piątek, 20 stycznia 2017

Widoki z okna i lotnisko Samedan

Dziś mam dla Was kilka niesamowitych zdjęć z podejścia do sławnego szwajcarskiego zimowego  kurortu - Samedan.

Góry po lewej, góry po prawej, góry przed nami i góry za nami.
Tutaj lata się tylko przy bardzo dobrej pogodzie.
W swojej poprzedniej firmie dwukrotnie próbowaliśmy wykonać lot do tej miejscowości i dwukrotnie słaba widoczność nam to uniemożliwiła. Tym razem się udało i mogę Wam pokazać lotnisko.


Nasze skrzydło i czyjś ogon weszło mi w kadr.
Góry wszędzie.

niedziela, 15 stycznia 2017

Lektura i gofry

Na niedzielne powolne śniadanie polecam Wam belgijskie gofry!

annatoannatamto.pl
O mojej ostatniej wizycie w Brukseli i właśnie o tym przysmaku możecie przeczytać tutaj. Ich niezapomniany smak przypomniałam sobie ponownie w Antwerpii.
A jeżeli szukacie przepisu, to zapraszam Was tutaj:przepis na gofry. Jedna z dwóch autorek bloga "annatoannatamto.pl" zainspirowana moją książką przygotowała przepis na ten smakołyk. Mnie się taki poranek bardzo podoba!

wtorek, 10 stycznia 2017

Akwarium w Vancouver

Chociaż nie jestem wielką miłośniczką ryb, to udałam się w Vancouver do lokalnego akwarium. Szczerze mówią, to namówił mnie mój kolega, uzmysłowiając mi, że grało ono główną rolę w serialu telewizyjnym.

serial z lat dziecięcych
youtube

No i w środku było ciepło, co biorąc pod uwagę, że dopiero co przyleciałam tutaj z Bahamów, miało duże znaczenie.

Akwarium znajduje się w Parku Stanley'a.
Wstęp kosztuje 36 CAD, można tutaj spokojnie spędzić kilka godzin. Jeżeli się wybierzecie, koniecznie sprawdźcie godziny pokazów. Odbywają się one na zewnątrz, więc ciepło się ubierzcie.

O 11:00 było spotkanie z delfinami,
a o 11:30 pogadanka o morskich wydrach.
Akwarium w Vancouver jest nie tylko rodzinną atrakcją, ale przede wszystkim ośrodkiem badawczym i rehabilitacyjnym dla dzikich zwierząt. Zarówno przebywające tam delfiny, jak i wydry zostały uratowane i wyleczone. Niestety, nie byłyby one w stanie przeżyć już na wolności. 
Podobnie jak BiodomeMontrealu, tutejszy ośrodek podzielony jest na strefy klimatyczne. Jest podwodny las Amazonii, Tropiki, Arktyczne Wybrzeże Kanady, itp.

Małpki Miko w części poświęconej Amazonii.
niesamowite meduzy
Akwarium jest dobrze oznaczone i utrzymane. Jest ono mniejsze od Rzecznego Safari w Singapurze, ale niewątpliwie warte zobaczenia.


piątek, 6 stycznia 2017

Vancouver

Po pięciodniowym pobycie na Bahamach następny lot okazał się zimnym prysznicem - wręcz lodowatym. Zawitałam do Vancouver!

hotel w centrum miasta, 27-dme piętro i taki widok
Następnego dnia rano wyruszyłyśmy z koleżanką na spacer. Muszę powiedzieć, że po trzydziestu stopniach, temperatura bliska zeru jest szokiem termicznym.

Twarda jestem i idę.

Dawniej mieszkano w takich chatkach.
Z okna widziałam startujące wodnosamoloty.
Po takim spacerze musiałam ogrzać sobie pokój. PS. wyższej temperatury się nie dało ustawić.
Na drugi dzień wyruszyłam znowu. Tym razem przeszłam się do Parku Stanley'a, nazwanego tak na cześć Lorda Stanley'a - VI Generalnego Gubernatora Kanady. Park liczy sobie ponad cztery tysiące kilometrów kwadratowych, jest więc co zwiedzać.

prawie jak w lesie
mieszkaniec parku - czarna wiewiórka
Pogoda dopisywało (chociaż zimno), więc z przyjemnością przeszłam się też nad nabrzeżem Coal Harbour.



A z drugiej strony:

miasto wieżowców
Vancouver? - Podoba mi się tutaj.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Bahamy przerwane.... czyli Życie stewardessy

Witam Was w 2017!

(Zostało mi jeszcze kilka zaległych postów z 2016, oto pierwszy z nich.)


Leżałam sobie przy basenie, gdy pojawił się nowy lot w naszym systemie. Była druga popołudniu, a mieliśmy startować o drugiej w nocy.

leżing, plażing, nicnierobing
Razem z pozostałymi członkami załogi z żalem serca udaliśmy się do pokoi, aby spakować walizki i wypocząć przed czekającym nas nocnym lotem. Jeszcze tylko musiałam wysłać kilka maili w celu ustalenia cateringu, prysznic, pakowanie i do łóżka. O 23:30 mieliśmy opuszczać hotel. Jak się pewnie możecie domyśleć, nie jest tak łatwo zasnąć w dzień, gdy spało się w nocy. Rzucałam się po łóżku, oglądałam filmy i ogólnie źle wszystkim życzyłam. Taka praca.
W końcu zasnęłam, o 22:00 zadzwonił mój budzik. Z uśmiechem na ustach (sarkazm) wstałam i przygotowałam się na lot. O 23:15 byłam w lobby aby uregulować rachunki. Już miałam się wymeldować, gdy rzut oka na telefon uzmysłowił mi, że lot jest opóźniony. Dokładna wiadomość brzmiała: "Wylot opóźniony. Nowa godzina nieznana." Dzięki. Poczłapałam więc z powrotem do pokoju. Wiadomość od kapitana: " Standby". No to czekamy. W pełnym mundurze, umalowana i z włosami w przepisowym koku siedziałam na łóżku oglądając programy dokumentalne o balecie. (Jeżeli nie widzieliście filmu o Misty Copeland, to polecam.) O 2 rano przyszła wiadomość, że lot jest odwołany.
I tak czekał mnie kolejny dzień na Bahamach. Wyspałam się, zjadłam śniadanie w Starbucksie i spotkałam resztę załogi na plaży. Kolejny gorący dzień opalania i czytania książki. Koleżanka poszła popływać, kapitan z pierwszym oficerem poszli na spacer wzdłuż morza, cisza i spokój. I wtem..... nasze telefony się rozdzwoniły. Kochani operacyjni (sarkazm) pytali się, jak szybko możemy być w samolocie - pasażerowie z nocnego rejsu zdecydowali się jednak lecieć. Biegnę więc nad morze, zaczynam wrzeszczeć i machać rękami, żeby druga stewa zawróciła. W tym samym czasie kapitan mówi: "za godzinę w minibusie" i znika. W końcu koleżanka dostrzega moje wyczyny na brzegu i zawraca. Rzucam jej szybko : "Za godzinę zbiórka. Lecimy. Załatwię catering." I sama uciekam, aby zmyć olejek do opalania i wysłać stosowne maile. Za niecałą godzinę byłam w recepcji; za dwie już w powietrzu.

Nie wiem, dlaczego mnie jeszcze takie rzeczy zaskakują. Był już przecież i Mediolan przerwany i Bali przerwane . Życie stewardessy!


czwartek, 29 grudnia 2016

Podsumowanie roku

Nadszedł czas małego podsumowania roku 2016. Muszę powiedzieć, że był on dla mnie łaskawy.

Na moim blogu doszło do małej rewolucji i od lutego ma on swoją stronę na FB.

W marcu udało mi się wylecieć na krótkie wakacje do przepięknej Lizbony.

W kwietniu ukazała się moja druga książka!

W czerwcu dokonałam wielkiej zmiany w swoim życiu zawodowym i zmieniłam pracodawcę.

W listopadzie zaznaczyłam nowe państwo na mapie - Tahiti.

A w grudniu mój licznik pokazał 75 dzięki Bahamom.

I teraz moja mapa wygląda tak:

Ameryka Południowa nadal do zdobycia. Może w 2017 uda mi się ją odwiedzić?


internet

Czego mogę sobie i Wam życzyć w 2017 roku? Spełnienia kolejnych planów zawodowych, zdrowia, podróży i miłości!

wtorek, 27 grudnia 2016

Wyspy nie dla samotnych - wspomnienie Malediwów

Pamiętacie jak w zeszłym roku świętowałam Boże Narodzenie na Malediwach?

Stół dla jednej osoby poproszę.
W tamtym czasie powstał poniższy tekst, który nie załapał się jeszcze na publikację. Zapraszam do lektury.



           W mojej firmie panuje zwyczaj, że pracownicy wymieniają się dyżurami w Święta Bożego Narodzenia oraz w Sylwestra. W zeszłym roku wypadło na mnie. Musiałam spędzić Wigilię w pracy. Na pocieszenie zobaczyłam w grafiku Malediwy. Jeszcze próbowałam się z kimś wymienić na wolne, ale niestety choć wszyscy zazdrościli tygodnia spędzonego na plaży, to nikt dyżuru ode mnie wziąć nie chciał. Nie pozostało mi nic innego jak spakować krem do opalania i kostium kąpielowy w walizkę, złożyć życzenia z tygodniowym wyprzedzeniem i udać się na lot.
            Przylecieliśmy na wyspę Hulhulę, na której znajduje się międzynarodowe lotnisko. Było późne popołudnie i niemiłosierny upał. Po sprzątnięciu samolotu po całonocnym rejsie udaliśmy się do przystani, gdzie cumują wszelkich gabarytów łódki. Na Hulhule znajduje się tylko pas startowy i lotnisko. Wszystkie hotele rozsiane są na jednej z tysiąca dwustu wysp. Najbliżej położona i zarazem największa wyspa – Male, na szczęście nie była naszą bazą noclegową. Niewiele ludzi zdaje sobie z tego sprawę, ale Malediwy są krajem muzułmańskim. Obowiązuje tu prawo religijne: zakazany jest alkohol, pornografia, narkotyki oraz wwożenie symboli religijnych (tak przynajmniej przeczytałam na karcie imigracyjnej). Oczywiście alkohol leje się strumieniami w kurortach turystycznych, ale w stolicy –Male – obowiązują rygorystyczne przepisy. Zawsze w takich momentach przechodzą mnie dreszcze. Tak popularna w lekach na przeziębienie kodeina, czy dostępna bez recepty melatonina, w niektórych krajach uznawane są za substancje nielegalne. Osobiście nigdy do końca nie wiem co znajduje się w mojej walizce, jak na wiecznie podróżującą stewardessę przystało mam ze sobą zapas medykamentów na każdą dolegliwość.
          Nasze walizki znalazły się w małej łodzi. Zaraz po nich zostaliśmy i my  poproszeni o wejście na pokład. Dano nam również kamizelki ratunkowe i poinstruowano, aby ich nie zdejmować przed końcem podróży. We trójkę usiedliśmy z tyłu, tuż przy silnikach. W czasie przeprawy dokuczał nam trochę hałas, ale przynajmniej mieliśmy przewiew. Dopłynięcie do naszego hotelu zajęło nam czterdzieści pięć minut. Mieliśmy szczęście, morze było spokojne. (Dużo gorzej było przy mojej przeprawie w drodze powrotnej. Wytrząsło mną tak, że momentami modliłam się w duchu, aby w końcu zobaczyć wysokie budynki stolicy na horyzoncie.) Po zameldowaniu się w bajecznym resorcie - gdzie między innymi trzeba zaznaczyć na karcie jak dobrze się pływa - udałam się na pierwszy spacer.
            Hotel zajmował całą wyspę. Nie ma na niej prywatnych domów. Wszystkie budynki są w tradycyjnym lokalnym stylu. Zbudowane z drewna ze spiczastymi dachami najdroższe wille stoją na wysokich palach w wodzie. Prowadzą do nich drewniane pomosty łączące je z lądem. Najlepiej płacący turyści mogą prosto ze swoich domków wskoczyć do ciepłych wód Oceanu Indyjskiego. Mój bungalow stał na plaży. Zaraz po przybyciu z balkonowego okna popatrzyłam na niesamowity turkusowy kolor wody oraz biały piasek plaży. Ten widok cieszył moje oczy przez następny tydzień. Na terenie resortu znajdowały się też trzy sklepy. W poszukiwaniu bikini udałam się do jedynego, który oferuje odzież. Oczywiście wszystko tam jest kilkakrotnie droższe niż na stałym lądzie. Tylko, że przeprawa łódką w jedną stronę kosztuje dwieście pięćdziesiąt dolarów amerykańskich. Lokalne rupie nie są akceptowane przez hotel; obowiązuje również inna strefa czasowa. Należy dodać jedną godzinę do czasu w Male. I alkoholu jest w bród. Słowem państwo w państwie.
         - „Dzień dobry” – mówię wchodząc do sklepu – „szukam kostiumu kąpielowego”
Lokalny sprzedawca wywleka skądś pudło z kolorowymi bikini i razem w nich grzebiemy. Wybrane komplety mogę przymierzyć z tyłu na zapleczy sklepu. Później już tylko podpisuję rachunek i mój zakup zostaje doliczony do rachunku hotelowego, który ureguluję przy wyjeździe.
-„Skąd jesteś” – zagaduje chłopak w czasie transakcji.
-„Z Polski (Poland)”
-„Ah Holland” – przeinacza nazwę kraju sprzedawca.
Jestem zbyt zmęczona, żeby reagować i tylko potakuję głową.
-„Z mężem jesteś?” – pada kolejne pytanie.
-„Nie. Ja jestem w pracy. Jestem stewardessą”
-„Ah”- widzę zdziwienie w oczach rozmówcy –„to sama jesteś?” -  pyta z niedowierzaniem.
-„Sama” – mówię, podpisuję rachunek i się pospiesznie żegnam.
              Wieczorem siedzę w restauracji i czekam na dwóch moich współpracowników. Ponieważ się spóźniają mam czas aby rozejrzeć się wokół. Jest kilka rodzin z dziećmi, ale większość stanowią pary. No tak. Malediwy to wymarzone miejsce na romantyczną podróż. „Jestem w piekle dla samotnych” – myślę. Na szczęście moi dwaj piloci zjawiają się i kelner przestaje mi się dziwnie przyglądać. Powiedziałabym, że teraz patrzy się na nas z nieskrywanym zainteresowaniem. Chyba nie podlegamy pod żadną z możliwych dla niego kombinacji. Jemy kolację i rozchodzimy się do swoich pokoi. Następnego dnia rano znowu jestem pierwsza w jadalni.
-„Stolik dla jednej osoby?”- pyta kelnerka.
-„Nie, dla trzech poproszę. Moi współpracownicy przyjdą później”
-„Współpracownicy?”
-„Jesteśmy załogą lotniczą” – tłumaczę zaciekawionej Azjatce.
Co ciekawe zatrudnienie tu mężczyźni to miejscowi z okolicznych wysp. (Mają cztery dni wolnego w miesiącu i mogą płynąć do domu, ale to może zając nawet trzynaście godzin – jak powiedział mi kelner Arisz.) Panie natomiast to cudzoziemki. Spotykam tutaj Japonki, Koreanki, Włoszkę i Rosjankę. (Te pracują na dwuletnich kontraktach i mogą w tym czasie wziąć dwa urlopy.)
Siadam przy wskazanym stoliku i zamawiam kawę. Znowu słyszę pytanie czy dla jednej osoby. Nigdy nigdzie indziej na świecie nie usłyszałam tego tak często jak na Malediwach w ciągu tego tygodnia. Każdy napotkany pracownik w hotelu dopytywał się, czy jestem sama. Ci odważniejsi dopytywali się też czy mam męża w domu (po tym jak im tłumaczyłam, że ja tu służbowo). Jeden nawet posunął się do stwierdzenia, że „może jeszcze będę miała męża”. Przy moim wyjeździe z wyspy te same pytania zadała obsługa łodzi i celnicy na lotnisku. Najwyraźniej Malediwy nie są dozwolone dla samotnych.