niedziela, 4 stycznia 2026

Safari w Senegalu, czyli kraj 101.

Dawno, dawno temu byłam w parku safari w Republice Południowej Afryki. Mój partner nigdy nie był w takim miejscu. I jeszcze jedno: safari było w Senegalu. A wiecie, że ja lubię dodawać nowe miejsca na mojej mapie świata. 😊

Safari było zorganizowane przez biuro Rainbow. Online nie mogłam znaleźć tańszego. Na miejscu pewnie bym coś znalazła, ale już nie było czasu szukać. Ilość miejsc jest ograniczona. 

Ruszyliśmy o 6 rano. Musieliśmy przeprawić się na drugą stronę Gambii (rzeki i kraju) promem. W Afryce transport publiczny działa dość luźno. Albo popłyniecie od razu, albo poczekacie. Na lądzie możecie jeszcze kupić kawę i kanapki (myśmy mieli suchy prowiant z hotelu). Na promie też kursują panie z koszami smakołyków na głowie. Warto mieć jakąś lokalną gotówkę.

Po 45 minutach płynięcia i 30 minutach jazdy autobusem dotarliśmy na przejście graniczne. I czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Przechodzi się przez barak, na środku znajduje się klatka z więźniami, wchodzi do małego pokoju i dostaje pieczątkę wyjazdową. (Osoby bez pieczątki przylotowej musiały dać łapówkę.) Dalej wchodzi się na podwórko. Następnie zawraca, obchodzi się budynek dookoła, wsiada w autobus i jedzie na granicę Senegalu.

Tak wygląda podwórko przy urzędzie celnym. Są kurczaki, kozy, stare motory. 

Przy granicy z Senegalem na autobus rzucają się dzieci. Możecie wspomóc osoby sprzedające (młode dziewczyny) i kupić wodę, ciastka, mandarynki (bardzo dobre). Nie dawajcie jednak nic dzieciom. Wiem, że to straszne, ale to właśnie turyści nauczyli je żebractwa. Jeśli chcecie coś przywieźć, to dajcie to dorosłym na plaży, obsłudze hotelowej - dla ich dzieci. A jeszcze lepiej dajcie to rezydentom, którzy przekażą Wasze dary do Wioski Dziecięcej SOS.

Do przekroczenia granicy Senegalu potrzebny jest paszport i książeczka szczepień. Jeśli jej nie macie, zabierają Wam paszport, a przewodnik później idzie je wykupić za 10 euro. 

Główną atrakcją Parku Fathala jest spacer z lwami. Dostajecie kije (przypuszczam, że lwy były nimi bite) i idziecie za nimi parę kroków. Następnie jest pozowanie do zdjęć. Zwierzęta są znudzone i chyba naćpane. 
Ogólnie, nie jestem za takimi atrakcjami. Chcieliśmy nawet zrezygnować, ale przekonywano nas, że to są porzucone lwy, hodowane tutaj od małego. Są karmione i na spacer chodzą tylko trzy razy dziennie (na zmianę chodzą pary). Plan wycieczki obejmował ten spacer.
Szczerze, pozostał mi niesmak. I więcej bym tego nie zrobiła.

Po spacerze odbieracie z szafki swoje rzeczy (żeby nie drażnić lwów, wszystko trzeba zostawić w schowku). I wsiadacie do otwartego autobusu. Przejażdżka po parku trwa 1,5 godziny.

Przy wejściu są dwa krokodyle i żółwie.


Lwy pozują wbrew sobie.


Samochód zatrzymuje się przy wodopoju. Są zebry i guźce. Oczywiście, nikt Wam nie zagwarantuje, że zobaczycie wszystkie zwierzęta. 


Kevin zamordował swoją partnerkę i teraz jest sam.


I te słodziaki. 


Przed wjazdem do parku.

Na miejscu jest mały sklepik z napojami (prawdziwa kawa z ekspresu) i pamiątkami. Przyjmują też walutę Gambii -  Dalasi.

I udaliśmy się w drogę powrotną. Ponownie granica, ponownie wyciągające rączki dzieci, prom i powrót do hotelu.
To jest długi i męczący dzień, ale warto. Szczególnie, jeśli nigdy nie byliście na safari.

I tak zamykam rok z listą 101 odwiedzonych państw. Ale o tym więcej w kolejnych wpisach. Zapraszam za tydzień! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz