niedziela, 2 sierpnia 2026

Lipiec '26 - w pracy.

 Moja pierwsza lipcowa rotacja była przedłużeniem czerwcowej. 

Zaczęłam ją od trzech dni na domowym dyżurze. A 4 lipca ruszyłam. I to wcześnie ruszyłam. 

To chyba pierwszy pociąg, który odjeżdża ode mnie na lotnisko. 

SKMką dojechałam do hotelu mojej załogi (oni nie są lokalni) i razem ruszyliśmy Uberem do Modlina. Tam czekała na nas nasza maszyna.

Samolot już znacie.

Pierwszego dnia zrobiliśmy trzy loty.

Dlaczego trzeba bardzo dokładnie sprawdzać katering? Bo takie rzeczy się zdarzają. I tak, ta mrówka żyła. Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym zaserwowała ją pasażerom? 
To jest nagietek - kwiat jadalny, służy do dekoracji sałatek itp.


Moxy nasz pierwszy nocleg. O tym hotelu już wiele razy pisałam. Chcecie kolejny hotelowy post?

Po krótkiej nocy i szybkim śniadaniu ruszyliśmy dalej. (Jeszcze po drodze zrobiłam małe zakupy na lotnisku, bo tyle lataliśmy, że nie było czasu podjechać do supermarketu.)

Nie wiem, ile razy już lądowałam/ startowałam z Nicei. Te widoki mi się nie znudzą. 

I w końcu nowe miejsce na mojej mapie - nocowanie w Turku.

O tym mieście mam dla Was osobny wpis.


I o zakupach w Finlandii też możecie w nim poczytać.


A to ja w drodze do pracy.

Po wylądowaniu 6 lipca w Nicei od razu wracałam do domu. Bilet przysłała mi firma w ostatnim momencie, więc nie miałam czasu na odprawę online. 
Szybko posprzątałam samolot, przebrałam się w lotniskowej toalecie i pobiegłam do check-in. A tam...

 

Okazało się, że jestem na liście "Standby", bo lot jest "Oversold". Najadłam się strachu, że tego dnia nie wylecę. 😟 
O takich sytuacjach możecie poczytać w mojej książce "Lotniskowy zawrót głowy".

Przed północą dotarłam do domu. Czekały mnie dwa dni odpoczynku.

Ale to nie był koniec mojej pracy w lipcu! Jeszcze dwa ray było mi dane wylecieć w tym miesiącu. 

Miałam lecieć na Majorkę i tam zmienić stewardesę. Przed lotem wszystko z nią uzgodniłam, zamówiłam jedzenie, napisałam do pilotów i..... 
Tu lądowanie na pięknej Majorce. 

i..... przed wejściem na pokład w Warszawie dostałam telefon od firmy, że są zmiany. W prywatnym lotnictwie, to normalne, trzeba być elastycznym. 
Skończyło się tym, że wylądowałam w Palma de Mallorca, posiedziałam na lotnisku cztery godziny (mają tam sporo sklepów) i poleciałam dalej. 
Po raz pierwszy leciałam liniami Vueling, ale nie mam zdjęć (spałam) 😂. Po półtorej godziny byłam w .... Maladze
Tam czekała mnie krótka noc i wczesny lot.

Siedząc na lotnisku na Majorce udało się nam ogarnąć wszystkie zmiany. Przejmowałam lot od innej dziewczyny.

Duży uśmiech na ustach, bo lecę nowym samolotem. 
Będzie wpis. 

Miałam sześciu pasażerów i ręce pełne roboty. Na nowym samolocie trzeba się szybko zorganizować. Nie ma czasu na poszukiwanie rzeczy.... A każdy samolot inny. 😉

A gdzie wylądowałam? Po raz pierwszy prywatnym jetem w Gdańsku!
Szkoda, że musiałam gnać do domu, bo jak już byłam nad morzem.... 
Spędziłam tu cztery godziny.
Po krótkim opóźnieniu LOT zabrał mnie do domu. 

I już myślałam, że to koniec miesiąca w pracy, a tu niespodzianka.

Poleciałam do Katowic, gdzie lotniskowy Moxy bardzo serdecznie mnie powitał.

Miałam popołudnie w Katowicach dla siebie, umówiłam się z koleżanką (ale ostatecznie nie udało się nam spotkać) i poszłam do ... muzeum.

Muzeum Śląskie - bardzo Wam polecam tam odwiedziny. Dowiedziałam się dużo ciekawego o tym regionie. Zarezerwujcie sobie trzy godziny na zwiedzanie!
Więcej napiszę Wam w osobnym wpisie. (Oj sporo się tego nazbierało. I dobrze! Lubię, gdy się lotniczo i turystycznie dzieje. 😊)

Kolejnego dnia z samego rana ruszyłam na lotnisko i zrobiłam dwa loty z bardzo miłą rodziną.

I ponownie trafiłam na ten śliczny samolot.

Wieczorem wylądowałam na Islandii. Moi piloci zostawali tam na tydzień! Ale im zazdroszczę! Niestety, życie freelancera jest inne. Pozwiedzałam lotnisko w Keflaviku i Wizzair'em przeleciałam do ... Wrocławia. 😂
W lipcu sporo zwiedziłam Polski, głównie lotnisk jednak.
Po baaaaardzo krótkiej nocy ( w hotelu byłam o 2:30 rano, a o 7 wstawałam znowu do pracy) zrobiłam dwa rejsy, żeby ponownie wylądować we Wrocławiu.

Nowy typ samolotu ląduje w moim CV! Gulfstream 150. 😃😍
I tak, zrobię dla Was wpis. Cierpliwości, wpierw muszę poprzednie ogarnąć. 

W jedną stronę zabrałam pasażerów.

A powrót na pusto. Przebrałam się w jeansy, zrobiłam sobie kawy do mojego nowego kubka od My Wind Rose i czytałam książkę.
(To wszystko oczywiście po tym, jak posprzątałam samolot.)

Po kilku godzinach biegłam już na samolot rejsowy do Warszawy.

Kolejne lotnisko na mapie Polski odwiedzone w lipcu. 

I tu niemiła niespodzianka. Miałam bilet LOTem na 21:30, ale że wyrobiliśmy się wcześniej, to chciałam wsiąść na samolot o 18:15. Pamiętam, że kilka lat temu Lufthansa nie miała z tym problemu. (Zresztą opisuję taką sytuację w "Lotniskowy zawrót głowy".) Lot był pusty... ale linie kazały mi dopłacić za zmianę. I to dużo... (jeżeli wziąć pod uwagę, że bilet krajowy jest w miarę tani.)
No cóż, dopłaciłam i wróciłam do domu.

A teraz czekam na rozwój wydarzeń w sierpniu.  


niedziela, 26 lipca 2026

Turku Finlandia

Lipcowa rotacja obfitowała w wiele krótkich lotów. I mówię tu, o wielu krótkich lotach każdego dnia. Lądowaliśmy w Nicei, Katowicach, Warszawie.... ale zawsze późno i na szybki odpoczynek. 
Udało mi się jednak zwiedzić jedno nowe miejsce! Miasto Turku w Finlandii.

Główny deptak miasta.

Turku liczy sobie 197 tys. mieszkańców, ale w ten chłodny wieczór nie było ich widać. W okolicy odbywa się wielki festiwal rockowy, a główną atrakcją jest zamek. Zamek ów widzieliśmy z samochodu.

Po zakwaterowaniu się w lokalnym hotelu, razem z pilotami wyszłam na spacer. Pogoda była raczej średnia, ale po długich godzinach spędzonych w samolocie, warto rozprostować nogi.


Ładna rzeka - Aurajoki.
Wzdłuż jej brzegów toczy się nocne życie. 

Obsługa handlingowa naszego samolotu na lokalnym lotnisku ostrzegała nas przed cenami. Poradziła nam, żebyśmy sobie w supermarkecie kupili jedzenie, a nie szli do restauracji nad rzekę.

Sztuka. Kaczki przed Muzeum Sztuki Współczesnej.


Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwie z moich ulubionych sztukaterii (?).


Rodzaj kolażu naklejony na ścianę muzeum.

Jedzenie miałam z pokładu i z walizki. Wiedziałam, że będę w Finlandii, a cała Skandynawia do tanich nie należy. Do supermarketu poszłyśmy (z pilotką, bo pilot wrócił do hotelu), aby zobaczyć, co ciekawego mają. 

A tu taka niespodzianka! Kupiłam ciastka muminkowe, naszywkę zostawiłam.

P.S. Koleżanka powiedziała mi, że te ciastka można dostać w Polsce w Lidlu. 😂

Bardzo przyjemny pobyt. Miasto nie powala, ale to była miła odskocznia od krótkich noclegów. Pospacerowałam, wypoczęłam i zaznaczyłam sobie nowe miejsce na mapie. 💖

To gdzie teraz zabierzesz mnie praco? 

niedziela, 19 lipca 2026

Idą zmiany na lepsze.

W 2015! Czyli przeszło dziesięć lat temu napisałam post, w którym poruszam wątek wieku. 
"Zostać stewardessą? cz. VIII" - w pytaniu 6 możecie przeczytać: 

6) Jakie są limity wiekowe?

O tym już kiedyś pisałam, ale to pytanie wraca jak bumerang. Opierając się na swojej wiedzy:  minimalny wiek w Europie to 18 lat; w Stanach Zjednoczonych i na Półwyspie Arabskim to 21. Linie przyjmują ludzi bez doświadczenia do około 30-32 lat, z doświadczeniem do 35. Oczywiście od tej reguły są wyjątki! W USA można zacząć pracować jako stewardessa/ steward nawet ok 60-tki, tam też można pracować najdłużej.

(Muszę tutaj sprostować, pytanie odnosi się głównie do osób zaczynających pracę. A o dyskryminacji ze względu na wiek możecie poczytać tutaj.)

Jak wygląda sytuacja dziesięć lat później? Przeczytajcie wpis guru cabin crew.


 




Wspaniała kariera! Dobrze, że i na Bliskim Wschodzie są linie, które pozwalają latać osobom dojrzałym. Może i Emirates kiedyś się do tego przekona. 

 

Na polskim rynku też są zmiany. Kilka miesięcy temu pracę w LOT dostała moja 52 letnia koleżanka! 

Na szczęście te czasy już minęły.
Chociaż szkoda, że glamour latania z lat sześćdziesiątych minął wraz z nimi.

 Z kim się lepiej czujecie na pokładzie? Z młodymi cabin crew? Czy starszymi?

 

niedziela, 12 lipca 2026

Lotnictwo retro - Franciszek Klemens Długaszewski

Kiedyś miałam taki pomysł na serię -"Lotnictwo retro". I kiedyś nawet napisałam jeden (słownie: JEDEN) wpis z tej serii. 😅
Tu możecie go znaleźć. 

A dziś wracam do tego pomysłu, lepiej późno niż wcale. Inspirację zaczerpnęłam z książki: "Kobiety w kokpicie" autorstwa Giles'a Whittell'a. 

 

O tym fragmencie mówię.

Co pisze Wikipedia o Franciszku Klemensie Długaszewskim?
"Urodził się 23 listopada 1899 w Podzamczu.

Od 1919 służył w I lotniczym batalionie uzupełnień, szkolił się we Francuskiej Szkole Pilotów na Mokotowie, następnie w I Niższej Szkole Pilotów w Krakowie, Wyższej Szkoły Pilotażu w Poznaniu. Został dyplomowanym pilotem wojskowym i instruktorem pilotażu. Pracował w Wyższej Szkole Pilotów w Grudziądzu. Odszedł z Wojska Polskiego w 1922.

Został pilotem cywilnym w Polskiej Linii Lotniczej „Aerolloyd” SA, po przemianowaniu na „Aerolot” od 1923, później w Polskich Liniach Lotniczych LOT od 1 stycznia 1929. 31 marca 1930 osiągnął wynik 500 tys. przemierzonych kilometrów jako pilot, a 17 czerwca 1936 jako drugi po Kazimierzu Burzyńskim, Polak osiągnął 1 milion przelecianych kilometrów.

Podczas II wojny światowej służył jako pilot przy transportach transatlantyckich, a od 1940 w strukturach organizacji ATA. Był porucznikiem Royal Air Force. Po wojnie w 1946 powrócił do Polski i ponownie pracował w PLL „LOT”, do 1950 jako szef pilotów i rzeczoznawca, następnie ponownie jako pilot. Dwa miliony przemierzonych kilometrów lotów osiągnął w 1954. Łącznie legitymował się wynikiem 4 mln km i 22 tys. godzin. Od 1957 był przedstawicielem PLL „LOT” w Kopenhadze, od 1959 w Belgradzie Od 1961 był instruktorem nawigacji w PLL „LOT”. Odszedł na emeryturę w 1964.

Zmarł 3 lipca 1985. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie."  

Nie wiem jak Was, ale mnie zaintrygował fakt pseudonimu "Double Whiskey" oraz fakt istnienia przed LOTem firmy "Aerolot".
 
 
tugazeta.pl

Jak podaje Ireneusz Grądziel w artykule zamieszczonym na powyższym portalu:

"Pierwszym Polakiem w ATA, od 21 czerwca 1940roku, był  pilot LOT-u, por. Royal Air Force (RAF), Klemens Długaszewski, wśród lotniczej braci dobrze znany jako „Double Whisky”, gdyż  Jego nazwisko, nie do wymówienia dla Brytyjczyków, przerobiono na podobnie brzmiące przezwisko - „Double Whisky”

Myślałam, że to przezwisko miało inne podstawy. A tu proszę, nie mogli się nauczyć? 

Co do linii "Aerolot", to o tym napiszę w kolejnym poście z tej serii. 
(I nie ukaże się on za kilka lat, ale zdecydowanie wcześniej. 😉) 

niedziela, 5 lipca 2026

Czerwiec '26 w pracy.

Ten miesiąc nie zaczął się dla mnie najlepiej w strefie pracy (na życie prywatne nie mogę narzekać).  Jedyne zapytanie jakie dostałam, było bardzo mało komfortowe. Pominę to milczeniem. Lotnictwo biznesowe ma swoją szarą strefę.

Dopiero 27 czerwca wyleciałam do pracy. Lot dla odmiany miałam z Warszawy!

Samolot już znacie, ale teraz ma inne malowanie.

Na lotnisko dojechałam SKM i dalej Uberem (Terminal VIP jest trochę oddalony).

Szybkie przebieranie się w lotniskowej toalecie - to już znacie.

I już byłam gotowa do pracy. Mieliśmy jeden krótki lot tego dnia.

Poczęstunek powitalny dla pasażerów.

Szybko mi ten rejs zleciał. Razem z załogą udałam się do hotelu - okazało się, że jest położony na odludziu. A ja nastawiłam się już na zwiedzanie Nicei. 😜

Zrobiliśmy drobne zakupy na samolot. Udało mi się kupić też kwiaty. A jak nie ma wazonu w pokoju? To trzeba sobie jakoś radzić.

W okolicach hotelu był tylko supermarket, a myśmy chcieli coś zjeść....

Jedzenie w Moxy do najlepszych nie należy, ale jak kto głodny, to ni wybrzydza. 

Kolejnego dnia zmieniliśmy hotel na taki, znajdujący się przy lotnisku (bo mieliśmy tam wracać po nocnym locie.) 

Po zmianie hotelu pobiegłam do terminalu po kanapkę, przebrałam się w mundur i już w drogę. 


Dowód, że byłam w Nicei. 😉

I czekaliśmy i czekaliśmy. A było gorąco - w samolocie ponad 40 stopni. Klimatyzację można włączyć dopiero, jak pasażerowie są w prywatnym terminalu. Lotnisko w Nicei znajduje się w samym centrum miasta i walczy z hałasem (naszym kosztem).

Nie doczekaliśmy się lotu, ale koleżanka z kokpitu (tak miałam pilotkę) zrobiła mi bardzo ładne zdjęcia. Warto było się tak pocić!

Odczekaliśmy swoje i wróciliśmy do hotelu na krótką noc, bo...
Kolejny dzień to kolejny lot.

Rano, ale po śniadaniu, polecieliśmy do Finlandii.  

Taki cudny pasażer był tym razem z nami (inni też byli).

Na fińskim lotnisku szybko pożegnaliśmy naszych podróżnych i na pusto wróciliśmy do Warszawy.

W czerwcu został mi tylko jeszcze jeden dzień pracy - ostatni dzień miesiąca - 30ty. 
Spędziłam go na dyżurze domowym. 

I takie oto mamy podsumowanie miesiąca. 

A co będzie się działo w lipcu? To się okaże. (Ale będzie latanie.😍)



niedziela, 28 czerwca 2026

"City in the Sky" - dokument

Jeżeli macie ochotę obejrzeć dobry dokument o lotnictwie, to dzisiaj polecam Wam BBC "City in the Sky". Idealny na zostanie w domu w ten upał.

Znaleznione na Insta (nie pamiętam od kogo 🫣). Do obejrzenia w Internecie, wystarczy, że wgooglujecie tytuł i BBC.

BBC słynie z dobrych reportaży, nie rozczarujecie się. Film w języku angielskim. Polecam wszystkim fanom awiacji.

niedziela, 21 czerwca 2026

"Niebo jest nasze"

Dziś - ostatni z moich najnowszych nabytków - Brendan I. Koerner:  "Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego".
Tak, porwania samolotów miały swój złoty wiek. 😈

Wydawnictwo Czarne słynie z ładnych wydań. Porządny papier, twarda okładka, zdjęcia i ciekawa treść.

"Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w USA porywano co najmniej jeden samolot tygodniowo. Początkowo porywacze zwykle chcieli dostać się na Kubę (..)" 

Na pokładzie porwanych samolotów były i stewardesy. 


Talon do pralni i schemat bomby.


Dlaczego dochodziło do tak częstych porwań? Bo pasażerowie nie przechodzili żadnej kontroli. Do samolotu mógł się dostać każdy. Były nawet linie, które sprzedawały bilety na pokładzie. Wsiadało się do maszyny (jeśli były wolne miejsca) i prosiło o bilet, tak jak w pociągu.

Wiele porwań z tamtego okresu to była całkowita improwizacja, a i powody były śmieszne. 

Jest i o Polakach. Tylko nie wiem, czy być dumnym? Przynajmniej powód mieli dobry.


Co ciekawe, często porywacze nie mieli konkretnego planu. Chcieli się dostać na Kubę, bo mieli nadzieję, że zostaną tam powitani z otwartymi rękami. Jak czytamy dalej, Castro wcale ich chętnie u siebie nie gościł. Początkowo był rad z dodatkowej twardej waluty (za oddanie samolotu brał dolary), ale nie uśmiechało mu się zatrzymywanie porywaczy u siebie. 


Już w 60tych pewien senator proponował wprowadzenie kontroli pasażerów na lotniskach. Zarówno linie lotnicze, jak i rząd odrzucili ten pomysł ze względu na koszty i opóźnienia.

W książce jest wiele historii o porwaniach tych bardziej i mniej udanych. Główny wątek jednak życiorys dwójki Amerykanów - pary, która postanowiła spróbować swych sił. Czy im się udało? Jakie były motywy? I ich dalsze losy? Przeczytajcie sami. 
(Naprawdę bardzo ciekawa historia.)

A po lekturze już nigdy nie będziecie narzekać na uciążliwą kontrolę bezpieczeństwa na lotniskach.

Widzimy się w następną niedzielę.