otwarte łącze, ale zawsze się to udawało. Z aplikacją Naver łatwo będziecie mogli nawigować przez bardzo rozbudowany system transportu miejskiego.

Dzień drugi w Seulu, pomimo deszczu, realizujemy nasz plan zwiedzania. Pierwszy punkt programu: brama Gwanghwamun oraz pałac Gyeongbokgung. Ponieważ zwiedzaliśmy w tygodniu świątecznym, to mieliśmy wstęp za darmo. W innym czasie obowiązuje bilet wstępu, chyba że... przebierzecie się w stroje narodowe. 😀

Przy bramie wejściowej można sfotografować się z strażnikiem, ale była długa kolejka. Dodatkowo w tym miejscu odbywa się zmiana warty. W internecie znalazłam zapis, że jest ona o godzinie 10 i 14. Myśmy ją widzieli o 13. Nie wiem, czy z powodu tłumów postanowiono dołożyć kolejne. Czy też godziny zmieniają się wraz z porą roku?

W okresie poza świątecznym można zwiedzać kompleks pałacowy (bo nie jest to jeden budynek) z przewodnikiem. Myślę, że jeżeli macie taką możliwość, to warto chociaż jeden z pałaców tak zobaczyć. W czasie późniejszej wycieczki dowiedzieliśmy się, że są one odbudowane, bo Japończycy w czasie okupacji wywieźli wszystko co wartościowe. Nadal jednak, dobrze byłoby coś więcej się dowiedzieć. 
A tak, pospacerowaliśmy sami, poczytaliśmy dostępne opisy i porobiliśmy zdjęcia osób w Hanbokach (czyli tradycyjnych strojach), uprzednio pytając o zgodę. Całą ich galerię możecie zobaczyć u mnie na Instagramie. 

Tuż obok pałacu znajduje się tradycyjna dzielnica Bukchon Hanok. Tak jak w Busan, proszą tam odwiedzających o zachowanie ciszy. Dodatkowo są tu godziny ciszy nocnej, w czasie których nie powinno się jej zwiedzać. Ten fakt nie podoba się miejscowym handlarzom. 
Zwiedza się tu tradycyjną zabudowę, jest trochę małych sklepików i kafejek. Wszystko pięknie, ale padało...

Wracając zajrzeliśmy do Insadong - dzielnicy zakupowej, a czekając na autobus odszukaliśmy jeszcze kolejną świątynię. 

Świątynia Jogyesa

Dzień trzeci w stolicy Korei Południowej spędziliśmy na zorganizowanej wycieczce do strefy zdemilitaryzowanej na północy kraju. DMZ Tour wybrałam na podstawie opinii z TripAdvisor. Wszystkie one mają taki sam plan. Są wyjazdy poranne i popołudniowe. Koszt to 132pln od osoby. 

Po godzinie jazdy zaczęliśmy zwiedzanie - wpierw Park Pokoju. Został on stworzony dla osób, które przesiedliły się / uciekły z północy. W Korei jest bardzo silny kult osób zmarłych. Ponieważ uciekinierzy pozostawili swoje groby na północy, to tutaj dano im możliwość oddawania im czci.

Mieliśmy mieć wyjazd o 7 rano, ale dzień przed na WhatsApp dostałam wiadomość, że wyruszymy o 5:45. W czasie rezerwacji zaznacza się miejsce spotkania, ale w tej samej wiadomości było napisane, że jest tylko jedna zbiórka przy Seul City Hall. Nam to akurat pasowała. Jest tam też przypomnienie, żeby zabrać paszport. Musi to być fizycznie paszport, nie kopia, nie zdjęcie.
Na miejsce dojechaliśmy Uberem, bo był to bardzo wczesny start i musieliśmy zabrać bagaże z hotelu. Tak, po raz kolejny zmienialiśmy noclegownię. Uber w Korei działa bez zarzutu.

Bardzo wzruszający pomnik i historia. Został on stworzony dla upamiętnienia kobiet, które Japończycy w czasie okupacji zmusili do prostytucji. Większość z nich została później rozstrzelana. 
Polecam ten link.

Mieliśmy bardzo dobrego przewodnika. Jeszcze w autobusie pokazał na dużym telewizorze prezentację odnośnie współczesnej historii Korei. O wielu (bardzo wielu) wydarzeniach nigdy nie słyszałam.

W parku był jeszcze most, lokomotywa i sklep w którym można kupić walutę północnokoreańską. Do tego kawiarnie i toalety.

Ruszyliśmy dalej do punktu obserwacyjnego Dora. Tam obejrzeliśmy film oraz popatrzyliśmy na drugą stronę granicy. W wielu miejscach, między innymi tam, nie można robić zdjęć. Ponieważ były nisko chmury, to z Korei Północnej wiele nie widziałam.

Głównym punktem programu jest wejście do Tunelu 3, którym komuniści z północy chcieli dokonać inwazji. Takich tuneli jest kilka, zwiedza się jeden i to nie cały. Wszystko trzeba zostawić w szafkach, a później w kolejce schodzi się pochylnią do faktycznego tunelu. Idzie się gęsiego w kaskach, osoby wysokie często będą musiały iść pochylone.

I ostatni punkt naszej wycieczki. Są opcje programu bez niej i moim zdaniem, nie ma sensu za ten most dopłacać. Jest to wiszący most. Żeby do niego dojść, trzeba wejść na małe wzgórze (lasem ale bardzo dobre podejście). Most upamiętnia bitwę. Jest ładny, ale w Nepalu widziałam ich wiele. 😉

Wróciliśmy z przystankiem przy sklepie do Seulu. Warto mieć ze sobą jedzenie i picie (ewentualnie zakupić coś w czasie pierwszego przystanku). Na miejscu byliśmy przed 16. Zauważyliśmy też, że część osób dała napiwek przewodnikowi. Nigdzie indziej w Korei nie widziałam, żeby zostawiano napiwki. Raz, daliśmy coś obsłudze hotelowej i pracownik był bardzo zaskoczony. Wydaje mi się, że nie należy to tam dam normy.
Zabraliśmy bagaże, zakwaterowaliśmy się w nowym hotelu i szybko wyskoczyliśmy na niedaleki targ, aby coś zjeść.
Palcem pokazuje się, co i ile by się chciało. Trzeba mieć gotówkę. Później siadamy na takim stołeczku i pałaszujemy. 
Dzień czwarty w Seulu i w końcu mamy pogodę! Zaczynamy od kolejnego pałacu. 

Pałac Changdeok zwiedzamy bezpłatnie, ale (bo nadal jest święto) niestety znowu bez przewodnika. 
Secret Garden - bardzo zachwalany w internecie nie był wliczony do darmowego wnętrza. Chcieliśmy zapłacić, okazał się, że bilety są wyprzedane na ten dzień. Tak samo zresztą jak wyprzedana była ceremonia parzenia herbaty w pałacu.
Inne, ciekawe wnętrza. W tym kompleksie pałacowym było sporo otwartych pomieszczeń, do których można zaglądać. Wchodzić nie wolno.
Ponieważ jest piękna pogoda, to idziemy nad strumień Cheonggyecheon. Ach, te koreańskie nazwy! 😁
Dawniej zaniedbany ciek wodny został zamieniony na wspaniałe miejsce spacerowe. Koniecznie się tam wybierzcie przy ładnej pogodzie.
Tego dnia mieliśmy jeszcze jedną atrakcję do odhaczenia - pokaz tańczącej fontanna.
Banpo Hangang Park słynie z tęczowej fontanny (woda leje się z mostu) i z terenu piknikowego. Jadąc z centrum musicie przejechać most i udać się tam gdzie tłum - czyli na lewo. Przedstawienie zaczyna się o 19:30. Później jest powtarzane jeszcze kilkakrotnie, ale sprawdźcie godziny, bo te zmieniają się w ciągu roku. Odbywa się tylko przy dobrej pogodzie.
Czy warto tam jechać? Hmm. Show nie porywa, ale jest bezpłatne. Możecie też zrobić tak jak wszyscy Koreańczycy. Wypożyczyć koc, kupić smażonego kurczaka i piwo w kiosku i urządzić sobie piknik. 
Pomnik upamiętniający wojnę koreańską. 
Nasz piąty i ostatni dzień w Korei spędziliśmy w dzielnicy Iteawon. 
Słynie ona z barów, ale też ze sklepów z antykami i ubraniami z drugiej ręki.


Bardzo mi się ta dzielnica podobała, ale jest ona mało azjatycka. 

Będąc w Seulu chcieliśmy koniecznie pójść na ceremonię parzenia herbaty. Udaliśmy się na drugi koniec dzielnicy, bo znalazłam w Internecie, że jest tam tradycyjna herbaciarnia.... no i z powodu święta była zamknięta.

No to w kafejce obok wypiłam bardzo dobrą matchę.

Wieczorem wróciliśmy w okolice pałacu Changdeok do Hanok Ikseon. Bardzo, bardzo polecam Wam to miejsce.

Lokalny grill na stole. Samoobsługa, ale panie pokazują turystom, co i jak. Pycha!

Jeszcze wstąpiliśmy do klubu jazzowego na kilka piosenek i pożegnalnego drinka. 

A to ostatnie zdjęcie z ostatniego dnia w Seulu. Przez pomyłkę wsiedliśmy w autobus w złą stronę. 😆

Za trzy dni zapraszam na jeszcze więcej zdjęć z Korei.


środa, 29 października 2025

Busan

Po dziesięciogodzinnym locie do Icheon od razu pobiegliśmy na Express Train do Seoul Station. Tam mieliśmy przesiadkę do Busan.
Jeśli planujecie zwiedzać to miasto, to warto wcześniej zarezerwować bilety (u nas do wyboru był już tylko jeden pociąg) albo sprawdzić, czy nie podróżujecie w czasie lokalnego święta, bo w tych dniach ciężko o zakup przejazdu na ostatnią chwilę.
Tak, jak się domyślacie, skoro o tym piszę, to właśnie nam się przydarzyło. 

Po trzech godzinach pociągiem ekspresowym byliśmy na miejscu. Busan to nadmorska miejscowość na południu Korei. Tu widok na miasto przed stacją kolejową.

Po mieście poruszaliśmy się komunikacją miejską. Kartę zakupiliśmy już na lotnisku w Seulu. 
Do hotelu (Marriott zarezerwowany za punkty, które nazbierałam w pracy) dotarliśmy po godzinie 15 czasu lokalnego. Po tak długiej podróży marzyliśmy, żeby się położyć, ale trzeba było ruszać na zwiedzanie. Grafik mieliśmy dość napięty, a co ważniejsze, chcieliśmy się jak najszybciej przestawić na czas lokalny. O drzemce nie mogło być mowy.


Świątynia Haedong Yonggung reklamuje się jako najpiękniejsza w Korei. Jest to rozległa świątynia buddyjska ładnie położona nad morzem. Wstęp bezpłatny.
Warto do niej zajrzeć, ale jeśli odwiedziliście już wiele świątyń buddyjskich w swoim życiu, to ta nie różni się bardzo od tego, co widzieliście.
Świątynie w Azji oznaczone są takim symbolem i tak, jest to swastyka odwrócona w drugą stronę.

Po szybkim zwiedzaniu, byliśmy już bardzo zmęczeni, wróciliśmy w okolice hotelu, żeby coś zjeść. Trafiliśmy na lokalną restaurację prowadzoną przez dwie starsze panie. Nie jestem specjalistką od tej części świata, wiem tyle co z obserwacji i z dwóch książek, które przeczytałam przed wyjazdem. Podobno, zwraca się do nich przez "ciocie" - oczywiście po koreańsku. Ogólnie, jesteśmy zaskoczeni, bo w Korei mało osób zna angielski. Większość miejsc ma menu ze zdjęciami i jakimś tam opisem po angielsku. Tu był opis: "Menu Set". 😂 

Pokazaliśmy, że chcemy dla dwóch osób i że z lodówki chcemy dwa napoje. Wodę dostaje się gratis. Je się metalowymi pałeczkami. Zapłaciliśmy 28 000KRW, czyli ok 80pln.

Przespaliśmy całą pierwszą noc, o złudo, myśleliśmy, że unikniemy jet lagu. 😁 A to tylko wyczerpanie podróżą odespaliśmy.

Drugiego dnia ruszyliśmy po śniadaniu - wykupionym w hotelu, na dalsze zwiedzanie. Rezerwując bilet do Korei kierowałam się datą swoich urodzin, wolnymi dniami oraz pogodą. Miało być ciepło i słonecznie. Temperatura spadła najniżej do 19 stopni, ale padało prawie codziennie. 

Naszym punktem głównym tego dnia była wioska Gamcheon. Została założona w latach pięćdziesiątych jako osiedle dla uchodźców, a obecnie jest atrakcją turystyczną. Nadal jednak mieszkają tam ludzie, dlatego uprasza się o nie hałasowanie i nie wchodzenie na prywatne podwórka. 

Dojechaliśmy tam komunikacją miejską - mój partner powiedział, że nigdy w życiu nie jeździł tyle autobusami. Miasto jest bardzo dobrze skomunikowane, prawie wszędzie jest bezpłatny internet. I przed wyjazdem ściągnijcie sobie aplikację Naver. (Mapsme i Google Maps nie dają rady w Korei.)

Obecnie dzielnica Gamcheon przemieniła się oazę artystów, małych kafejek, sklepów z rękodziełem. Można tu spędzić kilka godzin niespiesznie spacerując po jej zakamarkach. Jest wiele murali i rzeźb. Niestety, do tej pory nie udało mi się ustalić, dlaczego tak bardzo lubią tam "Małego Księcia".

Spędziliśmy jakieś dwie godziny chodząc w deszczu i godzinę w lokalnej kawiarni przyglądając się przechodniom.

Lubią tam literaturę.
Busan, tak jak cała Korea, nie należy do płaskich terenów. Weźcie ze sobą wygodne buty. Z naszych obserwacji wynika, że na miejscu lokalsi preferują monochromatyczne, proste w formie ubranie i sportowe obuwie.

Wiecie jak się zwiedza w deszczu... Po piętnastu minutach mieliśmy przemoczone buty. Było ciepło, ale z mokrymi stopami przyjemnie nie jest. Z samego rana kupiliśmy parasol, który nas ochraniał, ale też nie ułatwiał wędrówek wąskimi uliczkami dzielnicy. Zresztą nie tylko my mieliśmy parasol. Wszyscy przeciskali się z parasolami zahaczając o daszki, ściany i cudze głowy.

W deszczu wieżowce wyglądają wspaniale. (Zawsze trzeba szukać dobrych stron.)

Co mnie bardzo zdziwiło w czasie pierwszego dnia? Odległości. Niby wszystko poplanowałam, ale przy dwóch przesiadkach i ponad godzinnych dojazdach plan dnia trzeba było zmodyfikować.
I jeszcze te mokre buty...

Wróciliśmy do hotelu. Wysuszyliśmy buty suszarką i ruszyliśmy na wieczorny podbój miasta. W październiku robi się ciemno około 18.  

Każda dzielnica miasta ma swój nocny targ. Dominują tam stoiska z jedzeniem, ale też są małe sklepiki z pamiątkami i innymi drobiazgami. 
Koniecznie zajrzyjcie na mojego Instagrama, mam tam rolkę z tego targu.
Ceny, jako to w takim miejscu i w Korei, stosunkowo wysokie. Jeżeli jedziecie budżetowo, to niekonicznie się tam chcecie stołować. Jest to jednak dobre miejsce na spróbowanie lokalnych specjałów.

Wracając z targu szukaliśmy miejsca, żeby wypić po drinku i zaznać "nocnego życia".

Przez przypadek trafiliśmy na bar z winylami Muse On. Super miejsce z super muzyką puszczaną z płyt. Można prosić o wybrane utwory, można też wypić dobrego drinka. O cenach nawet nie chcę mówić, bo skoro jedzenie jest tam drogie, to nie chcecie wiedzieć ile kosztuje alkohol. 😂 

 I nastał dzień trzeci - ostatni z naszego pobytu w Busan. Od rana przywitało nas słońce. Plan był taki, żeby wejść na liście dodatkowej (standby) do Haeundae Blueline Park, czyli przejechać się małymi wagonikami nad morzem.

Przed wylotem do Korei próbowałam zarezerwować nam miejsca, ale bilety były wyprzedane na trzy tygodnie do przodu. Ponieważ kraj świętował Chuseok, to nawet nie było dodatkowej kolejki dla osób bez rezerwacji. 

Dobrze, że spaliśmy niedaleko, przynajmniej nie straciliśmy czasu na dojazd. Pospacerowaliśmy po plaży. Był piękny, gorący dzień. Trochę dzieci i rodzin kąpało się w morzu. Czytałam i zaobserwowałam, że Koreańczycy raczej unikają słońca (szczególnie panie) i że nie rozbierają się na plaży. Wszyscy kąpali się w spodenkach i koszulkach. Jedyne zwolenniczki bikini jakie zauważyłam były turystkami.

Drugi punkt programu: X The Sky. Wjazd na 100 piętro zajmuje czterdzieści kilka sekund, a widok jest super. Cena około 60 zł (są promocje). Rezerwacja nie była potrzebna.

Na szczycie wieży zwiedza się kilka pięter. Jest sporo miejsc na zrobienie sobie ładnych zdjęć. Na jednym była trójwymiarowa wystawa poświęcona malarstwu. Wspaniała!

Przepięknie zaaranżowana i w cenie biletu.

Późnym popołudniem zabraliśmy plecaki i udaliśmy się na dworzec kolejowy. Ponieważ do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze chwilę, udaliśmy się do pobliskiego Chinatown. Tam za 30 000KRW miałam jeden z najlepszych masaży stóp. 

Ciepło, może chodzić w spódnicy i sandałach. Z plecakiem na plecach idziemy do Chinatown.

I do Seulu! Jeszcze szybszym pociągiem (ale dłuższą trasą) dotarliśmy późno w nocy do stolicy Korei Południowej. Ale o tym za trzy dni.

Busan? Polecam. Bardzo mi się to miasto spodobało. 



niedziela, 26 października 2025

LOTem do Seulu i z powrotem.

Przyszedł październik a z nim moje urodziny! Od kilku lat staram się świętować ten dzień podróżując. Ze względu na moją pracę (i inne czynniki - np. Covid albo późniejsze / wcześniejsze wyjazdy), nie zawsze się to udaje. 
I tak odwiedziłam : Madryt i Toledo (wyjazd około urodzinowy).
                                Paryż
                                Istambuł
                                Kazimierz Dolny (bo po Polsce też lubimy jeździć).
W tym roku mój wybór padł na Seul (i Busan) w Korei Południowej. O powodach takiej decyzji i całej wyprawie przeczytacie w kolejnych wpisach - będą ukazywać się dwa razy w tygodniu. 
Dziś skupiam się na samym przelocie.   

Bilety zakupiłam z LOTem.  Zależało nam na tym, żeby był to lot bezpośredni. Bilet w dwie strony kosztował 3700pln (tylko z bagażem podręcznym). Można dostać oczywiście taniej bilet, jeżeli zarezerwujecie go z dużym wyprzedzeniem lub weźmiecie lot z przesiadkami, albo poza sezonem.                   

W obie strony lecieliśmy Dreamlinerem. To wygodny samolot na tak długie trasy. Lot do Seulu trwał dziesięć godzin i czterdzieści minut; powrót dwanaście godzin i trzydzieści minut. Skąd tak duże różnice? Bardzo wiele zależy od wiatru.

Lecieliśmy w klasie ekonomicznej. (O moim locie w klasie biznes z LOTem możecie przeczytać tutaj.) Było wygodnie, bo mieliśmy miejsce obok wolne, a w locie powrotnym mieliśmy po całym rzędzie wolnym. Czasem wygra się los na lotniczej loterii. 😁

Czy wiecie, że możecie wylicytować przeniesienie do klasy biznes? Wiele linii lotniczych ma obecnie taką opcję. Podaje się sumę (ale jest też ustalona suma minimalna), którą chce się dopłacić za możliwość podróżowania w większym komforcie. Na ten lot minimum, żeby wejść do aukcji, wynosiło 3300pln od osoby od lotu. Czyli za lot w biznes klasie musiałabym zapłacić 7000pln - tak jak pisałam, jest to licytacja, wygrywa najlepsza oferta. To nie jest wygórowana cena, ale nadal, jest ona wyższa od budżetowego przelotu.

LOT ma sporo fajnych filmów i programów telewizyjnych. 

Jak pisałam, lecieliśmy w klasie ekonomicznej, ale mieliśmy dodatkowe miejsca dla siebie, więc nie było tragedii. Na fotelach czekały na nas koce i poduszki. 
Jeśli planujecie lot z małym bagażem, to możecie pominąć pakowanie zagłówka. Z drugiej strony, taką poduszkę można ubrać na szyję i nie wlicza się ona do bagażu podręcznego. 😉

Serwis rozpoczął się od mokrych chusteczek i baru. Dostaliśmy orzeszki i napój. Było też wino i piwo. Mocne alkohole w ekonomii są dodatkowo płatne.
(Oglądam "Dark Shadows" - idealny jesienny film.)
Zaraz po barze podano obiad (startowaliśmy o 12). Wybrałam wieprzowinę, był jeszcze kurczak. Fajne jest to, że loty miały koreański smak. Podano sałatkę z kimchi.

W czasie rejsu załoga kilkakrotnie przechodziła z wodą (polecam mieć własną butelkę i udać się do galley'a w celu jej napełnienia) - na długich rejsach trzeba dużo pić! Dodatkowo w galley'u można było się częstować napojami, poprosić o kawę / herbatę, wziąć dodatkowe orzeszki, wafelek i zalać sobie kubek ramenu!
(Korea ma drugie na świecie, po Wietnamie, spożycie tych makaronów na osobę.) 

Przed lądowaniem podano drugi gorący posiłek. Kimchi z ryżem i tofu, tym razem nie było wyboru.

Bardzo przyjemny lot do Seulu miałam. Załoga była też super miła. 
Lądowanie na lotnisku Icheon było o godzinie 6:25 rano. Między Polska a Koreą jest 7 godzin różnicy!

Lot powrotny startował o 11:40. 
Serwis wyglądał tak samo. Bar, obiad (tym razem wzięłam koreańskie bulgogi) oraz drugi gorący posiłek.

Taki kubełek możecie dostać w galley'u (bezpłatnie). Ciekawostka, o której nie wszyscy wiedzą, katering na loty powrotne jest w większości miejscowy. Oznacza to, że gdy lecimy z Korei, duża część jedzenia (wyłączając napoje, słodycze itp. - rzeczy, które się nie psują) będzie od lokalnego dostawcy. To samo dotyczy innych lotów. Np.wracając z Nowego Jorku dostaniem jedzenie załadowane na pokład w Nowym Jorku. 
Drugi gorący posiłek, tym razem wołowina z makaronem i ryżem.

Ten lot trochę bardziej mi się dłużył, mniej spałam. Obejrzałam sporo filmów (znowu głównie jesienne klasyki np. "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" - ale się popłakałam), dużo zjadłam, trochę pogapiłam się w okno. W Warszawie lądowaliśmy o 17:45. 

 


A tutaj macie nowe safety demo LOTu nakręcone w Muzeum Narodowym.

Już się cieszę, na kolejne loty. Tylko kiedy i gdzie? 🤔


niedziela, 19 października 2025

Coffee, Tea or Me?

W ostatnim wpisie obiecałam Wam recenzję kolejnej lektury lotniczej. 

"Coffee, Tea or Me" - to bardzo dobre czytadło. Czy ma dużo wspólnego z prawdziwym lotnictwem? Oceńcie to sami na podstawie poniższych fragmentów. 😉

Sama okładka definiuje rodzaj literatury. Mnie się podoba, ale z góry wiemy, jaka będzie zawartość. 
(I wiem, że "nie ocenia się książki po okładce", ale....)

Autorki to dwie stewardessy z pewnych linii lotniczych (nie dowiadujemy się nazwy) ze Stanów Zjednoczonych. Ponieważ nie są zawodowymi pisarzami, to mają do pomocy profesjonalnego autora. 

"Ghostwriter"- czyli ktoś, kto za Ciebie pisze książkę.

Podoba mi się format tej książki, mieści się w torebkę i ma bardzo ładne ilustracje. (Chociaż to jest pewnie dyskusyjne. 😉) 

Ilustracje typu "pinups". Bardzo seksualizujące zawód stewardessy. Zresztą cała książka utrzymana jest w tym stylu. Seks się sprzedaje - to stara prawda.

Akcja toczy się w złotej erze lotnictwa, czyli lata 60te, w Nowym Jorku. Jeśli lubcie ten czas w historii i to miasto, to polecam Wam "Coffee, Tea or Me". 
Czytajcie jednak te wspomnienia stewardess z przymrużeniem oka. Nie latałam w tamtych latach, ale nie chce mi się we wszystko wierzyć.

Zresztą sam autor przyznaje, że miał za mało materiału na książkę i dołożył sporo od siebie. I mam wrażenie, że dołożył sensację -  wiadomo, co się dobrze sprzedaje.
Jak to dawniej bywało.

Dziewczyny spotkały się podczas szkolenia. O tym jest pierwszy rozdział, o początkach w pracy i o realiach tego zawodu w tamtym czasie.

"(...) there's so much that is sweet about being an airline stewardess." 


Każdy rozdział zaczyna się tego typu ilustracją.😂

Między wierszami można się sporo dowiedzieć o minionych czasach awiacji. (Tylko podkreślam raz jeszcze, czytajcie z przymrużeniem oka, nie jako suche fakty.)

Przy odprawie na lot dziewczyny musiały pobierać z biura różne ciekawe rzeczy. Obecnie "ostrza" (zakładam, że chodzi o brzytwę do golenia) nie są udostępniane pasażerom na pokładzie, a wręcz są zabierane z ich bagażu podręcznego.
 Nie pobieramy też raportów pogodowych, tym zajmują się piloci.


W czasie szkolenia obowiązywała godzina, kiedy wszyscy musieli być w łóżku. Kiedyś była taka zasada w Qatar Airways.  

Pasażerowie w półce na bagaże? Słyszałam, że matka włożyła tam dziecko, ale o dwójce dorosłych nigdy. 

W książce jest wiele fragmentów o przyjęciach, randkach (często z pasażerami) oraz o życiu w "Stew ZOO", czyli budynku, gdzie wszystkie dziewczyny razem mieszkały. Te rozdziały bardzo dobrze się czyta i moim zdaniem są bardzo interesujące.
Natomiast rozdziały o pasażerach, jak poznać, który jest żonaty, który jest jakiej narodowości i jaki ma zawód - jak dla mnie to już wymysł autora.

I jest też rozdział ze słowniczkiem lotniczym. Przydatny, jeśli ktoś z Was wybiera się na rozmowę o pracę.
(Aby przygotować się do rozmowy o pracę polecam mojego e-booka. 😉)
 
 
Polecam Wam tę książkę, jako lekką rozrywkę mającą niewiele wspólnego z prawdziwym lataniem.
 
Za tydzień zaczynam serię wpisów z Korei Południowej. Będą się one ukazywać dwa razy w tygodniu, więc będzie tu bardzo turystycznie. 


niedziela, 12 października 2025

Global 6000

We wrześniu miałam przyjemność wrócić na pokład samolotu Global 6000. Z tym typem wiąże mnie wiele wspomnień. (Lektura "Opowieści pokładowych" wszystko Wam wyjaśni.)

Global 6000 należy do kanadyjskiej rodziny Bombardier. Lata temu odwiedziłam jego fabrykę w Montrealu.

Zlecenie dostałam po znajomości, zresztą jak większość prac w prywatnym lotnictwie, takie oferty trafiają do znajomych znajomych. 😉

Pamiętacie wpis o Falconie 8x? Wspominałam tam, że są samoloty z dodatkowym siedzeniem przy stole konferencyjnym. Tutaj właśnie mamy dowód. Stół można przedłużyć specjalną nakładką, a siedzenie przy "biurku" się odwraca. Dzięki temu, pięć osób może razem zjeść posiłek.


Global 6000 ma wydzieloną część sypialną z zamykanym drzwiami. Wysuwają się ze ścianki przedziałowej po przytrzymaniu guzika.


A oto i sypialnia. Sofa się rozkłada, mogą na niej spać wygodnie dwie osoby. (Pomińmy milczeniem widoczny na zdjęciu odkurzacz. 😉)
Wykonałam na pokładzie tego samolotu we wrześniu cztery loty. Pracowałam jako "druga" stewardessa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam kogoś innego z personelu pokładowego na lotach! I nie pamiętam, kiedy ostatnio nie byłam "lead". 
(Swojego czasu szkoliłam nowe stewy. 😁) Fajnie było lecieć z kimś, chociaż z częścią decyzji się nie do końca zgadzam. 🤷‍♀️
Ale będąc freelancerką trzeba być bardzo elastycznym. 
Łazienka dla pasażerów. Druga mniejsza znajduje się z przodu. Zazwyczaj używana jest przez załogę. Na samolotach z właścicielem główna łazienka nigdy nie jest używana przez nas!

A gdzie ja pracuję?

Global ma bardzo fajną kuchnię i bardzo fajny crew rest aera. Szczególnie przydaje się duża lodówka i duży piekarnik.

Moja koleżanka siedziała w crew rest, a ja na rozkładanym jumpseat w kokpicie. 

Fajnie było po latach wrócić na ten typ samolotu. 

Poniżej mam dla Was filmik z YouTube. 


A czym teraz będę latać? 😍

P.S. Za tydzień zapraszam na recenzję kolejnej lektury lotniczej. 

P.S.2. Za dwa tygodnie zaczynam opisywanie Korei.

niedziela, 5 października 2025

Wrzesień '25 w pracy

Po spokojnym sierpniu przyszedł wrzesień. I zaraz z początkiem nowego miesiąca wyleciałam do pracy.

Zaczęłam od przebazowania do Paryża. Samolot, na którym miałam latać był tam na przeglądzie. Co ciekawe, tym razem nie byłam na pokładzie sama. Dostałam to zlecenie od swojej byłej szefowej, która obsługiwała te rejsy ze mną. 😊

Samolot - Global 6000. Zadanie dnia - nauka przygotowywania ulubionego drinku pasażera.

Spędziłam dwa dni ucząc się serwisu dla owego pasażera i przygotowując samolot. Miałyśmy sporo pracy i zakupów, ale jeden z pilotów był z nami i dźwigał torby! 😍 A to się tak często nie zdarza.

Już zapomniałam, jak wysoki jest ten samolot. Pokonywania tych schodów kilkakrotnie, żeby go zapakować, to nie żart.

Opiszę Wam dokładnie Global 6000 w osobnym wpisie. Polecam też moją książkę "Opowieści pokładowe" - pisząc ją, właśnie na tym typie samolotu pracowałam.

Samolot trzeba było dokładnie wysprzątać i "przewietrzyć". Dlatego możecie zauważyć te serwetki wiszące. Dają one zapach "świeżego prania".

Po dwóch dniach przygotowań polecieliśmy do Mediolanu. Po krótkim noclegu ruszyliśmy dalej - do Genewy i jeszcze dalej do Agadiru.

Pierwszy lot był śniadaniowy. Chia pudding na mleku kokosowym - jak zwykle okazał się strzałem w dziesiątkę. 

Na wszystkich lotach mieliśmy bardzo miłych pasażerów. A praca we dwójkę idzie dużo sprawniej niż w pojedynkę.😁

O hotelu w Agadirze już Wam pisałam. Pokój jak pokój, ale części publiczne były wyjątkowo fotogeniczne.
Plaża publiczna, na którą miałam zamiar się udać, ale ostatecznie poprzestałam na hotelowym basenie. 😉 


Był szał zakupowy - chociaż ja przez mała walizkę i minimalizm bardzo się ograniczałam.

Z pracy w czasie czterodniowego pobytu musiałam zrobić małe zakupy, zamówić jedzenie dla załogi i kwiaty. Do tego policzyć i oddać pranie pokładowe w hotelu, bo handling nie miał pralni. Później jeszcze trzeba było wszystkie serwetki ładnie poskładać i odprasować. (Obrus prasowałyśmy dwa razy, wpierw w hotelu, a później jeszcze raz na pokładzie.)

Niezbyt dużo jak na tak długi layover.😍

Tym razem mieliśmy "welcome shots" zamiast "welcome table" 😉
Po dniach laby przyszedł dzień powrotu. 
Ponownie przez Genewę wylądowałam na krótki nocleg w Mediolanie. Nie, nie miałam czasu na zwiedzanie. To był długi dzień, spaliśmy przy lotnisku, a ja następnego dnia o 7 rano ruszałam na drugie lotnisko, żeby lecieć do domu.

No i to był 10 wrzesień....
Siedzę sobie w taxi i dostaję wiadomość od koleżanki. Lotnisko w Warszawie zamknięte. 🫣


Na szczęście po dwóch godzinach opóźnienia lot do Warszawy wystartował. 😊

P.S. Zapraszam za tydzień na wpis o Globalu 6000. Dalej będzie wpis literacki, a za trzy tygodnie zaczynam serię wpisów z Korei!!! 🤯