Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bilety, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bilety, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2016

Moje podróże

Był post o podróżach cabin crew, czas na post o moich podróżach. Od kilku już lat pracuję w systemie rotacyjnym, latam dwa - trzy  (czasami cztery) tygodnie, a następnie mam odpowiednio dużo wolnego. Dla mnie jest to system idealny i uwielbiam swój styl życia.
Będąc ostatnio służbowo w Zurychu spotkałam swoją przyjaciółkę, która akurat miała tam layover (muszę kiedyś Wam o niej opowiedzieć, bo zasługuje na osobny wpis). Danka pracuje dla linii komercyjnych. Kiedy po raz pierwszy usłyszała o moim grafiku, wpadła w zachwyt. W jej mniemaniu, i jak się okazuje w opinii wielu innych osób, co miesiąc mam dwa tygodnie na podróżowanie. Hmmmm. Zaczynając swoją przygodę z prywatnym lataniem też tak to widziałam. Teraz Wam wytłumaczę, dlaczego tak nie jest.

Wiele mówiące słowo "flexibility"
Po polsku "elastyczność", czyli ulubione słowo pracodawcy. Cokolwiek by się działo, zawsze zostanie użyte. W praktyce oznacza to, że mój grafik pół na pół zawsze może ulec zmianie. Wystarczy, że ktoś się rozchoruje, nie otrzyma wizy, lub jego lot zostanie odwołany i moje prywatne plany idą w rozsypkę. Oczywiście nie na wszystkie zmiany trzeba się godzić, tylko jakoś dziwnie się składa, że stewardessy bez wystarczającej "flexibility" nie są już z nami.
Elastyczność odnosi się w szczególności do pierwszych i ostatnich dwóch dni. Zakładając, że pracuję 16 dni to dzień 17 i 18 powinnam mieć już wolny, jednak na te dwa dni nic ważnego nie planuję. To samo dotyczy dwóch dni przed początkiem następnej rotacji. Firma nie dopuści, żeby samolot nie miał stewardessy, dlatego nasze grafiki robione są tak, żeby (koleżanki) pierwszy i (mój) ostatni dzień rotacji się pokrywały. Co się dzieje, gdy samolot jest daleko? Kiedyś opowiem Wam o swoim locie do Wietnamu. Dzień wcześniej, 22 godziny w podróży, a moja koleżanka którą zmieniałam,  musiała przedłużyć swój pobyt o dwa dni. Dlatego z 14 dni wolnych, robi się dziesięć.

Mam dość
Po dwóch tygodniach poza domem często mam dość. I moje marzenia stają się bardzo banalne: własne łóżko, czyste ubrania, ulubione jedzenie, normowane godziny snu.

internet
Zdrowie
Każdy kto dużo podróżuje się tutaj ze mną zgodzi. Zmiany klimatu, stref czasowych, jedzenia, wody wpływają na nasze zdrowie negatywnie. Do tego w moim zawodzie dużo jest przeciążeń, powietrze w samolocie jest suche, ludzie wokół chorzy, a bycie stewardessą jest pracą fizyczną. Ilość skłonów, przysiadów i podniesień, które wykonuję na pokładzie już dawno negatywnie odbiło się na moim kręgosłupie.
I to zmęczenie...... Pomiędzy podróżami trzeba się zregenerować i odpocząć, inaczej nasz organizm w którymś momencie nam za to podziękuje.


Brak czasu
Czasami mam siłę i ochotę gdzieś polecieć w okresie wolnym, ale nie mam czasu. Wiem, że to trochę dziwnie brzmi, ale zastanówcie się ile rzeczy robicie codziennie przed pracą / szkołą, czy też po, czy w weekendy. A teraz wyobraźcie sobie, że nie możecie tego zrobić i musicie wszystko to zostawić na dwa tygodnie. Ciężko. Takie niezauważalne rzeczy jak pranie, prasowanie, dzienne zakupy, pralnia chemiczna, sprzątanie. I takie większe jak wizyta u lekarza, szczepienia, nowe zdjęcia do paszportu, zmiana konta bankowego, fryzjer, wyrobienie dokumentów, wizyta na poczcie. I w końcu takie jak urodziny koleżanki, premiera nowego filmu, otwarcie wystawy, święta, zaległe spotkania towarzyskie. Ja to wszystko załatwiam w czasie swojego wolnego. Oczywiście nie chodzę co miesiąc do lekarza i nie wyrabiam nowych wiz co dwa tygodnie. Są takie tygodnie, że oprócz włóczenia się po kawiarniach i odpoczywania nie mam wiele do roboty, ale z drugiej strony są takie dni, że dwa tygodnie mi nie starczają i muszę przekładać zobowiązania na następne wolne.


Brak chętnych
Kiedy pracuję i jestem w nowym miejscu, to staram się zobaczyć jak najwięcej. Nawet latając do tych samych destynacji, zawsze znajdzie się coś do odwiedzenia. To ja, bo lubię się włóczyć, moi współpracownicy już niekoniecznie. Dlatego często chodzę sama. I nawet mi to specjalnie nie przeszkadza gdy pracuję. Nie mogę jednak znieść myśli, że w czasie swojego wolnego miałabym jechać gdzieś sama. Mam dość bycia samemu kiedy jestem w trasie. W czasie własnych wypadów chcę być z kimś. Tylko, że jest to trudne do zgrania. Większość osób o unormowanym stylu życia musi planować wyjazdy z wyprzedzeniem. Ja z wyprzedzeniem planuję tylko coroczne wakacje (tych dni firma nie może ruszyć). Krótkie, kilkudniowe wyprawy (takie jak Lizbona, czy Kopenhaga ) ze względu na rodzaj mojej pracy nie są planowane z długoterminowym wyprzedzeniem.


Brak biletów
Danka pracując dla komercyjnych linii lotniczych ma jedną wielką przewagę nade mną - ulgowe bilety. Flight Attendant na prywatnym jecie takich nie ma. Czasami udaje mi się zakupić bilety za mile lotnicze, czy też po jakiejś promocji. Wiem, że sporo osób kupuje bilety za kilka złotych, ale zazwyczaj robią to z dużym wyprzedzeniem. U mnie w firmie, nawet wakacji nie chcą zatwierdzić na więcej niż 3 miesiące do przodu. Dlatego w swoim poprzednim poście radzę każdemu cabin crew, żeby wykorzystywał ulgowe bilety; ja żałuję, że tak mało podróżowałam będąc w liniach lotniczych.

internet


wtorek, 25 lutego 2020

Machu Picchu

Bilety na Machu Picchu trzeba kupić online lub w Cusco. Jeżeli chcecie wspinać się na którąś z gór, to Wayna- ta bardziej oblegana i trudniejsza, ale niższa - wymaga dużo wcześniejszej rezerwacji. Sam bilet do Machu i Montana można poza sezonem kupić na tydzień przed. Koszt to 80 dolarów, kupuje się go na konkretne godziny i w podanym czasie trzeba się wyrobić.
Na szczycie góry. Wybraliśmy Montanę, bo na drugą górę nie było już miejsca. 

Duże bagaże zostawiliśmy w Cusco w hotelu w przechowalni. Z małymi plecakami ruszyliśmy busem. Cena 60 Soli w dwie strony (ale oczywiście trzeba się targować). Busik zatrzymuje się dwa razy - na śniadanie i obiad.
Można w agencji wykupić też całą wycieczkę z noclegiem i przewodnikiem, ale taniej wychodzi własna rezerwacja i tylko dołączenie się do transportu. O firmie, którą wybraliśmy pisałam już wcześniej.
Droga do Hidroelectrica jest kręta i wyboista. Jeżeli ktoś cierpi na chorobę lokomocyjną, to może ciężka to znosić.
Dla bogatszych kursuje pociąg. Bilet kosztuje ok 160 dolarów.

Pociągi kursują, a turyści idą obok. 

Z Hidroelectrica do Aguas Caliente idzie się wzdłuż torów 2,5h. To bardzo przyjemny spacer, ale trzeba mieć dobre buty, bo idzie się po kamieniach. Po drodze można kupić jedzenie i picie.

Trasa jest bardzo przyjemna. Każdy może ją pokonać. Idzie się po płaskim.

Nocleg w Aguas Caliente można znaleźć w  bardzo różnych cenach. Całe miasteczko to noclegi i restauracje.
Zaraz po przyjściu do miasteczka warto kupić bilety na autobus do Machu Picchu. Przynajmniej ten w górę. Koszt 14 dolarów, trzeba mieć ze sobą wydrukowany bilet wstępu i paszport.

Pierwszy autobus w górę rusza o 5:30. O 4:40 byliśmy w pierwszej dziesiątce w kolejce. Nie można zabrać ze sobą kijków z ostrymi końcami, parasoli, dużych bagaży, plastikowych torebek i jedzenia (przekąski trzeba schować).
Przechowalnia bagażu jest przy przystanku i druga przy wejściu do Machu Picchu.
Jedyne toalety znajdują się przed wejściem.

Weszliśmy  na teren miasta o 6 rano. Było całe zamglone. Na górę zaczęliśmy się wspinać o 7 rano jako pierwsi.
Na Montanę weszłam 1,2h. Średni czas w górę jest 2 godz. Mój partner wszedł w 45min. Ogólnie nie polecam. Strome schody, wąsko, po drodze się rozpadało.
Jeżeli wchodzicie, koniecznie weźcie wodę, przekąskę i koszulkę na zmianę. I nastawcie się na czekanie na ładną pogodę oraz szybki bieg w dół.

Przez godzinę nic nie było widać.

W końcu coś widać. Czekanie na szczycie zajęło nam tyle czasu, że na zwiedzanie ruin zostało nam 45min. Tego samego dnia wracaliśmy do Cusco.
Jeżeli możecie, zostańcie na drugą noc w Aguas Caliente. Da Wam to trochę oddechu i więcej czasu na zwiedzanie. Teoretycznie bilety są ważne przez 6 godzin (jeżeli wchodzi się na którąś z gór), ale nikt ich nie sprawdzał na terenie Machu Picchu. Na terenie zabytku obowiązuje ruch w jedym kierunku. Nie trzeba brać przewodnika.

Najlepsze zdjęcia wychodzą z okolic Chatki Ogrodnika.
Machu Picchu jest niesamowite i bardzo się cieszę, że udało mi się je zobaczyć na własne oczy.

niedziela, 13 października 2024

Toledo

Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym, firma z Bazylei zaprosiła mnie na szkolenie. Ponownie zawitałam do Madrytu, ale tym razem postanowiłam wykorzystać sytuację i faktycznie zwiedzić miasto.
I rzutem na taśmę - Toledo. 😁

Przylecieliśmy z samego rana Ryanairem.  Plan był, z Terminalu 4 dwoma pociągami dotrzeć na Atochia i tam złapać szybki pociąg do Toledo. Taki przejazd zajmuje 36 minut i kosztuje 14 euro. Pociągi kursują co godzinę. Miało być szybko i sprawnie, a wyszło....
Przesiadki z podmiejskich pociągów odbyły się bez problemu, ale w okienku na ostatniej stacji powiedziano nam, że najbliższe bilety do Toledo są na 18. Była 12.
Nie przypuszczałam, że będzie taki problem.
Wpadliśmy na autobus miejski (można w nim płacić kartą przy wejściu - odbija się) i dojechaliśmy na dworzec autobusowy. Okazało się, że tam też tłumy...
W automacie kupiliśmy otwarte bilety i stanęliśmy w kolejce. Muszę przyznać, że przewoźnik stanął na wysokości zadania i podstawił więcej autobusów. Staliśmy godzinę. Droga zajęła nam również godzinę.

I tak dotarliśmy do przepięknego Toledo.

Widok z naszego balkonu.

 Hotel mieliśmy za punkty - wygrzebałam ostatnie i mogliśmy cieszyć się darmowym noclegiem.

Klimatyczny Marriott. Zostawiliśmy bagaże i w drogę.

Spacerem dojście do starego miasta zajęło nam 15 minut.

Most Św. Marcina wprowadził nas do miasta.

Dalej udaliśmy się w kierunku katedry.

Miasto okalają mury i bramy. Gdzie nie spojrzeć, tam jest zabytek.
Czy nie jest piękne?
Uliczki są niezapomniane i żyją własnym życiem.

W mieście ścierały się różne kultury. Osada została założona przez Iberów , następnie byli tam Rzymianie, Wizygoci, Maurowie (a za ich czasów Żydzi), następnie Toledo było stolicą Kastylii.

Dzielnicę żydowską poznacie między innymi po takich kafelkach. Patrzcie pod nogi!

Pierwszy obiekt, do którego weszliśmy była to Synagoga Santa Maria la Blanca. Co ciekawe, jest ona w stylu mauretańskim. Mi ten budynek bardzo przypadł do gustu, mój partner powiedział, że ta wizyta była stracona.


Wstęp to 4 euro. Do wszystkich kościołów, do których zaglądaliśmy wstęp był płatny.

Jeżeli macie ograniczony budżet, to radzę Wam rozpocząć zwiedzanie od Katedry Najświętszej Marii Panny. Moim zdaniem jest to największa atrakcja miasta. Wstęp to 12 euro, ale w tej cenie macie też małe muzeum z dziełami El Greco.

Już sam budynek z zewnątrz robi wrażenie.
Niestety na wieżę od kilku lat nie ma wstępu.

Wnętrze to stanowi kilka kościołów i niezliczona ilość kaplic. Pewnie znajdziecie w Internecie dokładniejszy opis, więc nie będę się tu rozdrabniać. Mogę Was jedynie zapewnić, że jest to jeden z największych kościołów, które zobaczycie i pewnie jeden z najbardziej imponujących.

Zdjęcie nie pokazuje wielkości, wysokości i potęgi tej budowli.
Ołtarze robią również wielkie wrażenie na zwiedzających.

Spacerując po Katedrze zajrzyjcie do wspomnianego już muzeum. Znajdziecie tam wiele dzieł El Greco, stare Biblie i inne dzieła sztuki sakralnej.

Kolejnym naszym przystankiem był Klasztor San Juan de los Reyes. Tutaj wstęp kosztuje 4 euro i to jest dobrze wydane 4 euro. 😊


Takie piękne zdjęcia zrobicie na miejscu.

"Memento Mori" - i uśmiechnięty kościotrup.

Ponieważ byliśmy spóźnieni w mieście przez przygodę z pociągiem, to musieliśmy sobie darować Alcazar. Z tego co czytałam, to w tej fortecy najpiękniejsze są punkty widokowe i zbrojownia.

Po zwiedzaniu wgooglowaliśmy najlepsze tapas w Toledo i tam spędziliśmy wieczór. Cenowo wychodzi dużo lepiej niż Madryt.

Wracając do hotelu spotkała nas taka niespodzianka! Płonące niebo nad Toledo.


Kolejny dzień rozpoczęliśmy od niespiesznego śniadania w hotelu (15 euro). I jeszcze zdążyliśmy raz jeszcze przejść przez miasto.

Wymeldowaliśmy się z hotelu i taksówką (Uber nie działa) podjechaliśmy na dworzec. Nawet ten budynek był przecudny.

Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego wykupiliśmy bilety na pociąg powrotny poprzedniego dnia. Pamiętajcie, żeby na dworcu być wcześniej. Obowiązują tutaj te same zasady jak na lotnisku - z prześwietlaniem bagażu.

Przepiękne wnętrze. Niestety okienka już nie funkcjonują. Pasażerowie są obsługiwani w nowoczesnej sali po prawej stronie.
Pociąg okazał się super nowoczesny i super szybki.
I był pusty.
O 15 byliśmy już w Madrycie.
O tym, w kolejnym wpisie.


wtorek, 18 lutego 2020

Peru i Boliwia praktycznie

Największym kosztem podczas tego wyjazdu były bilety lotnicze. Lecieliśmy przez Berlin i Paryż do Limy. Wracaliśmy przez Amsterdam i Berlin do Warszawy. Loty przez Berlin wychodziły taniej, niż loty z Warszawy.

Plan podróży? Berlin - nocleg, Paryż, Lima - nocleg. Lot do Arequipy.
W Limie należy się liczyć z długimi kolejkami na przejściu granicznym.
Rozważaliśmy również lot do Boliwii lub wylot z Boliwii, ale były to droższe bilety.
Wizy i szczepienia nie są potrzebne, trzeba mieć tylko ważny paszport na min 6 miesięcy i miejsce na pieczątki. (Jeżeli zbieracie pieczątki, to na Machu Picchu i na Rainbow Mountain można otrzymać takie okolicznościowe za drobną opłatą.)
Najtaniej wychodzi podróżowanie z bagażem podręcznym. W swój plecak spakowałam sporo starych ubrań, które stopniowo wyrzucałam (w ich miejsce wpakowaliśmy pamiątki). Inne rzeczy praliśmy w zlewie i suszyliśmy przez noc.
Na pewno trzeba mieć dobre buty, kostium kąpielowy, klapki, coś na deszcz i na zimną pogodę oraz na upał. Z innych rzeczy leki, plastry, kosmetyki w małych butelkach oraz papier toaletowy (bo nawet w płatnych toaletach nie zawsze on jest). Planując trekking, konieczna jest ochrona od słońca, nawet przy pochmurnym niebie i małe plecaki, aby te duże zostawić w przechowalni.
Warto zainwestować w urządzenie ze światłem UV do uzdatniania wody.

Kostium, klapki i ręcznik. W Peru jest wiele bezpańskich psów, ale są one nad wyraz przyjazne.
Jeżeli zdecydujecie się na rozpoczęcie zwiedzania od Boliwii, to lepiej unikać lotów do La Paz. Stolica Boliwii leży na bardzo dużej wysokości, trzeba się do niej zbliżać stopniowo. Również wybierając się do Machu Picchu lub na Pustynię Solną możecie odczuwać skutki choroby wysokościowej. Najlepszym sposobem będzie stopniowa aklimatyzacja, przestrzeganie lekkostrawnej diety, unikanie wysiłku i ciepłe ubranie (konieczne nakrycie głowy). Na miejscu można kupić liście koki, herbatę i cukierki z jej wyciągiem. Smak mają specyficzny, ale mi posmakowały. Pomagają trochę, jeżeli żuje się je cały czas ale najlepiej sprawdzają cię tabletki na "sorochi". Można je kupić bez recepty w każdej lokalnej aptece. Bierze się co 8 godzin jedną, aż do ustania skutków. Branie aspiryny cardio w moim przypadku się nie sprawdziło, jednak każdy przechodzi chorobę wysokościową inaczej. Nasz przewodnik miał w plecaku spirytus z ziołami i polewał nim ręce turystów  - po czym należało się nim mocno trzykrotnie zaciągnąć.

Rainbow Mountain i Red Valley to ponad 5 000 m n.p.m.
Obydwa kraje należą do bezpiecznych, trzeba jednak uważać na osoby próbujące oszukać turystów (taksówkarzy i agencje) oraz drobnych złodziei. Szczególnie w zatłoczonych miejscach i w środkach transportu publicznego.
Nie znamy hiszpańskiego. Ja sobie radziłam przekładając francuski na hiszpańską wymowę (sprawdza się całkiem dobrze). Dodatkowo mieliśmy słowniki i tłumacze offline w telefonach. 
Przed wyjazdem zaczęliśmy brać probiotyki, ale niestety nie uchroniły nas one od jednego zatrucia pokarmowego.

Przepyszne mango i nowe owoce zakupione na lokalnym targu. Jedzenie jest tanie, jeżeli je się na ulicy, ale mało ciekawe. Z lokalnych potraw polubiliśmy mięso alpaki. Tradycyjne pieczone świnki morskie nam nie zasmakowały. Śniadania to głównie słodkie placki lub bułki z dżemem.
Na bazarach można zakupić wszelkiego rodzaje pamiątki wykonane z alpaki (lub te tańsze z domieszką). Jak na każdym targu, należy się targować. Kupiliśmy swetry, skarpetki, rękawiczki i czapki z aplikacjami z lamą.
Spaliśmy w hostelach rezerwowanych przez booking.com. Przed wybraniem noclegu przeczytajcie opinie, czy są one pozytywne. Dwa razy rezerwowaliśmy na szybko miejsca i trafiliśmy kiepsko. Do kolejnego noclegu postanowiliśmy dopłacić 10 $ więcej, aby w końcu porządnie się wykąpać. W Ameryce Południowej normalne jest, że w hotelach nie ma ogrzewania, a gorąca woda pod prysznicem jest (lub nie) w określonych godzinach.
W wielu miejscach nie można jeszcze płacić kartą, w innych doliczane jest nawet 15% prowizji! Często przyjmowane są natomiast dolary. Z wymianą euro mieliśmy spory problem, większość kantorów ich nie przyjmuje. Kurs wymiany różnił się w poszczególnych miejscach. Banknoty muszą być w dobrym stanie, nawet lekko uszkodzone nie są już przyjmowane.
Z bankomatów pieniędzy nie wybieraliśmy, bo tam gdzie próbowaliśmy, maszyna uprzedziła nas o dodatkowych opłatach, ale nie podała ich wysokości. 

Ameryka Południowa pełna jest pięknych miejsc.
Koniecznie napiszcie, jeżeli macie jakieś pytania!

niedziela, 20 października 2024

Madryt

 Po przyjeździe do Madrytu udaliśmy się metrem do hotelu. Autobusami w mieście możecie się przemieszczać płacąc kartą kredytową lub telefonem przy wejściu. Do metra natomiast potrzebujecie przedpłaconą kartę. Kupuje się ją w automacie lub w okienku. Sama karta kosztuje 2,5 euro - podobno jest to kaucja, a następnie na nią ładujecie bilety. Centrum miasta to Zona A, każdy przejazd kosztuje 1,5 euro.
Nasz hotel oddalony był od centrum o 10 przystanków metrem. Madryt do tanich miast nie należy.
Możecie przespać się tanio w hostelu lub poza sezonem znaleźć Arbnb ze wspólną łazienką. Hotele w centrum są drogie.
Jeżeli chcecie spać w budżetowej lokalizacji, to upewnijcie się, że jest on położony na linii metra (najlepiej tak, żeby jadąc do centrum się nie przesiadać). Podziękujecie mi później.

Gran Via, czyli najbardziej reprezentacyjna ulica miasta. Przy niej Marszałkowska to uboga krewna.
Znany widok Plaza de Cibles.

Z Gran Via udaliśmy się na piechotę do Parku Retiro. Niestety Kryształowy Pałac jest zamknięty, ale samo miejsce jest bardzo ładne. Możecie tam posłuchać muzyki, popatrzeć na ludzi, pospacerować i usiąść w kilku kawiarniach. Kieliszek wina kosztuje ok 4 euro. 

Na ten dzień mieliśmy zaplanowane odwiedziny w Prado. Normalnie bilet kosztuje 15 euro, ale na dwie godziny przed zamknięciem wstęp jest bezpłatny. Musicie postać w kolejce (jest ona długa), warto być wcześniej, chociaż podobno wszyscy zostaną prędzej, czy później wpuszczeni. Nie ma dziennego limitu osób.

W środku nie można robić zdjęć. Wybierzcie sobie artystę lub dzieła, które chcecie zobaczyć. Całości nie dacie rady. Myśmy obejrzeli El Greco, Goyę, Rubensa, Boscha i Brueghela. I jeszcze wpadliśmy do sali z Velazquez.

Drugi dzień zaczęliśmy od katedry. Była niedziela i trwała msza. Nadal można było wejść do środka, ale nie można było jej zwiedzać.

Bardzo ładne, pawie sklepienia.
Kaplica poświęcona Janowi Pawłowi II.

Następnym punktem programu tego dnia miał być pałac. Poprzedniego wieczoru zakupiłam online bilet i udaliśmy się do wejścia. Tam okazało się, że kupiłam przez pomyłkę wejście do Królewskiej Kolekcji, a nie do samego pałacu. Bilety umożliwiające zwiedzanie przepięknych wnętrz były już dawno wyprzedane.
Do pałacu można ustawić się w kolejce bez zakupionego biletu (jest oddzielna), ale wpuszczane są pojedyncze osoby. Trwa to kilka godzin.

Pałac królewski ma ponad 3000 komnat.

Ogród królewski bardzo nam się spodobał.
Royal Collection to obrazy, stroje, karety, arrasy i inne dzieła zebrane i związane z rodziną królewską. Muzeum jest ładne, nowoczesne, dobrze położone, a i sam budynek jest bardzo ciekawy. Tylko, że ja chciałam oglądać komnaty, a nie kolejne muzeum.
Tutaj można robić zdjęcia.
Tylko spójrzcie, jak wielka i piękna jest ta karoca!
Piękna porcelana.
Ręcznie pisana i ilustrowana księga.
Była też jedna po arabsku. Opisuje ona zwierzęta.
Jest też trochę stroi (zwróćcie uwagę na haftowane guziki).
Arrasy są ogromne.
Jest też wysokiej klasy hiszpańskie malarstwo. W tle portret Goyi.

Na poprawę humoru wydaliśmy 32 euro na wejściówkę na Flamenco. Kieliszek Sangrii kosztował dodatkowe 5,90. Jedzenie podobno mają słabe (wg TripAdvisor), poza tym występ trwa tylko godzinę i szkoda tracić z oczu tancerzy.


To były najlepiej wydane pieniądze w Madrycie. Pierwszy raz w życiu widziałam flamenco na żywo i jestem zachwycona. W Madrycie jest wiele miejsc, gdzie możecie doświadczyć tego widowiska. Koniecznie się wybierzcie!
Po strawie dla ducha przyszedł czas na strawę dla ciała. Wybraliśmy się do dzielnicy łacińskiej, gdzie znajdziecie wiele kawiarenek, restauracyjek i barów.
Jest też ulica z Churroseriami, miejscami gdzie za niecałe 6 euro dostaniecie świeże churros i filiżankę czekolady. Jedna porcja na dwie osoby to aż nadto.
Kolejny dzień zaczęliśmy od spaceru po parku i przejścia do Świątyni Debod.

To świątynia egipska z II w. podarowana Hiszpanii. Zazwyczaj jest tam woda, w której ładnie odbija się budynek. Myśmy tyle szczęścia nie mieli.
Dalej przeszliśmy do dzielnicy Malasana, podobnej do dzielnicy łacińskiej. Warto patrzeć tutaj w górę (w całym Madrycie), możecie zachwycić się maleńkimi balkonikami.

Co jedliśmy? Głównie kanapki z szynką i tapas. Za porcję takiej przystawki zapłacicie około 8 euro. Dwoma można się najeść.

No chyba, że jesteście na modnym Mercado de San Miguel. Tutaj mała kanapeczka kosztuje 2 euro. Warto przyjść i się rozejrzeć, ale raczej nie najecie się, gdy jesteście na budżecie.
Madryt jest piękny - bardzo polecam!