niedziela, 30 listopada 2025

"Cała prawda o lataniu. Stewardesy w rozmowie z Krzysztofem Pyzią."

 W poprzednim wpisie wyjaśniłam Wam, jak wygląda obecnie moja sytuacja w pracy. 
Dlatego, mam dużo czasu na czytanie. 😉 (P.S. Wszystkie przedstawione poniżej opinie są moje - bo ktoś mi ostatnio na Insta zarzucał, że zjechałam książkę.)

Postanowiłam zapoznać się z książkami o stewardesach dostępnymi na polskim rynku. Nie będę ukrywać, że większość książek kupuję z drugiej ręki. W ten sposób zdobyłam i tę. Na portalach sprzedażowych można ją znaleźć poniżej 10zł (plus koszty przesyłki).

"Cała prawda o lataniu. Stewardesy w rozmowie z Krzysztofem Pyzią."
Zacznę może od plusów:

Książka jest bardzo ładnie wydana. Widać, że nie drukowano jej oszczędnie. Wręcz, moim zdaniem, można by trochę zmniejszyć czcionkę i pominąć powtarzanie tytułów i podtytułów rozdziałów. Książka byłaby przez to tańsza. 😇


Zaczynamy od wstęp od tego, że jest to zawód elitarny oraz prestiżowy. Z czym (ponownie, w tej recenzji są tylko moje opinie) nie do końca się zgadzam. Moim zdaniem, te czasy prestiżu minęły bezpowrotnie.

Drugi plus to fakt, że macie wszystko zebrane w jednym miejscu. Jest to dobra pozycja dla osób, które interesują się zawodem, nic o nim nie wiedzą i nie chce im się szukać. 

Jeśli znacie te zawód albo umiecie googlować / chatgpt używać, to wszystkie lub prawie wszystkie  informacje i historie sobie znajdziecie online. 
Dodatkowo, część informacji jest przestarzałych, a część....no hmmm podkolorowanych...

Jak widać, wydawca nie żałował papieru. Rozdział zaczyna się od połowy strony.
Historia zawodu - faktycznie bardzo krótka.

Mam wrażenie, że w paru miejscach autor, tam gdzie rozmowy są z anonimowymi stewardesami, trochę pofantazjował. Z drugiej strony, nie znam wszystkich linii lotniczych na świecie i nie wiem, co się u nich dzieje na pokładzie.

A skąd autor wziął taką ciekawostkę? 😕 Pierwszy raz słyszę, że juniorki mają dłuższe spódnice. Ktoś coś wie?
Tutaj też sytuacja wydaje mi się mało prawdopodobna. Napełnienie kamizelki nie jest łatwe i tanie.
Nawet na treningach często dostaje się takie już użyte i dmuch się je samemu. Zazwyczaj tylko instruktor ma jedną sprawną, żeby zaprezentować jaki to jest hałas, gdy się napełnia.

Jak sam tytuł sugeruj, są to rozmowy. Kilka dziewczyn jest wymienionych z imienia i nazwiska, inne chciały pozostać anonimowe. I w przypadku tych drugich, odniosłam wrażenie, że sytuacje są dziwne, mało prawdopodobne.
Co do osób wymienionych z nazwiska, to wiem, że te stewardesy istnieją i akurat one dzielą się takimi historiami, w które jestem skłonna uwierzyć.


Macie inne odczucia? Czytaliście "Całą prawdę o lataniu?" Napiszcie w komentarzu tutaj, na Insta lub FB. Chętnie poznam Wasze opinie.

Rozmowy zapisane w książce, żeby miały sens muszą być ponadczasowe i coś wnosić. Takie jak te tutaj, bardziej nadają się do magazynu, czy na stronę internetową.
 Nie wiedzę sensu publikowania tego typu książek.


Tutaj rozmowa z Martą Bil. Nie zgadzam się, że szkoły dla cabin crew są użyteczne, ale dziewczyna mądrze się wypowiada na wiele tematów.


Z tego co wiem, to latała w Emirates i dzieli się z czytelnikami zaobserwowanymi różnicami kulturowymi. Z częścią obserwacji się zgadam, z częścią nie, ale jest to ciekawy i autentyczny fragment książki. Widać, że latała i ma co opowiadać.


Kolejna prawdziwa stewardesa, to Marta Biała, która również ciekawie opowiada o naszej podniebnej karierze. Dodatkowo mówi, jako osoba pracująca w rekrutacji, jak przejść rozmowę o pracę, na jakie osoby trafia. Zwraca uwagę na błędy w CV, wygląd, zadania grupowe. 
Czy więcej znajdziesz w internecie? Pewnie tak. 

Można mi zarzucić, że moja pierwsza książka "Etat w chmurach" też już jest przestarzała i się z tym zgadzam. Chciałam tylko zaznaczyć, że ukazała się ona ponad 10 lat temu, gdy w Internecie nie było jeszcze tak wiele dostępnych informacji o lataniu na Bliskim Wschodzie. Pisanie teraz pozycji o lataniu musi wnosić coś niedostępnego online. 😆

O technikach sprzedażowych. Rozmowa z anonimową stewardesą. I do tych właśnie fragmentów mogę się przyczepić.


Bardzo krótko latałam na czarterach, więc temat sprzedaży jest mi mało znany. Nie wydaje mi się jednak, żeby można ubierać biżuterię z wózka duty free i tak ją reklamować. Podgrzewanie jedzenia przed startem, żeby pachniało? Latanie po pokładzie przed boardingiem z kubkiem kawy, żeby paxy ją kupowali? No nie wiem. Mam wątpliwości.
A tu rozmówczyni jest anonimowa, więc nie mam jak tego z nią skonfrontować.

Podoba mi się rozmowa z dziewczyną, która latała w Arabii Saudyjskiej dla rodziny królewskiej. (Z tego co wiem, obecnie pracuje w Europie.) Mam dwie znajome, które tam latały i ich opowieści się pokrywają.

Jeżeli ktoś z Was jest zainteresowany lataniem dla VIP to znajdzie w tym rozdziale sporo informacji.
(A jeszcze więcej na moim blogu, wystarczy wpisać w okienko wyszukiwania "praca".)

Na końcu książki znajduje się słowniczek lotniczy i alfabet. 

Podsumowując. Jeżeli nie macie pojęcia o lataniu i lubicie czytać wywiady, to ta lektura przypadnie Wam do gustu. Nie jest to jednak książka wysokich lotów, odkrywcza, czy językowo powalająca. Dobrze się czyta, wszystko jest zebrane w jednym miejscu. Niewiele utkwiło mi w pamięci. 
Jest ładnie wydana.


niedziela, 23 listopada 2025

Wpis o tym, jak to jest z moją pracą obecnie.

 Pamiętacie zapewne, że przez ostatnie lata dużo czasu spędzałam w Bazylei? Było to moje główne źródło dochodu jako Freelancerki. 
Tutaj wpis z 2018 roku tłumaczący, jak wygląda taka praca. 

Jeżeli zajrzycie do archiwum tego bloga, to znajdziecie wpisy z tego szwajcarskiego miasta już z listopada 2022! A pierwszy trening dla tej konkretnej firmy odbyłam we wrześniu 2022!

Co się stało z tym zleceniem? (Sporo osób mnie o to pyta.) Otóż:
Firma miała w Bazylei dwa samoloty. Na pełnym etacie pracowały dla nich dwie dziewczyny, ja uzupełniłam braki: urlopy i zwolnienia lekarskie. 
Firma sprzedała obydwa te samoloty....😔
Niestety, takie jest prywatne lotnictwo. Ma wiele, wiele, wiele plusów, ale nie jest to stabilne zatrudnienie. W liniach lotniczych można liczyć na związki zawodowe, przejście na inną flotę samolotów, do biura, czy chociaż otrzymać odprawę. 
A w prywatnych? No cóż, jak właściciel zdecyduje się sprzedać samolot, to osoby zatrudnione na stałych etatach może i dostaną odprawę przewidzianą w kontrakcie, ale często nie mają gdzie pójść. A ja, jako Freelancerka na odprawy się nie łapię. 

Na Falconie 900 spędziłam sporo czasu, a jeszcze więcej czekając na lot w hotelu. 

Praca w Bazylei nie należała do najlepiej płatnych i najbardziej ekscytujących, ale zapewniała mi praktycznie stały dochód. Do tego, od czasu do czasu, wpadały jeszcze jakieś zlecenia z innych firm. Były one miłym urozmaiceniem. Nowe samoloty, nowe loty, nowi ludzie - o to w byciu Freelancerką głównie chodzi.

Falcon 8x - nowy samolot w firmie, na którym bardzo chętnie bym polatała.

Jak wygląda sytuacja teraz? W Bazylei jest jeden, nowy samolot, który ma jedną stewardessę i właściciela, który bardzo mało lata. Nadal mam kontakt z tą firmą, ale nie mogę opierać swojego budżetu tylko na ich zleceniach. Nie zapowiada się, żeby zwiększali flotę, a moja koleżanka nie planuje dłuższych urlopów.

Muszę Wam powiedzieć, że moje położenie jest dużo mniej komfortowe niż było w zeszłym roku. 😟 

Dlatego powróciłam do wysyłania CV i rozmów z poszczególnymi firmami. Miałam dwie rozmowy o pracę, gdzie dowiedziałam się, że może w przyszłości....
Mam nadzieję, że ta przyszłość nadejdzie prędzej niż później. 😉 Albo, że moja znajoma z Bazylei jednak weźmie długi urlop. 
(I obiecuję już nigdy nie powiedzieć złego słowa na hotel z widokiem na komin)

Trzymajcie kciuki! 


niedziela, 16 listopada 2025

Air Babylon

Po tylu wpisach turystycznych, czas na kolejny wpis literacki.

"Air Babylon" czytałam wiele lat temu, gdy zaczynałam latać. Z przyjemnością wróciłam do tej książki. 

Autor - to profesjonalny pisarz, a historie zaczerpnął od anonimowych źródeł. Mam wrażenie, że są one w dużej mierze prawdziwe. A przynajmniej takie się wydają, tutaj drobna aluzja do mojego poprzedniego wpisu recenzenckiego. 

Kilka słów o autorze. Innych jego książek nie czytałam, ale najwyraźniej jest cała seria "Babylon".


We wstępie Imogen podaje, że wszystkie historie są prawdziwe, tylko są zamknięte w przedziale 24 godzin. 

W książce śledzimy losy menadżera linii lotniczych, który pracuje dla pewnych linii komercyjnych (nazwy nie podaje) w Wielkiej Brytanii. Dokładniej pracuje on na lotnisku w Londynie na ogromnym Heathrow. Trzeba tylko pamiętać, że książka została wydana w 2005 roku. Od tego czasu sporo się w lotnictwie zmieniło. 

Zaczyna pracę owego, pechowego dnia o godzinie 5 rano. Zamiast rozdziałów mamy podział na godziny.

Jest to dzień urodzin jego współpracownika, po całym dniu w pracy, chłopaki mają lecieć na imprezę do Dubaju.
Obsługa naziemna będzie celebrować urodziny wraz z załogą samolotu.


A dzień zapowiada się na wymagający. Pierwszy ich samolot ląduje i od razu mamy śmierć na pokładzie.
Żeby było jasne, to się tak często nie zdarza. Autor chciał każdą najgorszą, zasłyszaną historię wpisać w książkę. 


Co pasażerowie zostawiają na pokładzie?


Agresywny pasażer i śmierć w czasie lotu.


A o fakcie, że wiele osób poruszających się na wózkach, tak naprawdę tych wózków nie potrzebuje i po wylądowaniu potrafi wyjść z lotniska o własnych siłach, słyszałam nieraz. Na prywatnym jecie miałam raz pasażera o kulach, który po suto zakrapianym locie poruszał się już całkiem sprawnie.


Zgubiony bagaż.


Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego są restrykcje na bagaż?
(Polecam "Lotniskowy zawrót głowy")


A oszuści są wszędzie. I pamiętajcie, nigdy nie bierzcie bagażu / przesyłek od nikogo! 

Co się najlepiej sprzedaje? Seks i skandal. No cóż, w tej książce tego Wam nie zabraknie. 

Aborcje na koszt firmy? W to nie uwierzę.

Seksu tu jest bardzo dużo. Praktycznie każdy z każdym, co nie pokrywa się z moim doświadczeniem. Ale, ja latałam na Bliskim Wschodzie, gdzie zasady były bardzo ostre. Plus latałam kilka lat później, może historie te pochodzą z szalonych lat dziewięćdziesiątych? Może tak bywało? A może autor chciał wywindować sprzedaż książki? Tego się nie dowiemy. Radzę nie sugerować się tym, że bycie członkiem personelu pokładowego to nieustająca zabawa. I że pilot śpi na każdym locie z inną stewardessą.

Jest za to sporo prawdziwych informacji o locie (podkreślam tylko, że jest to lot z piekła rodem), o zasadach bezpieczeństwa, serwisie i pasażerach.

"Air Babylon" jest podkolorowany, ale i tak mam wrażenie, że jest najbliższy prawdzie o życiu cabin crew i działaniu lotniska. 


niedziela, 9 listopada 2025

Korea Południowa - praktycznie

Tradycyjnie już, na koniec wpisów z wyprawy, powstaje post o stronie praktycznej danej podróży.

Przelot
O locie do Seulu znajdziecie osobny wpis - tutaj. Koszt biletu z bagażem podręcznym to 3700pln. 
Na lotnisku w Seulu musicie wypełnić kartę wjazdową (można też zrobić to online). Polacy nie potrzebują wizy.
Dzięki temu, że nie mieliśmy bagażu rejestrowanego, mogliśmy szybciej przenieść się na dworzec kolejowy, który połączony jest z lotniskiem. Lotnisko w Seulu jest ogromne. (Tak dokładniej to są dwa lotniska: Icheaon - międzynarodowe i Gimpo, które obsługuje głównie loty krajowe.) Ale droga do pociągu jest bardzo dobrze oznaczona. Zwróćcie tylko uwagę, czy jedziecie pociągiem ekspresowym do Seoul Station, czy takim co się zatrzymuje. Ten drugi jest odrobinę tańszy, ale zajmuje więcej czasu. Jakieś 20 minut dłużej, więc jak Wam się nie spieszy, to możecie zaoszczędzić. 

P.S. Seoul Station też jest ogromna. Jeśli planujecie się na niej przesiadać (np. na metro), to weźcie to pod uwagę. W drodze powrotnej prawie spóźniliśmy się na pociąg na lotnisko. 

Trasa 
Planując ten wyjazd rozważałam przelot na wyspę Jeju. Niestety, z powodu święta Chuseok wszystkie bilety były wyprzedane. Postawiłam więc na Busan i Seul. Idealnie byłoby wpierw wypocząć kilka dni w stolicy, a później na spokojnie udać się do nadmorskiego Busa. Byłoby idealnie, ale oczywiście nigdy nie jest. 😉 Okazało się, że nie tylko samoloty na Jeju są wyprzedane, ale też pociągi po kraju. 

Pociąg do Busan
Kilka informacji dla tych, którzy wybierają się pociągiem do Busan. Normalnie kursuje ich cała masa i w nieświątecznym okresie możecie kupić bilet z jednodniowym wyprzedzeniem. W czasie świąt mieliśmy tylko jeden pociąg do wyboru w każdą stronę. Wracając nie siedzieliśmy nawet w tych samych wagonach, bo nie było miejsc. Inną opcją, jaką nam zaproponowano był przejazd autobusem, ale ten zajmuje sześć godzin. Szybki pociąg KTX to trzy (i mniej, bo są różne pociągi z różnymi trasami) godzin. 

Za ten bilet nie można zapłacić kartą TMoney. Kupuje się go w automacie. Jest język angielski. 
Wybraliśmy pociąg ekspresowy, bo nam się bardzo spieszyło. Cen 11 000KRW. Pociąg kursuje co ok 30min.
Instrukcja obsługi w pociągu Arex - czyli tym szybkim do centrum miasta. Dobrze jest rezerwując bilet, zwrócić uwagę na nazwę pociągu. Biegnąc przez dworzec będziecie się kierować nazwą i kolorami. 


A to już pociąg do Busan. Nikt biletów nam nie sprawdzał. Tutaj oprócz nazwy warto zapamiętać numer pociągu. Stacja główna w Seulu to nie przelewki. Z dobrej strony: jest duży wybór jedzenia i bezpłatne toalety. Zresztą wszędzie w Korei toalety są bezpłatne. 

Bagaż
Kiedy sprawdzałam pogodę na październik w Korei, to pokazywało, że będzie bardzo słonecznie i ciepło. Było ciepło, ale deszczowo. Zależnie od sezonu, w którym się wybieracie radzę zapakować ze sobą kurtki przeciwdeszczowe i wygodne buty. 
Na ulicy nie zauważycie wielu osób "rozebranych." Gołe ramiona i brzuchy to domena turystów. Lokalni ubierają się raczej wygodnie i bardziej zakrycie. Nie widziałam też wielu osób w klapkach. 
Wszystko możecie kupić na miejscu, ale w Korei jest drożej niż w Polsce. Zabrałabym ze sobą kosmetyki i środki higieny osobistej. 
Warto też mieć ze sobą klapki, szczególnie jeśli nie śpicie w międzynarodowych sieciówkach.


Seul położony jest na wzniesieniach. Odradzam obcasy.
U nas tak padało, że musieliśmy kupić parasol. Duży, dwuosobowy kosztuje 17 000KRW.
Przy wielu sklepach i hotelach znajduje się taki automat z workami na parasole. W innych miejscach były rozstawione swoiste "wycieraczki". Parasol wkłada się między dwie ścianki wyłożone materiałem i przesuwa w jedną i drugą stronę. Przed małymi sklepami parasole zostawia się w wyznaczonych pojemnikach. Nie wiem, jaki jest odsetek ich kradzieży, ale nasz wrócił z nami do Polski.
Przy okazji: Korea uchodzi za bardzo bezpieczne państwo, również dla samotnie podróżujących kobiet. (I wszędzie są kamery.)

Jeśli drzwi przed Wami się nie otwierają, to szukajcie guzika.


Transport w mieście
Na lotnisku w Seulu w małym sklepie kupcie od razu kartę TMoney. Kosztuje 8 000 KRW można płacić kartą, ale żeby ją doładować trzeba mieć gotówkę. Najlepiej mieć przy sobie dolary i wymienić je w kantorze na lotnisku - potrzebny paszport. Uwaga: te starsze banknoty są niżej wyceniane. Możecie też (tak jak ja, bo nam się bardzo spieszyło) zakupić wony koreańskie w Polsce. Tutaj pozdrawiam Panią z kantoru w Warszawie, która poznała mnie z bloga. 😀
W każdym minimarkecie można doładować kartę, zawsze gotówką i nie przyjmują monet.
Karta ta działa zarówno w Busan, jak i w Seulu. Dzięki niej można poruszać się autobusami i metrem. Z zasady wchodzi się do autobusów przodem, a wychodzi środkowymi drzwiami. Trzeba nacisnąć guzik przed przystankiem, a czekając na autobus pomachać, aby się zatrzymał. Jeśli autobus przejedzie koło nas bez zatrzymania, oznacza to, że jest pełny. Nam zdarzyło się to tylko raz, ale byliśmy w środku. 😉
Wchodząc trzeba odbić kartę i ponownie ją przyłożyć do czytnika przy wychodzeniu. Przy każdym przyłożeniu widać ile zeszło z karty. Koszt biletu zależy od autobusu (te pośpieszne są droższe) i od tego, czy się przesiadamy (dlatego warto się odbijać wychodząc, bo łapiemy się na zniżki). Średnio przejazd to 15000 KRW.
Jeżeli nie chcecie kupić karty to można mieć ich aplikację ściągniętą na telefon (nie wiem, jak to działa) lub ostatecznie zapłacić gotówką. Przy kierowcy znajduje się skrzynka / automat, w który wrzuca się banknoty. Maszyna wydaje resztę.
W Korei dobrze działa Uber i aplikacja Naver (inne gubią trop). Prawie na wszystkich przystankach można złapać bezpłatne WiFi.
Na przystankach są rozpiski autobusów, niestety nie wszystkie nazwy są przetłumaczone. Dodatkowo jest wyświetlany czas oczekiwania na dany autobus na elektronicznej tablicy.
W Korei kierowcy nie ustępują miejsca pieszym na przejściach.
Za to przejścia często mają dodatkowe światła na podłodze. Ten czerwony pasek na zdjęciu zmienia kolor na zielony, gdy trzeba iść. Jak widać, wielu Koreańczyków patrzy w telefony.

Noclegi
Bardzo mało mogę o tym napisać. Większość hoteli mieliśmy za punkty z Marriotta. Dwa za punkty z Emirates (tak, ich mile lotnicze możecie wymienić na noclegi). Tylko raz musieliśmy dopłacić 36$ za nocleg. 
Korea lubi automaty. Tutaj zamawiam jedzenie, ale w lokalnym hotelu meldowaliśmy się taką metodą. Po podaniu numeru rezerwacji, maszyna wypluła kartę, która otwierała nam drzwi.
Jeżeli będziecie spać w tradycyjnym hotelu, to spotkacie się z prośbą o zdjęcie butów przy drzwiach. W łazience będą na Was czekały specjalne, łazienkowe klapki. 
 
Jedzenie
Mam wrażenie, że w czasie tego wyjazdu cały czas jadłam. 😊 Bardzo mi smakuje kuchnia koreańska i lubię ostre przyprawy. Czytałam gdzieś, że w Korei je się bardzo ostro, podobno najbardziej pikantnie na świecie, no ja się z tym nie zgadzam. Jedynie ostra okazała się zupka ramen na locie powrotnym i kimchi, które kupiłam sobie na lotnisku. 
Podkreślam jednak: my jemy w domu ostro!

Wiele restauracji ma zestaw dnia. Tutaj taki typowy przykład. Każdy dostaje zupę i miskę ryżu, a resztę potraw jest do podziału. Wszędzie też była bezpłatna woda. Taka kolacja to koszt ok 10 000KRW od osoby (jakieś 25 zł). Plus napoje.

Tradycyjnie je się metalowymi pałeczkami plus łyżką. Przeważnie znajdują się one w pudełku na stole lub w szufladzie stołu. Tutaj pani przyniosła puste miseczki i wszystkie dodatki można było sobie nakładać ze stojących na stolikach pojemników. Czyli najecie się kimchi! 
Kimchi to fermentowane warzywa (głównie kapusta) na ostro. Je się to do wszystkiego. 
Uwaga dla osób z alergią na owoce morze - oni dodają dużo sosu rybnego i krewetkowego do potraw.
To samo dotyczy soi. Często dostawaliśmy zupę, w której pływało tofu.
W czasie naszego pobytu jedliśmy głównie w małych lokalnych restauracjach i na bazarach. Tak wychodzi najtaniej, im bardziej międzynarodowo, tym drożej. Pizza była dwa razy droższa niż w Polsce. Na szczęście kuchnia koreańska jest bardzo zróżnicowana i nie zdążyła się nam znudzić. 
Komu kałamarnicę na patyku? 
Jedzenie na takich nocnych targach ma dobrą stronę, można spróbować wielu różnych potraw (a żeby się najeść, trzeba ich popróbować). Z drugiej strony, taniej wychodzi wyjść do baru prowadzonego przez dwie starsze panie i zjeść zestaw lub miskę makaronu. 

Na te słodkie placuszki czekaliśmy 20 minut w kolejce w deszczu. Trzeba przyznać, że Koreańczycy są zorganizowani. Jedna pani zbierała zamówienia i pilnowała porządku w kolejce, druga na bieżąco smażyła. Lubią też nowości i viralowe miejsca. Często widzieliśmy młodych ludzi cierpliwie czekających do jednego, konkretnego miejsca; gdy inne były puste.

Zestaw z wieprzowiną dla dwóch osób. Koreańczycy jedzą mięso w "całości". Mam tu na myśli, że trafiają się chrząstki, tłuszcz i skórki. Wszystko bardzo drobno kroją i zjadają. Musiałam się nagimnastykować, żeby bez noża pooddzielać chrząstkę i tłuszcz od smacznych kąsków.😕
Często używane są metalowe miseczki i kubki na wodę.
Powiedziałabym, że porcje są duże. Nie zawsze udawało nam się wszystko zjeść. Jeśli chcecie popróbować, to ostrożnie. Zamówcie wpierw dwa dania / jedno na pół i ewentualnie będziecie domawiać.
A to zestaw piknikowy. Przy grających fontannach. Na piętrze minimarketu w automacie zamawia się kurczaka i dodatki (frytki bardzo przeciętne, kiszona rzepa super). Na dole w sklepie kupuje piwo i wino w plastikowych kieliszkach. Wszystko zapakowane w torbę i na piknik!
(Nie piję piwa, ale mój partner powiedział, że ich lokalne jest bardzo słabe. A wino było australijskie.)

Tradycyjny koreański grill. Mięso przynoszą surowe i trzeba sobie samemu usmażyć. Wpierw to tłuste plus grzyby / cebula (zależy co Wam podadzą), później dokładamy to chudsze. Jak jest trochę podpieczone, to tniemy wszystko nożyczkami na mniejsze kawałki i opiekamy z każdej strony. Do tego mamy miseczkę z różnym liśćmi. Bierzemy jeden, kładziemy kawałek mięsa i wszelkie dodatki na jakie mamy ochotę. Robimy rolkę i wkładamy do buzi. 

Jak to jest z językiem w restauracjach? Słabo. Ogólnie w Korei angielski jest (co bardzo nas zaskoczyło) mało znany. Dogadywaliśmy się na migi, na hasła i na pokazywanie palcem w menu, co chcemy.
Wszędzie było menu ze zdjęciami. Jak do czegoś nie było zdjęcia, to przeważnie nie było też opisu po angielsku, więc tego nie braliśmy. Czasami pokazywaliśmy palcem na cudzy talerz lub na lodówkę z alkoholem.
Co do lokalnych alkoholi, jak pisałam, piwo podobno mają słabe. Próbowaliśmy Soju, czyli rodzaj alkoholu z ryżu, taka wódka - nam nie smakowała. I Cheongha, w wersji gazowanej, czyli delikatne wino ryżowe. To akurat okazało się bardzo smaczne.
 
Jeżeli chcecie zaoszczędzić na jedzeniu, to możecie "stołować" się w 7Eleven. Wspominałam już gdzieś, że w Azji ten sklep to rodzaj instytucji. 
Tylko pamiętajcie, że jedzenie jest ważną częścią kultury i szkoda całkowicie zrezygnować z wyjścia do lokalnej restauracji.
I jeszcze taka wskazówka: w sklepach są kosze na śmieci. 😉 Na ulicach jest ich bardzo mało.
Napoje, czy śniadanie możecie zakupić w supermarkecie. Będzie taniej.
Koreańczycy mało jedzą chleba, jeżeli chcecie mieć tradycyjny, europejski poranny posiłek, to musicie iść do międzynarodowej restauracji lub hotelu. Będzie drożej. 
Mieszkańcy na śniadanie jedzą ryż, zupy, jajka i dodatki - nawet kimchi.
Myśmy dwa śniadania zorganizowali sobie z 7Eleven. Mają tam wszystko: kawę na ciepło i zimno, kanapki, owoce, smoothie, czy gotowane jajka pakowane po dwa. Za dwa śniadania dla dwóch osób wyszło nam 30 000KRW.
Atrakcje
W poprzednich wpisach opisałam, co zwiedziliśmy. A jakie inne atrakcje mogę Wam polecić?

Na przykład takie miejsca, sklepy z automatami. To u nich (w Japonii zresztą też) wielki hit.

Inny hitem (u młodszych mieszkańców) są fotobudki. U nas często można takie znaleźć na ślubach lub przy innych tego typu okazjach. Wchodzi się do pomieszczenia, a za kotarkami znajdują się automaty do zdjęć. W przejściu jest dużo akcesoriów do wyboru. Można przebierać w nakryciach głowy, opaskach, czy okularach.
Automaty, na które trafiliśmy, były tylko po koreańsku, ale ich obsługa jest bardzo intuicyjna. No może nie do końca. 😆 Mamy jeden zestaw zdjęć, na którym ja jestem przesłonięta koreańską gwiazdą pop. 
Nocne markety i lokalne bazary. Spacerujcie i jedzcie!  
Kolejną atrakcją są zakupy! Na wszystkich nocnych marketach oprócz stanowisk z jedzeniem jest sporo miejsc, gdzie sprzedają rękodzieło i lokalne wyroby. 
Oparcie na pałeczki. Uroczy sklepik z taką ceramiką.
Co kupiliśmy?
Skarpetki- mają tam na ich punkcie fioła. Nigdy nie widziałam takiego wyboru w moim życiu. I są tańsze niż w Polsce.
Ceramikę, małe talerzyki ręcznie robione w kształcie liści. Niestety objętość bagażu nas ograniczała. Cenowo też nie najkorzystniej.
Torebkę i kamizelkę. Znowu ręczna robota, zakupione na bazarze. Cenowo bardzo fajnie wyszło. W Seulu sporo było podróbek znanych marek. Wyglądały całkiem nieźle, przypominam tylko, że wwożenie tego jest nielegalne.😕
Lokalne słodycze, tutaj można poszaleć. Mają duży wybór żelków, ciastek z zieloną herbatą i innych wynalazków, które nadal czekają w domu na wypróbowanie.
Zupki ramen - to był prezent na prośbę zamawiającego.
Maseczki i miniaturki kosmetyków (z bagażem podróżnym trzeba pamiętać o limitach na płyny). Maski do twarzy z żeń-szeniem okazały się bardzo dobre. Kosmetyków jeszcze nie zaczęłam używać. Cenowo, hmmm powiedziałabym, że w Hebe podobnie to wychodzi. W Korei natomiast mają większy wybór i wiele ofert typu 10 + 10 gratis.
I kimchi - kupione na lotnisku. Uwaga! Są ograniczenia z przewozem kimchi w bagażu podręcznym. Możecie kupić sobie puszeczki lub szczelnie zamknięte torebki z tą kiszonką na lotnisku, po przejściu kontroli bezpieczeństwa. Jeśli chcecie wziąć kontener z lokalnego bazaru, to lepiej sprawdźcie zasady przed zakupem. 

Podsumowanie
Wyjazd uważam za bardzo udany. Taki dłuższy City Break. Na coś takiego liczyłam i się nie zawiodłam. Najadłam się też po uszy ich przepysznych potraw. 😊
Koszty to 3700 bilet, jeden nocleg 36 $ i wydatki po ok 2000pln na osobę.
Czy bym wróciła? Chyba nie teraz, nie zaraz. Mam sporo miejsc jeszcze do odwiedzenia, a w Korei spędziłam wystarczająco dużo czasu. Jestem usatysfakcjonowana.