środa, 18 marca 2026

Santiago de Chile - 102 kraj na mojej mapie.

Chile - kraj 102!
 
Nasz pobyt w Santiago de Chile rozpoczęliśmy od wjechania na wzgórze San Cristobal. Jeżeli macie siłę, to możecie też wejść/zejść. My byliśmy po nocnym locie, a w połowie lutego upał tam doskwiera.

800 m n.p.m. i takie widoki

Na samym szczycie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej z 22 metrową figurą. Jest też ładny kościółek i sporo stanowisk z wodą / lodami / itp.

Wykupiliśmy bilet powrotny / w dwie strony. Wpierw kolejką (podobną do tej w Hong Kongu) wjechaliśmy na górę. Obeszliśmy sanktuarium i dalej przeszliśmy na kolejkę linową. Nią zjechaliśmy w dół (w połowie można wysiąść), zjedliśmy lody na dolnej stacji - 16pln i wjechaliśmy w górę. Następnie wróciliśmy ponownie kolejką. Całość około 80pln za dwie osoby.

Kolejka ta nazywa się "funicular". Funicular po polsku to kolej linowo-terenowa Jest to rodzaj transportu szynowego, w którym wagony poruszają się po pochyłym torze (często górzystym) i są ciągnięte przez linę napędową.

Ze wzgórza udaliśmy się w kierunku historycznego centrum. W Santiago jest wiele pięknych murali.

Na ten dzień mieliśmy zaplanowane wzgórze San Cristobal i spacer po centrum. Wiedziałam (ja odpowiadam u nas za planowanie), że pierwsze dni po przylocie są ciężki i lepiej nie przesadzać z programem.

Na starym mieście stoją wózki, z których sprzedają taki napój. Spróbowaliśmy najmniejszy. Na dno wsypują coś w rodzaju pęczaku, dorzucają suszoną brzoskwinię i zalewają zimnym kompotem z suszonych śliwek? Brzoskwiń? Dobre. ☺️

Główny plac miasta Plaza des Armas był dość zatłoczony, ale bezpieczny. W stolicy zdarzają się protesty i trzeba uważać na kieszonkowców.

Piękne wnętrze katedry przy Plaza des Aramas. 

Poszliśmy jeszcze w kilka bocznych uliczek. Zobaczyliśmy spalony kościół (zamieszki z 2019), jeszcze więcej murali i dużo ludzi oryginalnie ubranych. 😉

Trzeba było coś zjeść. Chorrillana, czyli frytki z różnymi dodatkami. Jedna porcja na dwie osoby wystarcza. Koszt z dwoma napojami 120pln. Ceny podobne do tych warszawskich. W restauracjach można płacić kartą.

Drugi dzień zaczęliśmy od spaceru po wzgórzu Santa Lucia.

Park, fontanny, ozdobne budowle, czyli bezpłatne wzgórze w centrum miasta. Warte obejrzenia.

Tradycyjne i pyszne empanady zjedliśmy niedaleko Mercado Centrale. Sprzedawca powiedział mi, żebym zdjęła łańcuszek (udający złoto). 

Później szwendaliśmy się jeszcze po lokalnych bazarach. Dwie panie zwróciły nam uwagę, żeby trzymać telefony. Podobno kradną. Dalej było spokojniej. Tylko w okolicach Mercado Centrale był sztuczny tłum miejscami. Boczne uliczki są zdecydowanie bezpieczniejsze i wszyscy chodzą z telefonami w ręce.

W mieście jest dużo postkolonialnych budynków. 


Szkoda, że nas nastraszono (i dobrze zarazem). Miasto straciło dla mnie dużo, a miejscami jest przepiękne.

Dwa dni na zwiedzanie Wam wystarczy. Czytałam gdzieś, że muzeum sztuki prekolumbijskiej jest ciekawe. Nie wybraliśmy się, więc się nie wypowiem.

 Już w tą niedzielę zapraszam na wpis z Patagonii!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz