środa, 21 marca 2018

Z życia stewardessy wzięte, czyli plan planem.....

Plan był następujący: dzień wolny w Astanie, a następnego dnia wieczorem lot po pasażera do Europy i powrót z nim do Kazachstanu. Proste. Zamówiłam catering na 18:30 czasu lokalnego i zajęłam się swoimi sprawami. Ponieważ między stolicą Kazachstanu, a Polską jest pięć godzin różnicy, to mój dzień był bardzo krótki. Postanowiłam nie przestawiać się na czas lokalny, tylko zostać w strefie europejskiej.

Ponieważ regularnie zasypiam tutaj na śniadanie, to zjawiam się później w business lounge po ciasteczka.
Wieczór upłynął mi bardzo przyjemnie, na oglądaniu mojego nowego, ulubionego vloggera. Zasnęłam około północy naszego czasu, czyli gdzieś o piątej rano tutaj. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane zakupy z kapitanem na godzinę 14:30 czasu lokalnego, ale poza tym moim celem było się wyspać przed nocnym lataniem.
Obudził mnie telefon:
-"Jesteś gotowa?" - spytał kapitan.
-"Gotowa na co?!" - zaczęłam się zastanawiać, że jak to możliwe, że przespałam budzik i jest już 14? Patrzę jednak przez szparę w zasłonach i widzę, że na zewnątrz jest ciemno.
-"Nie, niegotowa. Mam na myśli, czy jesteś obudzona? Musimy jak najprędzej zebrać się na lot. Zamów catering z hotelu." - i tu kolega wyjaśnił mi, że nasz pasażer miał awaryjne lądowanie innym samolotem i musimy natychmiast go zabrać.
Problem tylko taki, że był on w Europie, a my w Azji. Czas lotu to pięć godzin, plus dwie godziny na znalezienie się w powietrzu.
Ustaliliśmy, że za godzinę wyjedziemy z hotelu. Była 6:30 rano czasu lokalnego, czyli 1:30 w Polsce. Szybko wydzwoniłam room service, żeby zamówić jedzenie na wynos. Niestety pani przyjmująca zamówienie, miała problem z moim angielskim; a mój rosyjski jest dość kulawy, a o 2 w nocy jest nieistniejący.
"Chlieb. Krowa wellington. Krawa wellington? Adin, adin." - że niby Beef Wellington raz poproszę. 😋
W końcu mi się udało w miarę z nią porozumieć, przynajmniej tak mi się wydawało. Wpadłam do łazienki i zaczęłam nakładać makijaż i wiązać włosy. Telefon.
-"Może pani powtórzyć zamówienie?" - spytał mnie pracownik room service już lepszą angielszczyzną.
👀
Dobra, powrót do włosów i chaotycznego wrzucania wszystkiego do walizki. Telefon.
-"Zabiję ich" - pomyślałam sobie.
-"Odwołane" - usłyszałam głos kapitana.
-"Co masz na myśli?"- bo już nie wiedziałam, czy jedzenie, czy lot, czy co za czort.
-"Nie lecimy, wracamy do starego planu. Wylot wieczorem."

Dzięki temu udało mi się zobaczyć jak wygląda bufet śniadaniowy w hotelu.
Tak byłam roztrzęsiona, że postanowiłam zejść na śniadanie i wrócić do łóżka po tym, jak adrenalina trochę opadnie. Jeszcze tylko odwołałam zamówione jedzenie, ale tym razem poprosiłam recepcję o wykonanie tego telefonu, bo nie miałam pojęcia jak powiedzieć "odwołuję" po rosyjsku.

O 2:30 rano tylko smażony ryż do mnie przemawia. I żeby było zdrowo, dwa kawałki rzodkiewki sobie wzięłam.
I tak wróciliśmy do planu poprzedniego. Wyspać się do 13:30 czasu lokalnego, zakupy o 14:30 i zebrać się na nocny lot. Jak to dobrze sobie wszystko zaplanować 😂



sobota, 17 marca 2018

Pakowanie małej walizki

Niedawno dostałam zapytanie o to, jak się spakować. Temat ten poruszyłam już kiedyś na blog. O moich podstawowych zasadach możecie przeczytać tutaj. Oczywiście od każdej zasady musi być wyjątek. 😊 Dziś przedstawiam Wam wpis o tym, jak spakować się wylatując do pracy na dwa tygodnie, żeby było jeszcze trudniej, możecie zabrać tylko małą walizkę.

Na taki wylot normalnie wzięłabym dużą, niebieską walizkę. Niestety, zostałam poproszona o zabranie jak najmniejszego bagażu - jest to podyktowane gabarytami samolotu, na którym będę pracować. Im mniejszy samolot, tym mniejszy bagażnik.

Jak? - Ja się pytam. Jak się spakować na dwa tygodnie w takie maleństwo?
Zacznijmy od torby na ramię, którą zabieram ze sobą na pokład. Oprócz dokumentów, Bullet Journal, telefonu, tabletu i ładowarek wciskam w nią również sukienkę mundurową, rajstopy i płaskie buty. Zamiast książki biorę tylko nieprzeczytany magazyn. Do tego mały woreczek z kilkoma kosmetykami, butelka wody zakupiona na lotnisku i już nic więcej się tu nie zmieści.

Przy tak długim wyjeździe każdy centymetr sześcienny walizki muszę wykorzystać maksymalnie. Zaczynam od wypełnienia luk między szkieletem walizki. Wkładam tam ubrania na siłownię. kostium kąpielowy i klapki, ponieważ muszę się ograniczać, to zabieram ze sobą tylko dwa zestawy do ćwiczeń (będę prać w zlewie) i jedno bikini. Dobre jest to, że wiem mniej więcej gdzie będę latać i nie szykuję się na ciepłe kraje. Jeden kostium i klapki zabieram ze względu na basen i saunę w hotelu.

W siatkową kieszeń wkładam worek na pranie - nie każdy hotel je ma. Tam również wylądują wszystkie rachunki, które później będą mi potrzebne do rozliczenia z firmą. Hotelowe kapcie znajdują się w zewnętrznej kieszonce.
Następny krok to zapakowanie butów. Zabieram tylko buty mundurowe na obcasie (płaskie są w torbie podręcznej) i adidasy. Pamiętajcie, że najcięższe rzeczy należy układać jak najbliżej kółeczek, wtedy walizka jest bardziej stabilna i lepiej jeździ. Jeżeli jeszcze bardziej chcecie zaoszczędzić miejsce, to w buty włóżcie zrolowane skarpetki.
Jeżeli chodzi o małą wewnętrzną kieszonkę to zapełniam ją drobiazgami, które potrzebują swojego miejsca.

Adapter, odświeżacz do ubrań, pamięć, plastikowe sztućce i dodatkowa kłódka - wprawdzie moja walizka ma zamek, ale kiedyś mi go zepsuto na granicy i od teraz wożę ze sobą dodatkowe zamknięcie.
W to samo miejsce wkładam przekąski - tu też musiałam zrezygnować z wielu rzeczy.
Istnieje kilka szkół pakowania ubrań. Jedni robią tą warstwami, inni wszystko rolują. Ja znajduję się gdzieś pomiędzy. Mundur układam warstwami, a wolne miejsca wypełniam skarpetkami, bielizną i zrolowanymi koszulkami i swetrami. I robię to dokładnie w tej kolejności, dzięki temu wiem, że mam już mundur ze sobą, a resztę mogę wykorzystać na ubrania codzienne. Przy tak małej walizce trzeba być kreatywnym tworząc codzienne stylizacje. 😀 Niestety nie ma tu mowy o odrębnym "outficie" na każdy dzień. Koszule mundurowe będą wykorzystywane pod sweter, służbowe baleriny świetnie sprawdzają się w hotelach, a żakiet ubierany jest nie tylko na pokładzie samolotu, ale też jako dodatkowa warstwa np. w zimnym Kazachstanie.
Dobrym pomysłem jest wyłożenie wszystkich ubrań przed zapakowaniem na łóżku i spojrzenie na nie krytycznym okiem. Czy wszystko do siebie pasuje? Czy muszę koniecznie to brać?

Oprócz ograniczeń odzieżowych, ostremu cięciu podlegają także kosmetyki i leki. Pamiętajcie, żeby tych drugich zawsze zabrać więcej. Kiedyś wyleciałam do pracy na trzy dni i wróciłam .... po trzech tygodniach. Takie rzeczy się zdarzają w tym biznesie. Tak jak ubrania można wyprać, a kosmetyki kupić w lokalnym supermarkecie, tak leków (szczególnie tych na receptę) możecie nie dostać.

A Wy macie jakieś pomocne uwagi odnośnie pakowania?

wtorek, 13 marca 2018

Stewardessa w piosence cz. II

Kontynuując temat podjęty w tym wpisie, przypomniałam sobie o jeszcze jednej piosence.
Kilka miesięcy temu zamieściłam ją na swoim facebook'u. Dla tych co nie widzieli:


Chcielibyście to "odzobaczyć"? 😁

A pod poprzednim postem o tej tematyce, Iza podesłała kilka perełek. Oto moja ulubiona:


I inne propozycje od Izy:




Przy okazji znalazłam to:


I teraz już wiem na jaki następny musical muszę polować :)

PS. Dziękuję moim czytelnikom za podsyłanie linków oraz pomysłów na nowe posty. A może Ty masz coś ciekawego do podzielenia się na moim blogu?

piątek, 9 marca 2018

Wizzair

Jak pisałam w swoim ostatnim wpisie, w lutym zakończyłam pracę w Luton. Kilka razy z poprzednią firmą kończyłam rotację w Londynie, ale zazwyczaj jechałam taksówką na Heathrow i leciałam do domu LOT-em. Tym razem wracałam liniami Wizzair.

foto: internet
 Ten post będzie krótki, bo co mogę powiedzieć o tym locie? Jak wszystkie linie low-costowe, węgierski przewoźnik nie oferuje nic. Na pokładzie można zakupić sobie jedzenie - woda to np. 9zł.
Na tak krótkim rejsie i biorąc pod uwagę fakt, że kupiłam sobie wodę i przekąskę na lotnisku, to ten fakt mi nie przeszkadzał.

Osobiście nie lubię latać low-costami, bo: nie dostaję punktów za przelot (chociaż podobno istnieje jakiś program lojalnościowy); ich lotniska zazwyczaj znajdują się w szczerym polu; trzeba mieć wszystko wydrukowane, albo chociaż ściągnięte na telefon przed lotem (inaczej się za to płaci); za bagaż też się płaci. Dla mnie jest to wszystko zbyt skomplikowane.

Jeżeli lecicie na wakacje i upolujecie dobrą okazję cenową i przebrnięcie przez te procedury, to samemu rejsowi nie można nic zarzucić. Obsługa była miła i ma bardzo ładne mundury. 😍
Natomiast, gdy ja lecę z pracy to nigdy do końca nie wiem, czy firma mnie odprawiła - bilet kupiono mi na cztery godziny przed startem i wysłano mi tylko numer rezerwacji. Czy ja po czterech godzinach snu (w ciągu ostatnich 32) jestem na tyle przytomna, żeby sprawdzać online status mojej rezerwacji? I czy wykupiono mi bagaż? I gdzie ja mam coś wydrukować? 😡
Na szczęście tym razem poszło wszystko sprawnie i nawet zapłacili mi za priority boarding!


niedziela, 4 marca 2018

"Pilot. Naga prawda."

Jak Wam mijają zimne wieczory? W taką pogodę nie wychodzę z domu... Ciepła herbata, kocyk i telewizor lub książka. Dziś przedstawiam Wam kolejną propozycję lotniczą. "Pilot. Naga prawda. Czynnik ludzik w katastrofach lotniczych" autora David Beaty.

Też czytacie w łóżku? Książkę znalazłam w swojej bibliotece.
Jeżeli jesteście fanami serii "Katastrofy w przestworzach" programu National Geographic, to spodoba się Wam też ta pozycja. Autor - doświadczony pilot, opisuje wiele wypadków lotniczych i wyjaśnia jakie czynniki przyczyniły się do ich zaistnienia. Zajmuje się on tzw. "błędem pilota", a nie technicznymi wadami samolotu. Pouczająca lektura.


"Lecz pilot komunikacyjny zostawia swoją żonę i dzieci w domu, aby rozbijać się po cały świecie w towarzystwie troskliwie wyselekcjonowanego grona najpiękniejszych młodych kobiet (....). Za czasów mej młodości mawiano, że aby zasnąć po długim locie, pilot musi walnąć kielicha, wziąć prochy albo zaliczyć stewardesę." 👀🙈
I tym fragmentem odpowiem na pytanie: "Dlaczego nie umawiasz się z pilotami?" 😂
A tak na serio, chciałabym powiedzieć, że mam wielu poważnych kolegów w branży lotniczej, którzy szanują swoje rodziny i nie zdradzają swoich małżonek. Mam też kilku niepoważnych.....
Myślę, że spojrzenie autora jest wypaczone. Co do reszty treści książki, to serdecznie polecam fanom awiacji!



wtorek, 27 lutego 2018

Z ostatniej rotacji

Jak już pewnie wiecie, w lutym polatałam trochę dla nowej firmy. Po dłuższej przerwie z chęcią wzbiłam się w chmury. Jednak mój zapał przygasł trochę pod koniec rotacji - dostałam w kość. Ciężko po okresie nicnierobienia i totalnego luzu zakasać rękawy. 😉

zamek w Norymberdze
Pracę zaczęłam od Norymbergi. Po odebraniu samolotu z przeglądu, wylecieliśmy na krótkie nocowanie do Londynu.

Przez dwa dni mogłam podpatrzeć jak pracują mechanicy.
Na pierwszy lot z pasażerami zakupiłam tulipany, dzięki temu na pokładzie zagościła wiosna.
 Po kilku godzinach snu w Wielkiej Brytanii udaliśmy się w dalszą drogę. Późnym wieczorem wylądowaliśmy w Kazachstanie. Temperatura w nocy spadła do minus 24 stopni! W dzień było już dużo lepiej i mogłam wyjść na krótki spacer i zakupy. O moim pierwszym pobycie w stolicy Kazachstanu możecie przeczytać tutaj.

mój pokój w Astanie
Widok z okna, budowla po lewej to centrum handlowe.
Z Kazachstanu zrobiliśmy krótki lot do Uzbekistanu. W Uzbekistanie, a dokładnie w Termezie, byłam wiele lat temu. Tym razem jednak lądowaliśmy w stolicy kraju - Taszkiencie.

Kolacja z załogą i próbowanie "Uzbeck green tea" - nie stwierdzam wielkiej różnicy w stosunku do normalnej green tea.
Na drugi dzień hotelowy basen miałam dla siebie.
W Taszkiencie w planach mieliśmy zwiedzanie miasta, ale niestety dostaliśmy lot powrotny do Luton- przez Moskwę, gdzie spaliśmy 6 godz w samolocie 😕.

A z Londynu wróciłam do domu i teraz cieszę się zasłużonym odpoczynkiem.

piątek, 23 lutego 2018

Stewardessa w piosence

Karol - czytelnik mojego bloga, a od niedawna również nowy członek lotniczej rodziny, podesłał mi pomysł na ten wpis.
A więc nie zwlekając dłużej posłuchajcie o stewardessach!







Nie wiem, czy też macie wrażenie, że powyższe piosenki i teledyski są dość schematyczne i pokazują nas w złym świetle? Muzycznie podoba mi się najbardziej Kate Nash (druga piosenka), a Wam?

Tutaj możecie znaleźć mój stary wpis z inną francuską piosenką, która dużo bardziej mi wpada w ucho. Nie możemy też zapomnieć o rodzimym podwórku.


A Karol podsyła jeszcze jedną polską propozycję:


I na koniec jeszcze udana parodia - z życia wzięte. Ten moment kiedy operacyjni wyciągają Cię z dyżuru....


A może ktoś zna jeszcze inne piosenki związane z lotnictwem?

poniedziałek, 19 lutego 2018

Norymberga

Po dłuższej przerwie w lataniu udało mi się dostać zlecenie od pewnej firmy. W świecie operatorów małych jetów, nie jest to rzecz niespotykana. Od czasu do czasu potrzebni są freelancerzy, którzy luzują przepracowaną załogę, albo wskakują na miejsce chorej stewardessy. Oczywiście trzeba mieć doświadczenie w tym zawodzie, żeby dostać takie zlecenie i często znajomości, żeby być na początku listy zastępczej.
I tak właśnie znalazłam się w stolicy Frankonii, drugiego co do wielkości miasta Bawarii.

Pogoda średnio nam dopisała.

dziedziniec zamku
widok ze wzgórza zamkowego
Tak bardzo zmarzliśmy, że trzeba się było posilić.

Tradycyjne kiełbaski z kiszoną kapustą i preclem - całość 10 euro. W tej restauracji serwowano na "średniowiecznych" talerzach.
Co najbardziej podobało mi się w Norymberdze? Rękodzieło.

stragan z ręcznie dekorowanymi piernikami
sklep z tradycyjnie wyrabianymi zabawkami
świąteczna ozdoba wycięta z blachy i ręcznie malowana
W tym cudeńku wiszącym w oknie się zakochałam. Ponieważ jeden mały zajączek kosztował 15 euro, to nie miałam odwagi spytać o cenę tego dzieła.
-"Gdzie ty mnie prowadzisz" - spytałam ze śmiechem mojego kapitana. Szliśmy wzdłuż murów starego miasta, a w oknach po lewej stronie mijaliśmy roznegliżowane panie wabiące przechodniów do środka podejrzanych lokali.
-"Wiesz co, ja byłem już kilka razy w Norymberdze, ale nigdy tutaj nie trafiłem. To ty mnie jakoś tak wyprowadziłaś...." - odbił piłeczkę hiszpański pilot.

Wybierając się na targ rękodzieła (tutaj) uważajcie żeby nie zabłądzić. Przez przypadek możecie się znaleźć w czerwonej dzielnicy :)


środa, 14 lutego 2018

TAP

Pamiętacie jak dwa lata temu wybrałam się do Lizbony ? Była to moja pierwsza podróż z  portugalskimi narodowym przewoźnikiem. Ostatnio miałam przyjemność ponownie z nimi lecieć.

lotnisko w Lizbonie
Leciałam z Warszawy do Lizbony i dwa dni później wracałam tą samą trasą. Loty są obsługiwane przez Airbusy 320 i 319. Bezpośrednia podróż trwa ok. 4 godzin i co ciekawe Portugalczycy nadal serwują bezpłatne ciepłe posiłki!

Lot powrotny - obiad serwowany o 11 rano.
Lot z Warszawy jest o 15:05, a z Lizbony do Warszawy o 9:15. I na obu serwowany jest obiad....  Dziwnie się je kurczaka o tak wczesnej porze.... Do tego serwowane są napoje (również wino i piwo), a na końcu jest jeszcze herbata i kawa.
Nie mogę złego słowa powiedzieć na tą linię lotniczą. Jedyne co mi osobiście przeszkadzało, to fakt, że zaczynają serwis późno. Wracając z Lizbony nie zdążyłam zjeść śniadania. Musiałam wyjść z hotelu zanim otwarto restaurację, a na lotnisku zagadałam się z koleżanką i biegłam do bramki bo zaczynano już boarding. Umierałam więc z głodu ... a jedzenie załoga podaje dopiero w połowie lotu.

Jeżeli zastanawiacie się czy odwiedzić Portugalię to zapraszam do lektury tych postów: LizbonaSintra, kafelki.

sobota, 10 lutego 2018

Uroda na pokładzie

Pod moim poprzednim postem znalazł się komentarz z pytaniem o to jak dbać o siebie w czasie lotu. I jak to jest, że stewardessy tak dobrze się prezentują na pokładzie samolotu. Od razu muszę tu napisać, że nie jestem makijażystką, ani wielką znawczynią kosmetyków. W mojej walizce zazwyczaj znajduje się niezbędne minimum i nawet w domu nie mam zbyt wielu kolorowych kosmetyków. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak wygląda profesjonalny makijaż na przykład z Emirates, to spójrzcie na YouTube.


Na YT znajdziecie setki filmików instruktażowych. Czy ja się z nimi zgadzam? I czy ja się tak maluję? Szczerze? Ja nawet nie mam połowy na twarzy tego, co stewa na filmiku powyżej; nie mam nawet połowy wymaganych kosmetyków, czy pędzli.... Poza tym moim zdaniem, efekt jest zbyt przerysowany. Natomiast na pewno można coś tam podpatrzeć i wybrać to, co nam pasuje.
 
Jak ja się maluję do pracy? Zrobiłam w Warszawie krótki kurs makijażu i tam nauczyłam się kilku trików: zamiast primera używam kremu Nivea Soft. Następnie jako podkład kładę Ultra Foundation firm Kryolan - rozprowadzam go palcami, a nie gąbeczką 😳. Pod oczy żółty korektor (Inglot), na całą twarz używam sypkiego pudru, bronzerem robię kontur, blushem policzki i wykańczam rozświetlaczem - wszystko to robię jednym pędzlem. 😀 Marki to Inglot, Bourjois, L'Oreal. Robię smokey eyes z cienką kreską i tuszuję rzęsy. Na brwiach mam permanentny makijaż, a rzęsy mi bardzo urosły dzięki stosowanej regularnie odżywce. Jeszcze tylko kontur ust i szminka - obecnie mam dwie, które używam do munduru : bardzo czerwoną (Russian Red) i neutralną (Matt Mehr). Obydwie z MAC. Puder, cienie i szminkę mam zawsze przy sobie i w razie potrzeby uzupełniam makijaż w toalecie.
Jak maluję się na codziennie? Twarz robię tak samo, różnica jest tylko przy makijażu oczu i ust. W zwykły dzień tylko tuszuję rzęsy i używam błyszczyka (Clarins). Na wielkie wyjście robię bardzo ciemne smokey eyes i doklejam sztuczne rzęsy (kępki, nie całość). Rzęsy kupuję w .... H&M! Tylko potrzebujecie dobrego kleju, ja używam Inglot.
Jak sami widzicie, nie mam tego dużo. Normalnie podróżuję z dwoma pędzlami, a w domu mam może jeszcze dwa inne. Nie przywiązuje też zbyt dużej wagi do marek kosmetyków, to co Wam podałam doskonale mi się sprawdzają i nie są one w wygórowanych cenach. Co więcej, jeżeli mi gdzieś zginą po drodze, albo spadną i się rozsypią w drobny mak (co często mi się zdarza), to kupno nowych nie zrujnuje mojego budżetu.

foto: internet
Największą zmorą podczas długiego lotu jest suche powietrze w samolocie. Oprócz twarzy, wysusza też włosy (dlatego się elektryzują), czy paznokcie. W moim niezbędniku podczas wyjazdów zawsze mam kilka jednorazowych maseczek na twarz. Do tego używam mocnych odżywek do włosów po każdym myciu (takie w sprayu niestety są za słabe) oraz oliwki do skórek. Staram się też nie myć włosów zbyt często... Wiem, że może to dziwnie brzmi, ale moje włosy lepiej wtedy znoszą długie podróże. Przyjrzyjcie się obsłudze pokładowej, większość z nas ma związane włosy (względy bezpieczeństwa i higieny), ale też dzięki temu wyglądamy schludniej.

foto: internet
Nawet gdy latam jako pasażer, na czas lotu robię sobie warkocz lub wysoki kok (gdy śpię). Dzięki temu po lądowaniu moje włosy nie są skudłaczone i potargane. No i zawsze mam ze sobą mały grzebień.
W czasie długich lotów polecam Wam stosować nawilżające krople do oczu. Dzięki temu nie będą one zaczerwienione.
Swojego czasu bardzo często spryskiwałam twarz wodą termalną (na makijaż), ale później przeczytałam, że woda odparowując wyciąga wilgoć ze skóry.... Na pewno dobrze się sprawdza jako "pobudka" na nocnych lotach. 
Jeżeli chodzi o paznokcie, to często decyduję się na manicure hybrydowy. Zwykły lakier rzadko kiedy się sprawdza (możecie to zobaczyć na moim Instagramie ). Do tego w podręcznej kosmetyczce mam krem do rąk i wspomnianą już oliwkę do skórek.
O tym jak przeżyć długi lot i dlaczego nie należy pić alkoholu na pokładzie już pisałam. Oczywiście w pracy załoga nie pije procentów, pijemy za to dużo wody, bardzo dużo wody. Co jeszcze sprawia, że wyglądamy dobrze podczas pracy? Mundur. Kiedy moi pasażerowie noszą rozciągnięte dresy, ja mam na sobie białą koszulę, odprasowany żakiet, wyczyszczone buty, rajstopy.... To robi dużą różnicę.

A Wy macie jakieś triki jak wyglądać dobrze podczas lotu?

poniedziałek, 5 lutego 2018

Wywiad

Ponieważ obecnie nie latam i nie mam tak wielu rzeczy Wam do opowiedzenia, postanowiłam przeprowadzić serię wywiadów ze stewardessami i stewardami. Do części moich znajomych pracujących w lotnictwie rozesłałam już pytania. Najsprawiedliwiej będzie zacząć od siebie.

1) Proszę się przedstawić.

Nazywam się Teresa Grzywocz. Pochodzę z małej miejscowości w woj. opolskim, ale od lata mieszkam w Warszawie. Wieku swojego nie zdradzę, ale 18-ste urodziny świętuję już od wielu lat 😀

2) Od  ilu lat jesteś stewardessą?

Zaczęłam latać w 2005 roku. Swoją karierę rozpoczęłam w Etihad Airways w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Miałam rok przerwy w lataniu, gdy postanowiłam spróbować swoich sił w innym zawodzie. Szybko jednak powróciłam w chmury.

3) Dlaczego i jak zostałaś stewardessą? Czy masz jakieś wykształcenie?

Jestem magistrem Arabistyki i Islamistyki. Skończyłam taki kierunek na Uniwersytecie w Poznaniu. Cabin crew zostałam zupełnie przez przypadek. Będąc na zagranicznym stypendium zobaczyłam ogłoszenie o pracę w lokalnej gazecie i poszłam na dzień otwarty. Dokładniej możecie przeczytać o tym w mojej pierwszej książce.

4) Na jakich samolotach latałaś?

Zaczynałam w dużych liniach lotniczych na Airbusach 330 i 340. Później doszedł jeszcze Boeing 777, którego już tak nie polubiłam.
Po rocznej przerwie wróciłam do latania w mniejszych liniach czarterowych i tutaj zostałam przeszkolona na Boeinga 737. 
Następnie, po urlopie zdrowotnym, zaczęłam swoją przygodę z prywatnym lotnictwem i pracowałam na pokładzie Boeinga 727 zbazowanego w Katarze.
Po powrocie do kraju pracowałam dla rządu i latałam na Tu 154M, Jak 40 i Mi -8 (śmigłowiec).

Wiele lat temu, Jak 40.

Obecnie pracuję na małych prywatnych jetach:
- Global 5000/6000
- Challenger 650/ 604/ 300
- Embraer Legacy 600
- Falcon 7x

5) Jaki jest Twój ulubiony samolot i dlaczego?

Dawniej lubiłam latać Airbusem 340. Obecnie jest to Global 6000. Jest przepiękny i bardzo "crew - friendly".

6) Czy pamiętasz swój pierwszy lot w życiu?

Po raz pierwszy wzbiłam się w powietrze jako pasażer nieistniejących już linii Malev. Natomiast mój pierwszy lot w nowej roli był to lot wprowadzający do Bombaju. Po drodze mieliśmy duże opóźnienie, międzylądowanie i niespodziewany nocleg. Dużo jak na pierwszy raz.

7) Co jest Twoją ulubioną destynacją?

Nie lubię tego pytania. 😉 Pojawia się w każdej rozmowie. Bardzo ciężko na nie odpowiedzieć, jest tyle miejsc... San Francisco, Nowa Zelandia, Seszele, MontrealRosja, Marsylia,.... Wszystko zależy z kim, kiedy, na ile, po co i dlaczego. Inne miejsca cenię za architekturę, inne za kuchnię, jeszcze inne za piękną pogodę i relaks. 

foto: internet
8) Co po tylu latach podoba Ci się w tej pracy?

Możliwość podróżowania, spotykania ciekawych ludzi, bycie w powietrzu i styl życia, który ta praca zapewnia.

9) Co jeszcze lubisz robić w życiu? Inna praca? Hobby?

Lubię pisać - stąd ten blog. Lubię też czytać, uczyć się języków obcych i podróżować. Bardzo chciałabym się kiedyś nauczyć fotografować, tańczyć i skończyć studia podyplomowe (tu waham się między kilkoma kierunkami). Niestety nieregularne godziny pracy to utrudniają.


I jak podoba się Wam taki post? Macie dodatkowe pytania, które mogłabym zadać kolejnym przepytywanym? A może znacie kogoś, kto lata i chciałby znaleźć się na moim blogu? Koniecznie napiszcie!