niedziela, 19 kwietnia 2026

Patagonia (z Santiago, Buenos Aires i Colonia del Sacramento) praktycznie.

Zgodnie z tradycją, po niezliczonych wpisach z poszczególnych etapów podróży, mam dla Was jeden podsumowujący.

 
SANTIAGO

Po przylocie odprawa paszportowa trwała jakieś 30min. Nie wypełnia się samemu PDI - karty przyjazdu, ale robi to urzędnik w okienku i dlatego to tak długo trwa. Trzeba podać adres hotelu i skąd się przyleciało. Wydany druk koniecznie zachowajcie! Jest skanowany w każdym hotelu i przy wjeździe do parku narodowego. 

Uber w Santiago działa dobrze. Z lotniska odchodzi z poziomu 3. Na lotnisku jest WiFi.

Jest autobus do miasta, ale nie wiem, jak działa. Myśmy byli zbyt zmęczeni, żeby przemieszczać się tego dnia komunikacją publiczną.

Za Uber do centrum stolicy zapłaciliśmy 62pln.

Po mieście przemieszczaliśmy się na piechotę. Jest metro i autobusy, ale nasze hotele (dwa bo zmienialiśmy) znajdowały się w pieszej odległości od centrum historycznego. 
Używaliśmy mapy offline z maps.me

Za hotel płaciliśmy 55 USD. Nie do końca rozumiem, jak jest tu z płatnościami. Podobno, gdy płacicie w hotelu w lokalnej walucie lub kartą debetową, to doliczają Wam podatek. Dolarami lub kartą kredytową wychodzi taniej. Dolary muszą być nowe. 

Nie kupowaliśmy nigdzie karty sim, w każdej restauracji i hostelu jest WiFi. 

W restauracjach płaciliśmy kartą - Revolutem. Tylko u drobnych sklepikarzy wymagana jest lokalna gotówka, czyli Pesos.
Cubierto to nie napiwek. Zabiera to restauracja.

Co warto zjeść/ wypić?
Empanadas (pierożki pieczone/ smażone z różnym nadzieniem), pastel de choclo (zapiekanka kukurydziana), completo (hot dogi ze wszystkim), pisco (lokalna brandy). 
Chilijczycy jedzą bardzo dużo chleba, bułek. Śniadania głównie na zimno, dużo słodkiego.

Jedna z nielicznych bezpłatnych atrakcji Santiago. 

Miasto kiedyś było najbezpieczniejszym w Ameryce Południowej. Niestety, to się zmieniło. Uważajcie na telefony i rzeczy osobiste. Na ulicach też jest bardzo dużo bezdomnych (chyba tylko w LA widziałam więcej). 
Ludzie są bardzo serdeczni, ale nie mówią po angielsku.
 


To małe miasteczko z bardzo przyjaznymi ludźmi. Spacerując słyszeliśmy: "Bon dia", "Hola!". 
Lotnisko też jest małe i nie znalazłam nigdzie autobusu. Uber kosztował nas 8 USD. 
Jest tu tanio.

Uwaga na porcje w restauracjach, są duże! Wina też leją do pełna. 
Czekolada chilijska nam nie smakowała. Próbowaliśmy ich lokalnej nawet w pijalni czekolady i nie umywa się do naszego Wedla.
 
Na łódce płynącej na pingwiny bardzo wieje, krótką chwilę rzucało. Ja choruję na morzu, ale nie wybujało nas na tyle, żebym się źle poczuła. 
 
Jeżeli nie jedziecie do Ushuai, to moim zdaniem warto zapłacić za taką wycieczkę.
 
W mieście jest kilka pralni z pralkami. Koszt ok 12 500 pesos za pranie i suszenie. 
 
Nie wiem, jak jest z wodą w tej części Patagonii, po stronie argentyńskiej można pić kranówkę. 
Kontakty są europejskie, czasami takie na trzy bolce, ale można w nie wcisnąć naszą wtyczkę. 
 
Psy wałęsające się po miasteczkach Patagonii są na ogół bardzo przyjazne (i duże). Właściciele wypuszczają je samopas na spacery, a one później wracają do domu. Widzieliśmy też wiele razy, jak były wywożone na pace na pastwiska, aby pilnowały owiec. Takie tam mają zwyczaje... faktem jest, że przeważają tu małe domy z jeszcze mniejszymi ogródkami. 
 
Kolejne, niestety już drogie, miasteczko w chilijskiej Patagonii. Urocze, warto zarezerwować sobie jeden dzień na spacer po nim i dobry posiłek.
W tygodniu znajdziecie sporo sklepów z odzieżą używaną. Można znaleźć sprzęt i ubrania trekkingowe dobrych firm za grosze. 
Można też wynająć sprzęt (namioty, kijki, menażki, itp.) na czas trekkingu. Za kijki zapłaciliśmy 4USD za dobę. Zestaw: namiot, mata, śpiwór i kijki kosztuje 33USD za dobę. Przeliczcie sobie, co się Wam bardziej opłaca. Nadawanie bagażu, czy wynajem. 

Zabraliśmy drona, ale w większości miejsc jest zakaz. Tam gdzie nie było, zbyt mocno wiało, żeby go puszczać. Najmniejszego drona nie trzeba zgłaszać przed przylotem.

Radziłabym Wam jak najwcześniej rezerwować noclegi tutaj i noclegi / miejsca w Parku Torres del Paine. 
Wiem, że podróżowanie bez planu ma więcej uroku, ale na trzy tygodnie przed naszą wyprawą nie było już miejsc na kempingach. 
Hostel też wyszedł nam bardzo drogo.
 
W parku macie dwie opcje trekkingu : W i O. Możecie też zrobić kilka jednodniowych.
(Dokładniej opisuję to w swoim Ebooku.)
 
Przy wyjeździe z Chile zabrano nam druk. Pieczątki w paszporcie w Chile nie dostaliśmy. 
 

EL CALAFATE

W Argentynie wbijają pieczątki w paszport. Trzeba mieć tu zrobioną rezerwację, nie wiem, czy na wszystkich przejściach tak się tego czepiają. 😒 Na oficjalnych stronach znalazłam, że jest taki wymóg. 

Jeżeli nie zgadzacie się z niszczeniem lodowców, to możecie pominąć to miasto. Główna ulica to nasze Krupówki. Tłoczno i turystycznie. Z plusów - duży wybór pamiątek i taniej niż w El Chalten.

Co kupić w Patagonii?
W sklepach znajdziecie głównie odzież i sprzęt outdoorowy. Wszystko oczywiście z logo Patagonia. Tanie są bufki. Ubrania wychodzą drożej niż w Polsce. (Z tego, co porównałam.) 
Rzecz jasna, są magnesy, kubki, pluszaki, notesiki i wszelkie takie. W tej części świata bardzo popularne jest picie Yerba Mate (czyli naparu z ostrokrzewu paragwajskiego). Są nawet sklepy specjalizujące się tylko w sprzedaży Matero (naczynia) i Bombilli (rurek).

Lokalsi chodzą z takim naczyniem w jednej ręce i z termosem z gorącą wodą w drugiej. Są też specjalne nosidełka i ogrzewacze na termosy. Ja się tego opiłam mieszkając w Damaszku. Smak trawiasty - ale to bardzo subiektywna ocena, polecam spróbować samemu. 😉

 EL CHALTEN

Z praktycznych wskazówek, to mogę Wam tu polecić obejście zakupu biletu do parku narodowego. 😉
Pamiętajcie też, żeby spakować termos i kijki trekkingowe (lub pożyczyć je na miejscu). Wspinaczka po tych szlakach, wbrew opinii z internetu, nie jest łatwa.

Z pogodą różnie tu bywa. Zaplanujcie sobie dzień dodatkowy zapasowy, jeżeli to możliwe. Możecie nie trafić pierwszego (i jedynego) dnia na dobrą aurę.  

Samo miasteczko jest drogie, ale przyjemne. Jeżeli wybieracie się większą grupą, to musicie rezerwować stoliki w restauracjach. Jest tu bardzo dużo turystów. (Ale to tacy backpackerzy, a nie jak w El Calafate.)

W El Chalten pożegnaliśmy się z Patagonią.  

 

Warto zostać w okolicy kilka dni i zrobić kilka trekkingów.

BUENOS AIRES 

Do stolicy Argentyny przylecieliśmy z El Calafate. Bilet kosztował ok 400pln. Przy wyborze hotelu w mieście warto pamiętać, że część dzielnic staje się niebezpieczna po zmierzchu. Taka La Boca jest super za dnia, ale w nocy lepiej tam się nie zapuszczać.

W części turystycznej = bogatej = bezpiecznej będziecie czuć się jak w Europie. Znajdziecie tu też wiele apartamentów na wynajem na zasadach Airbnb. I macie kuchnię, więc możecie zaoszczędzić na śniadaniach. 😉 Za noc płaciliśmy poniżej 300pln.

Buenos Aires jest nazywane Paryżem Ameryki Południowej. Załóżcie wygodne buty i ruszajcie na podbój.

Przypuszczam, że i tutaj trzeba uważać na kieszonkowców, ale czuliśmy się tutaj dużo bardziej bezpiecznie niż w Santiago. 

Jedno, co nam przeszkadzało w tym mieście, to zapach.... Mieszkańcy mają bardzo dużo psów, większość właścicieli i wyprowadzaczy (bardzo tutaj popularni) zbierają w woreczki ślady swoich pupili, ale.... Nie wszystko można zebrać. Dodatkowo, nie ma publicznych szaletów i kilkakrotnie widzieliśmy na ulicach, że by się przydały. Bramy i zaułki są zasikane.  

COLONIA DEL SACRAMENTO

Ponieważ mieliśmy dwa dni zapasu, to wpadliśmy jeszcze do Urugwaju. 😉 Mając więcej, pewnie popłynęlibyśmy do Montevideo.... cieszę się, że nie mieliśmy. 


Miasteczko jest przeurocze. Zgubcie się w małych uliczkach i zróbcie mnóstwo zdjęć!

Nie wymienialiśmy gotówki. Wszędzie akceptowano dolary i karty kredytowe. Nawet na straganach.
Można negocjować ceny.  
W ciągu dnia jest tam sporo turytów, którzy przypływają na jednodniowe wycieczki.
Warto zostać na noc i pochodzić na spokojnie po tym bajkowym miejscu.

Przy ładnej pogodzie można kąpać się w morzu, chociaż to zatoka i wody są zapiaszczone. Jest plaża niedaleko od starego miasta, a ludzie łowią ryby w porcie.  

Miejscowi twierdzą, że ich steki są lepsze od tych argentyńskich.

PODSUMOWANIE:
Przeżyłam wspaniałą przygodę, odbyłam podróż życia. Dodałam trzy kraje do swojej mapy i chcę więcej! 😁
Sprawdziłam swoją kondycję na szlakach (tego w sumie jest mi za mało), opiłam się czerwonego wina i wróciłam do domu z nowymi spodniami i topem. 
Bardzo udany wyjazd.

A koszty:
8700 - koszty na miejscu
5290 - bilet do Ameryki
737 - bilet do Punta Arenas
420 (?)- bilet do Buenos
= 15 147pln

Tak jak pisałam, wyprawa życia. Tanio nie było. 🤷‍♀️

Teraz muszę barrrdzo intensywnie szukać pracy! 😁

P.S.prace nad ebookiem są na ukończeniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz