poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Windhoek stolica Namibii - kraj 91

Jak możecie przeczytać w moim poprzednim poście, lot do Namibii zajął nam sporo czasu. Po krótkiej nocy, udaliśmy się z jednym z pilotów na wycieczkę po stolicy kraju.

W mieście jest tak naprawdę kilka punktów do zobaczenia, ale jest bardzo bezpiecznie i można swobodnie się poruszać. W lipcu jest zimno!
Namibia swojego czasu była niemieckim protektoratem. Wiele osób nadal mówi to po niemiecku. Część ludności jest biała. O kolonialnej przeszłości świadczą pozostałe budynki.

Stacja kolejowa w europejskim stylu jest nadal czynna.
Zobaczcie na te napisy!
A na peronie "chrześcijańska lektura naukowa", czyli stworzenie świata w 7 dni?
Hmmm, gdzie by tu jechać?
Monument upamiętniający uzyskanie niepodległości.
Życie uliczne. W mieście mieszka niecałe 400 tys ludzi, a jest to największa metropolia kraju.
Niewiele mam zdjęć. Niewiele jest tu do zobaczenia. Nikt nie leci do Namibii, żeby siedzieć w stolicy. Kraj podobno jest przepiękny i ma wiele do zaoferowania. Może innym razem uda mi się o tym przekonać.

wtorek, 28 lipca 2020

Bardzo długi dzień i Zambia - kraj 90

Wszystko zaczęło się od tego, że mój szef chciał lecieć do Namibii. Zastanawiacie się pewnie teraz, dlaczego jest Zambia w tytule tego wpisu? Otóż w czasach obecnej pandemii nie jest tak łatwo wlecieć do Namibii. Powiedzcie to tylko mojemu szefowi....

Zambia z lotu ptaka. Dużo wody tam mają.
Po 10 godzinach nocnego lotu w kierunku Namibii, okazało się, że nie możemy lądować. Piloci krążyli przez następne 2 godziny, po czym okazało się, że wymagane dokumenty nie dotrą na czas, a paliwo się kończy. Nie pozostało nic innego, jak gdzieś wylądować. Naszym zapasowym lotniskiem była Lusaka w Zambii.

12 godzin lotu, 14 godzin w pracy i jesteśmy w Lusace.
Niestety, to nie był koniec tego dnia. Okazało się, że nasi pasażerowie nie mogą zejść z pokładu, ponieważ musieliby mieć 14 dni kwarantanny. A więc czekamy na pozwolenie na lot do Namibii. Czekamy. I czekamy. I czekamy. Czekamy następne 10 godzin. Jeżeli dobrze liczycie, to w tym momencie jestem w pracy 24 godziny. Serwuję kawę, herbatę i pozostałości ze śniadania i poprzedniego dnia kolacji. Ponieważ nie mam już nic na pokładzie zamawiam pizzę i wodę z dostawą do samolotu. Żeby było zabawniej, my jako załoga możemy iść do hotelu, ale nasi pasażerowie nie. Żeby było jeszcze zabawniej władze lotniska informują nas, że mamy wylecieć, bo od 10 godzin siedzimy na ich parkingu w samolocie z włączonym APU (mały silnik dostarczający prąd w samolocie).
Dzięki pomocy lokalnego ambasadora w końcu udaje się nam wszystkim uzyskać zgodę na nocowanie w kraju.

Po 30 godzinach bez snu padam na łóżko.
Taki apartament miałam.

Jeżeli myślicie, że to koniec tej przygody, to jesteście w błędzie. Kolejnego dnia po śniadaniu wracamy do samolotu i czekamy kolejne 6 godzin z pasażerami na pozwolenie lotu do Namibii. W końcu ktoś się nad nami lituje i udaje się nam wylądować w Windhoek.

Ponieważ spędziłam noc w Zambii, to dopisuję sobie ten kraj do listy. 😉

czwartek, 23 lipca 2020

Długi spacer po Olbii

Jak się możecie domyśleć już po tytule postu, dziś zabieram Was na spacer. Nie przepadam za tym miejsce, bo jesteśmy tu stanowczo za często, ale muszę przyznać, że Olbia ma swoje urokliwe zakątki.

Główny deptak historycznego centrum - wieczorem tętni życiem, w ciągu dnia jest dużo spokojniej. Trzeba tylko pamiętać o sjeście. W najgorętszym momencie dnia wszystko tu zamiera.
Wystarczy skręcić w prawo lub lewo, aby oddalić się od morza turystów.
Mieszkańcy lubią ozdabiać wejścia do domów i swoje balkony roślinami, nawet plastikowymi.
Restauracja z przewodnika Michelin znajduje się na ulicy równoległej do głównej.
W takich rodzinnych barach jedzą lokalsi.
Tutaj kawałek pizzy to 1,40 euro.
Na głównym deptaku jest wytworniej i drożej.
Zielony ogródek tradycyjnej trattorii zaprasza.
Aperol Spritz dla ochłody (panowie lokalne piwo) i małe pizzetki. Taki talerzyk to 8 euro.
Urocze przypomnienie gdzie jesteśmy.
Jeden z kilku placyków, wokół same restauracje.
Przeważają ciepłe barwy.
 I jak Wam się podoba?

piątek, 17 lipca 2020

Dzień bez lotu

09:00 - Zazwyczaj staram się wstać przed tą godziną, ale w Moskwie nie zawsze mi się to udaje. Zaczynam swój dzień od przejrzenia telefonu i butelki wody.

09:30 - Ubieram się i schodzę na śniadanie do hotelowej restauracji. W moim kontrakcie mam zapisane, że jemy śniadania na koszt firmy, ale nie w każdej firmie tak było. Od niedawna restauracja jest znowu otwarta, przedtem było ono serwowane do pokoju.

W Moskwie obowiązkowo - sirniki!
 Na śniadaniu zazwyczaj spotykam się ze swoimi pilotami.

11:00 Wyruszam na zakupy samolotowe.

W czasie poprzedniego lotu zrobiłam listę brakujących rzeczy. Do sklepu często chodzę sama, chyba że potrzebuję zakupić duże ilości wody. Moi panowie dzielnie niosą wtedy torby.
12:00 Jesteśmy z powrotem w hotelu i nie zostaje mi nic innego jak zrobienie rachunków.

Każda firma ma swój system. W tej muszę opisać, zeskanować i wpisać w tabelkę w Excelu wszystkie wydatki. Później wysyłam wszystko mailem, a po powrocie do domu również normalnym listem.
12:30 - Po skończonych rachunkach zbieram się na siłownię. Na szczęście w tym hotelu jest otwarta. W Zurychu dla odmiany biegam. Staram się codziennie coś zrobić. Nawet jeżeli jest to 20 minutowa joga w pokoju na ręczniku -jest to zbawienie dla ciała.

Godzinka na rowerku w czasie której oglądam "Downton Abbey". Niestety zdjęcie jest trochę rozmazane - wybaczcie.
14:00 Po prysznicu czas na coś do jedzenia. Zawsze po wysiłku fizycznym jestem głodna i staram się mieć jakąś przekąskę w pokoju.

Ponieważ poprzedniego dnia miałam lot, to zabrałam ze sobą co zostało na pokładzie. Sucharki przyleciały ze mną z Warszawy.
15:00 - 18:00 To czas na naukę, czytanie książek, załatwianie spraw służbowych. Tym razem musiałam znaleźć krawca, który naprawiłby torby na materace z pokładu. Dzięki pomocy conciager udało mi się załatwić sprawę. W takich sytuacjach ich pomoc jest nieoceniona i wymaga zostawienia napiwku.

Udało mi się też zmieścić lekcję arabskiego. Przy okazji podgryzam karmelizowany imbir - ale ostry!
18:00 - Ponowne spotkanie z załogą. W hotelowym loung'u omawiamy lot następnego dnia i to co robiliśmy przez ostatnie godziny. Zamawiam też jedzenie na następny rejs i sprawdzam z handlingiem, czy wszystkie moje rzeczy będą gotowe na czas. Ponieważ mieliśmy mieć kilka dni w Moskwie, to po ostatnim locie oddałam poduszki do pralni chemicznej i musiałam mieć pewność, że zostaną one nam zwrócone.

20:00 - Wracam do pokoju i pracuję nad blogiem, a następnie oglądam kolejny odcinek serialu.

Powyższy dzień to jeden z wielu scenariuszy. Dajcie znać, czy chcecie poznać inne!

sobota, 11 lipca 2020

Kiedy czas do pracy

Moje dwa tygodnie wolnego upłynęły mi jak zwykle błyskawicznie. I przyszedł czas, żeby znowu wyruszyć w drogę. Nie wiem dlaczego, ale w ten dzień zawsze musi się coś wydarzyć.

Znowu w drogę.
Zaczęło się bardzo dobrze, w czwartek wieczorem dostałam bezpośredni bilet lotniczy do Zurych na 19:40! To było bardzo dziwne, bo zazwyczaj wylatuję rano, tak aby moja koleżanka mogła wrócić jeszcze tego samego dnia do domu. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, gdy okazało się, że jej kupili bilet na 7 rano. Podobno nie miało być lotu w ten dzień z pasażerami i firma postanowiła zostawić samolot bez stewardessy na cały dzień.
I oczywiście było to zbyt piękne, żeby wyszło. O 12 dostałam wiadomość, że mam jak najszybciej znaleźć się w Zurychu i że pierwszy lot jakim mogę się przebazować jest o 15. Nie wiem jak Wy, ale ja nie siedzę w domu gotowa do wyjścia, gdy mój lot jest za pięć godzin. Wyobrażacie więc sobie ten pośpiech. Na szczęście moja walizka była w dużej mierze spakowana i pozostało mi kilka rzeczy do wrzucenia, ubranie się, zamówienia Ubera i wyjście z domu. Powodem tej bieganiny był możliwy lot tego samego dnia wieczorem z pasażerami.
Właśnie nadałam bagaż i udawałam się do kontroli bezpieczeństwa, gdy dostałam wiadomość, że jednak tego lotu nie będzie 😡.
Ale, że zawsze trzeba patrzeć na pozytywy ... okazało się, że ponieważ mój bilet był tak późno zakupiony, to zostały tylko miejsca w biznes klasie!

Na pierwszym odcinku (leciałam z przesiadką w Wiedniu) podano kanapki i mus czekoladowy. Na drugim zaserwowano nam ciepły obiad. Spójrzcie tylko na tą filiżankę!
 A teraz najdziwniejsze: lot w biznesie Austrian Airlines kupiony last minute był tańszy od miejsca w ekonomii w Lufthansie. Tyle lat pracuję w tym zawodzie, a ciągle uczę się nowych rzeczy.



poniedziałek, 22 czerwca 2020

Widoki z okna - Jezioro Bodeńskie

Jak możecie się domyśleć, w czasie tej rotacji ponownie odwiedziłam Friedrichshafen. Z powodu wzmożonego ruchu lotniczego (chodzi o małe samoloty, bo linie lotnicze nadal nie są wpuszczane) moi piloci musieli zrobić kółko nad jego wodami. Dało mi to okazję do sfotografowania tego trzeciego w Europie zbiornika wodnego.

Musicie przyznać, że wygląda pięknie.
A tu załapało się nasz skrzydło.
I już zbliżamy się nad polami do lądowania.
I jeszcze jedno ujęcie z lotu ptaka, to jest samolotu :)
A tak wygląda już z ziemi. Pogoda nam dopisała.
A nad naszymi głowami znowu latał Zeppelin.
Cieszę się, że po pięciu miesiącach przerwy, ponownie zasiadłam w swoim podniebnym biurze.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Jak się lata w czasach zarazy?

Z mojego poprzedniego postu, możecie wyczytać, że dotarłam do pracy. A jak wygląda ona w nowej rzeczywistości?

Na pokładzie pracuję w masce i rękawiczkach. Tego zażyczyli sobie pasażerowie, oni zdejmują swoje po wejściu do samolotu. Po wylądowaniu daję swojemu szefowi nową maseczkę i parę rękawiczek. Zapas mam taki, że mogę pół szpitali w Polsce obdarować. :)
Do tej pory byliśmy w Zurychu, Friedrichshafen i Moskwie, czyli w Szwajcarii, Niemczech i Rosji. Jak wygląda życie codzienne tutaj? W Niemczech i Rosji jest bardzo podobnie jak w Polsce. W miejscach publicznych trzeba nosić maseczki, wszędzie dostępne są żele do dezynfekcji i naklejone linie odgradzające ludzi. W Szwajcarii natomiast....hmmmm, ich to chyba górskie powietrze ratuje przed zachorowaniami.

Adekwatny wystrój w hotelu.
W Rosji śniadanie przynoszone jest do pokoju. W Szwajcarii jest otwarty normalnie bufet śniadaniowy (ale zamknęli siłownię). W Niemczech jedliśmy w kawiarni obok naszej noclegowni, bo hotel nie dawał rady wydawać śniadań.
W Rosji nie otworzono jeszcze restauracji, a lotnisko obsługuje tylko prywatne jety. Po przylocie na pokład wchodzi pan z urządzeniem do mierzenia temperatury i formularzem do wypełnienia.
W innych krajach nikt nie mierzył mi gorączki po przylocie.
Co do mojej pracy, to oprócz konieczności noszenia maski i rękawiczek, i dezynfekowania całego samolotu przed każdym lotem; to nie widzę większych różnic. Firmy kateringowe i restauracje dostarczające nam jedzenie na pokład działają sprawnie. Supermarkety, w których robię zakupy również są otwarte i w pełni zaopatrzone.
Teraz czekam na koniec rotacji i modlę się o otwarcie Okęcia, żebym miała jak wrócić do domu!

wtorek, 9 czerwca 2020

Jak dotarłam do pracy

Pomimo panującej epidemii, po pięciu miesiącach w domu przyszedł czas powrotu do pracy. I nie byłoby tego wpisu, gdyby nie fakt, że wszystkie lotniska w Polsce pozostają zamknięte. Obsługiwane są tylko połączenia narodowe, a to nie pomogło mi w dostaniu się do Zurychu.

Krótkie podsumowanie zeszłej niedzieli:
07:00 pobudka
08:00 wychodzę z domu i okazuje się, że winda nie działa! Dodam tylko, że mieszkam na 9 piętrze i mam ze sobą 20kg walizkę. Ręce bolą mnie przez następne dwa dni. W międzyczasie ucieka mi zamówiony Uber.
08:30 podjeżdża drugi Uber
08:40 jestem na Dworcu Zachodnim
09:15 odjeżdżam Flixbusem w kierunku Berlina

Następne 8 godzin śpię, jem, oglądam filmy i czytam.
17:10 wysiadam w Berlinie (bez żadnej kontroli na granicy) i wsiadam w taksówkę na lotnisko Tegel (W taxi oddziela minie folia od kierowcy, a na lotnisku obowiązują maski.). Okazuje się, że moja służbowa karta nie działa, więc z mojego konta ubywa 40 euro.
17:30 jestem na zamkniętym lotnisku.

Z powodu koronawirusa większość lokali jest zamknięta. 
17:40 melduję moim kapitanom, że dotarłam na czas i czekam na lot. Dostaję odpowiedź zwrotną od kolegi, żeby firma wystawiła mi papier, że lecę do pracy, bo mogę mieć kłopoty.
18:00 rozpoczyna się odprawa na lot. Kioski do samodzielnego check-in są zamknięte. Pani przy stanowisku pyta się, po co lecę do Szwajcarii. Muszę pokazać list i załogową przepustkę.
18:30 przejście przez kontrolę bezpieczeństwa zajmuje dużo dłużej, bo wszędzie wpuszczają po parę osób.
19:55 powinien być start mojego samolotu, ale dopiero zaczyna się wejście na pokład. Znowu mnie odciągają na bok i muszę pokazywać list i załogowe ID. W samolocie kapitan przeprasza za opóźnienie spowodowane procedurami bezpieczeństwa. Samolot niby jest dezynfekowany po każdym locie. My siedzimy w maskach, ale lot jest pełen. Podają też napój, więc ludzie zdejmują maski na jakiś czas.
22:00 lądowanie i kontrola graniczna na której ponownie pytają po co tu przyleciałam. (Kolega na drugi dzień przy śniadaniu opowiada, że wiele osób z jego lotu odesłano z powrotem. Powrót oczywiście na własny koszt. Podróżował z Amsterdamu.) Jeszcze długo czekam na bagaż - tutaj też wpuszczają po kilka osób.
22:40 wsiadam do taksówki, a tam zero folii oddzielającej. Na ulicy też nikt w masce nie chodzi. Dziesięć minut później jestem w hotelu, w którym nic się nie zmieniło. Jedynie zamknięto siłownię.

Teraz przede mną długa rotacja i zapewne równie ekscytujący powrót do domu 🙈.

środa, 3 czerwca 2020

Cosmos Muzeum

Korzystając z poluzowania kwarantanny, wybraliśmy się na ulicę Łucką 15 do Cosmos Muzeum.

Miejsce to reklamuje się jako najbardziej Instagramowe w Warszawie.
Początkowo myśleliśmy, że jest to coś w rodzaju Centrum Nauki Kopernika, czyli gry i zabawy bardziej naukowe. W tym miejscu jednak chodzi o iluzję, a nie o stricte naukę.

Mapa usypana z piasku, którą można dowolnie przemeblować. Rzucane z góry światło uformuje nowe głębiny i wzniesienia.
Muzeum cały czas się rozwija, obecnie jest do obejrzenia w 1,5h. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to optymalny czas. Większe obiekty trudno sobie przyswoić w czasie jednej wizyty.

Możecie zrobić sobie zdjęcie z kolorowym cieniem.
Albo spaść na stół.
Można zrobić sobie tutaj dużo ciekawych zdjęć i zmylić nasz umysł jeżeli chodzi o percepcję głębi, wymiarowości itp. Minusem jest brak opisów niektórych eksponatów. Nie wiem, czy plakietki odpadły, czy chodzi o to żeby się domyśleć.... We dwójkę udało nam się rozwikłać większość obiektów, ale kilka pozostało dla nas zagadką.

Do przejścia jest czerwony tunel z sznurkami i labirynt z lustrami.
 Koszt biletu dla dorosłego to 36 złotych.

Jest też bardzo fotogeniczna kabina ze zmieniającymi się światełkami.

czwartek, 28 maja 2020

54 godziny grozy

Przeszukując katalog lokalnej biblioteki natrafiłam na wspomnienia Claude Bertaud "54 godziny grozy. Relacja z pokładu porwanego samolotu".

Wydawnictwo De Facto nie popisało się szatą graficzną. Książkę się dobrze czyta, ale kiepsko wygląda.


Jak sama autorka się przedstawia: "Zawód: stewardesa. Marzenie wielu dziewcząt mojego pokolenia. Lecz nie moje."

Krótki wstęp autorki, gdzie pisze jak i dlaczego zaczęła latać.
Autorka to francuska nauczycielka języka angielskiego, która podejmuje pracę w liniach lotniczych , żeby pozwiedzać świat. 

Claude była związana z lotnictwem przez 20 lat, kiedy miała pecha i znalazła się na pokładzie porwanego samolotu. Jest rok 1994, 24 grudnia i Air France wykonuje rejs do Algieru. Co ciekawe i niepokojące, terroryści bez problemu wchodzą na pokład uzbrojeni i umundurowani wraz z pasażerami. Później okazuje się, że kontrola bezpieczeństwa nie działała, a oni mieli swoich pomocników na lotnisku. Samolot jest na ziemi i jest we władaniu zdesperowanych szubrawców przez wiele godzin.

Airbus 300 - jak dla mnie mały :)
Jest rok 1994, a więc jeszcze daleko do wydarzeń 11 września. W tamtych czasach samoloty były porywane dla okupu, rozgłosu, wymiany więźniów, a nie po to aby wysadzić się w nich zabijając jak najwięcej ludzi. Terroryści aby wywrzeć presję, zabijają jednak trzech zakładników.

Warto przeczytać, aby przekonać się o innych stronach zawodu cabin crew oraz jak wygląda taka sytuacja z perspektywy naocznego świadka. I najważniejsze, jak trudny, wręcz niemożliwy czasami jest powrót do normalności.


Po zamachu autorka nie była w stanie kontynuować pracy w chmurach.
I jeszcze kilka faktów o pasażerach w czasie nocnych lotów.


Zainteresowanych odsyłam do reportażu, jaki udało mi się znaleźć na yt (w j.francuskim).
Air France 8969