niedziela, 11 stycznia 2026

Podsumowanie roku 2025.

Witajcie w Nowym Roku! 

I tak nadszedł czas podsumowania roku 2025. Czy Wam też on tak szybko zleciał? Podobno, im człowiek jest starszy, tym szybciej upływa mu czas....

Od początku zatem!

styczeń 2025 
Rok 2025 witałam w Beskidzie Żywieckim. 

A po powrocie do domu udało nam się wyjść dwukrotnie na biegówki.

Oprócz tego, styczeń nie był wyjątkowym miesiącem.

luty 2025 

W lutym poleciałam z nowym zleceniodawcą do pracy. Odwiedziłam Budapeszt, Mediolan i Londyn.

marzec 2025

Miałam przyjemność wziąć udział w spotkaniu autorskim w moim rodzinnym mieście - w Strzelcach Opolskich.


Do tego wyleciałam do pracy. Latałam na Falconie 2000 i odwiedziłam Dubaj i Taszkient. 

kwiecień 2025
Miesiąc, w którym nie wydarzyło się nic. (Za to odwiedziłam bardzo dużo lekarzy. Dbajcie o siebie!)

maj 2025 
Wpierw miałam dziwny lot z Wrocławia. Pierwszy raz leciałam Cessną Citation Jet 525.
Później przewijali się dalej lekarze 😒. A na koniec miesiąca?

 

Koniec maja to nasz wylot na Bali.


A przede wszystkim na Komodo, które mnie urzekło. 

czerwiec 2025
Zastał nas na Komodo.

I jeszcze ślub (nie mój) był.

lipiec 2025
W tym miesiącu się działo. Bardzo pozytywnie się działo. 😍

Był weekend w Lublinie i Zamościu.

Był wylot do pracy z Genewą i Budapesztem w roli głównej.

I wydałam swój pierwszy Ebook!
(Do kupienia na naffy.)

  

Znowu w swoim żywiole! 

sierpień 2025
Krótki wylot do pracy i dyżur w domu. 

A później kilka pięknych dni nad polskim morzem i Skansen w Olsztynku w drodze powrotnej.

wrzesień 2025
Moja eks szefowa prosi mnie o pomoc na pokładzie i dzięki niej mam wspaniałą przygodę w Agadirze. 

Lato fajnie mi minęło.

październik 2025
Październik to początek mojej ulubionej pory roku i miesiąc moich urodzin.

Urodzinowa wprawa i Korea Południowa - mój 99 kraj!

listopad 2025


Miesięczna przerwa w lataniu jest fajna. Dwu, już niekoniecznie. W listopadzie spotkałam dwie wspaniałe pisarki.


Spadł śnieg. A ja siedzę i szukam pracy.

grudzień 2025
Grudzień i wracam do gry!

Lecę na Bahamy (z pracą)

A później rzutem na taśmę rezerwujemy wakacje w Gambii (kraj 100). I odwiedzamy jeszcze Senegal (kraj 101).

Z radości skaczę na plaży.


podsumowanie
Jak wygląda moja mapa po tym roku?
TripAdvisor trochę ostatnio szwankuje, ale mam tam zaznaczone wszystkie miejsca. 😐 (Albo prawie wszystkie, bo Senegalu nie udaje mi się wpisać.)

101 na mapie!

 

Rok 2025 uważam za średni. (Już chyba tak pisałam o którymś mijającym roku na tym blogu. 😏). 
Na plusie: 3 nowe kraje na mapie
                 79 przeczytanych książek
                 1 nowy zleceniodawca
                 wydany ebook
                 wiele spotkań ze znajomymi, teatr, koncerty, wystawy
Na minusie: finanse (bo więcej podróżowałam niż pracowałam)
                    odwiedziny u różnych lekarzy 
                    dziesiątki wysłanych maili/ wiadomości/ telefonów, żeby dostać zlecenie (ale to już norma w 
                    mojej freelancerskiej codzienności)
                    kłótnia z wydawcą
                
Nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za 2026!

niedziela, 4 stycznia 2026

Safari w Senegalu, czyli kraj 101.

Dawno, dawno temu byłam w parku safari w Republice Południowej Afryki. Mój partner nigdy nie był w takim miejscu. I jeszcze jedno: safari było w Senegalu. A wiecie, że ja lubię dodawać nowe miejsca na mojej mapie świata. 😊

Safari było zorganizowane przez biuro Rainbow. Online nie mogłam znaleźć tańszego. Na miejscu pewnie bym coś znalazła, ale już nie było czasu szukać. Ilość miejsc jest ograniczona. 

Ruszyliśmy o 6 rano. Musieliśmy przeprawić się na drugą stronę Gambii (rzeki i kraju) promem. W Afryce transport publiczny działa dość luźno. Albo popłyniecie od razu, albo poczekacie. Na lądzie możecie jeszcze kupić kawę i kanapki (myśmy mieli suchy prowiant z hotelu). Na promie też kursują panie z koszami smakołyków na głowie. Warto mieć jakąś lokalną gotówkę.

Po 45 minutach płynięcia i 30 minutach jazdy autobusem dotarliśmy na przejście graniczne. I czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Przechodzi się przez barak, na środku znajduje się klatka z więźniami, wchodzi do małego pokoju i dostaje pieczątkę wyjazdową. (Osoby bez pieczątki przylotowej musiały dać łapówkę.) Dalej wchodzi się na podwórko. Następnie zawraca, obchodzi się budynek dookoła, wsiada w autobus i jedzie na granicę Senegalu.

Tak wygląda podwórko przy urzędzie celnym. Są kurczaki, kozy, stare motory. 

Przy granicy z Senegalem na autobus rzucają się dzieci. Możecie wspomóc osoby sprzedające (młode dziewczyny) i kupić wodę, ciastka, mandarynki (bardzo dobre). Nie dawajcie jednak nic dzieciom. Wiem, że to straszne, ale to właśnie turyści nauczyli je żebractwa. Jeśli chcecie coś przywieźć, to dajcie to dorosłym na plaży, obsłudze hotelowej - dla ich dzieci. A jeszcze lepiej dajcie to rezydentom, którzy przekażą Wasze dary do Wioski Dziecięcej SOS.

Do przekroczenia granicy Senegalu potrzebny jest paszport i książeczka szczepień. Jeśli jej nie macie, zabierają Wam paszport, a przewodnik później idzie je wykupić za 10 euro. 

Główną atrakcją Parku Fathala jest spacer z lwami. Dostajecie kije (przypuszczam, że lwy były nimi bite) i idziecie za nimi parę kroków. Następnie jest pozowanie do zdjęć. Zwierzęta są znudzone i chyba naćpane. 
Ogólnie, nie jestem za takimi atrakcjami. Chcieliśmy nawet zrezygnować, ale przekonywano nas, że to są porzucone lwy, hodowane tutaj od małego. Są karmione i na spacer chodzą tylko trzy razy dziennie (na zmianę chodzą pary). Plan wycieczki obejmował ten spacer.
Szczerze, pozostał mi niesmak. I więcej bym tego nie zrobiła.

Po spacerze odbieracie z szafki swoje rzeczy (żeby nie drażnić lwów, wszystko trzeba zostawić w schowku). I wsiadacie do otwartego autobusu. Przejażdżka po parku trwa 1,5 godziny.

Przy wejściu są dwa krokodyle i żółwie.


Lwy pozują wbrew sobie.


Samochód zatrzymuje się przy wodopoju. Są zebry i guźce. Oczywiście, nikt Wam nie zagwarantuje, że zobaczycie wszystkie zwierzęta. 


Kevin zamordował swoją partnerkę i teraz jest sam.


I te słodziaki. 


Przed wjazdem do parku.

Na miejscu jest mały sklepik z napojami (prawdziwa kawa z ekspresu) i pamiątkami. Przyjmują też walutę Gambii -  Dalasi.

I udaliśmy się w drogę powrotną. Ponownie granica, ponownie wyciągające rączki dzieci, prom i powrót do hotelu.
To jest długi i męczący dzień, ale warto. Szczególnie, jeśli nigdy nie byliście na safari.

I tak zamykam rok z listą 101 odwiedzonych państw. Ale o tym więcej w kolejnych wpisach. Zapraszam za tydzień! 


niedziela, 28 grudnia 2025

Gambia - mój 100 kraj!

W listopadzie nie miałam żadnych zleceń. Postanowiliśmy więc, udać się na wakacje. W planach były Wyspy Zielonego Przylądka, a konkretnie trekking z biurem podróży. Czekałam cierpliwie na ofertę last minute (bo z biurem podróży zawsze wybieramy takie okazje) i niestety nie doczekałam się. 

Grudzień zaczął się u mnie od wyjazdu.... i od razu było last minute na Wyspy.... I te daty się oczywiście pokrywały. 😂 (A trekking jest tylko jeden w miesiącu.)
Zawsze tak jest. Jak mam jedno zlecenie, to wpada zaraz drugie. Jak mam prywatne plany, to dzwonią. A jak siedzę w domu i gdzieś bym poleciała, to cisza.

Nic to, będąc w pracy zaczęłam szukać innego kierunku na nasz zimowy wyjazd. I wpadła Gambia za 4250pln. (Cena zależy oczywiście od pakietu i standardu hotelu.)
Gambia to najmniejsze państwo Afryki. Ma mniej mieszkańców niż Warszawa.

I tak swój 100 kraj świętowałam na Czarnym Lądzie.

Przelot był z Enter Air i trwał trochę ponad siedem godzin. To był kolejny z powodów, dla których wybrałam ten kierunek. Bezpośredni lot (bez międzylądowań), niezbyt długi i ta sama strefa czasowa (jest godzina różnicy).
Kiedy lecimy na tydzień wakacji, to najchętniej (ale nie zawsze) bez przesiadki i bez długich rejsów. Przy dłuższych pobytach nie ma to takiego znaczenia.

Dolecieliśmy na miejsce po godzinie 18. Na lotnisku trzeba uiścić opłatę w wysokości 20 $ lub 20 euro przy wlocie. I taką samą przy wylocie, ale możecie zapłacić też lokalną walutą, jeśli Wam zostanie. Władze namawiają na płatność z góry za wylot, żeby turysta zostawił walutę. Przy wylocie nie ma kolejek do płatności. I pamiętajcie, żeby trzymać ten papierek z opłatą - ten wylotowy. Jest on dokładnie sprawdzany przy odlocie. Jest to opłata za ochronę lotniska, cokolwiek to znaczy. 
Nie ma opłaty za wizę. Wbijają pieczątkę do paszportu. Koniecznie sprawdźcie! Bez pieczątki będziecie mieć problemy przy ponownym przekraczaniu granicy. 

Na lotnisku wymieniliśmy 100$. W Afryce, tak jak w Azji, starsze banknoty mają niższy kurs. Na lotnisku ogólnie nie był on najlepszy. Potrzebowaliśmy jakiś drobnych na napiwki. Jak macie drobne euro, czy dolary, to możecie takie wręczać. Jednodolarówki nie są chętnie przyjmowane w kantorach, a o monetach zapomnijcie. (Na lotnisku lokalni pomagacze proszą o wymianę na wyższe nominały.) 

Wasz bagaż zostanie porwany przez kogoś i umieszczony na dachu. Jeśli nie chcecie zostawić napiwku, to możecie sami dźwigać walizkę.

Z tego co czytałam, nie ma obowiązku szczepień. Żółta książeczka potrzebna jest przy wjeździe do Senegalu (na safari). Jeśli jej nie macie, a chcecie jechać do państwa obok, to będziecie musieli zapłacić 10 euro kary na granicy. 
Warto zabrać ze sobą Muggę. Gambia jest regionem zagrożonym malarią. W okresie suchym: październik - maj, jest bardzo mało komarów. Myśmy nie przyjmowali Malarone. 

Takiego mieliśmy sąsiada w hotelu.

Przed malarią się nie zabezpieczaliśmy. Komara widzieliśmy jednego. Wodę piliśmy butelkowaną lub przegotowaną. Nasz hotel - Tui Blue Tamala - miał dyspensery z wodą. Wodą z kranu można myć zęby.
Wykupiliśmy pakiet All Inclusive, bo nie miałam pewności, czy będą inne opcje wyżywienia w okolicy. Teraz wiem, że jest ich bardzo dużo.
Planując wycieczkę z większym wyprzedzeniem, radzę brać probiotyk. Ja się raz strułam. Mojemu partnerowi nic nie było, a jedliśmy prawie to samo. 😠
Na wieczór weźcie swetry.  Zapakujcie też filtr UV i nakrycie głowy. Tutaj ze słońcem nie ma żartów.


Codziennie plaża. Gambia jest krajem muzułmańskim i jest trochę kobiet zakrywających się. Większość jednak chodzi bardzo kolorowo ubranych i odkrytych. Możecie śmiało opalać się w bikini.


Plaże w Gambii tętnią życiem. Jest sporo naganiaczy, ale są oni bardzo mili. Całe państwo reklamuje się jako "Smiling face of Africa".


Nasz hotel był ładnie położony i stylowy.


A co wieczór zapraszano innych artystów. Były potańcówki i występy folklorystyczne. Warto mieć drobne 100- 200 Dalasi (czyli 5-10 pln) na napiwki dla nich. Zawsze pojawia się koszyczek.

Po odpoczynku ruszyliśmy na pierwsze zwiedzanie. Jak powiedziała nam rezydentka, na ulicy zawsze ktoś będzie chciał z nami iść. Warto go spławić, bo na koniec takiego spaceru będzie oczekiwał zapłaty. Myśmy ciągle stanowczo powtarzali, że dziękujemy i że może jutro, i ogólnie jesteśmy bardzo zajęci i się spieszymy. Działało.

Ulice Kotu, gdzie był nasz hotel. To ta bogata część tego kraju. Gambia jest bardzo biedna. Żyje z turystyki (która dopiero się rozwija, więc śpieszcie się) i z rolnictwa (uprawa orzeszków ziemnych).
Jeśli przeprawicie się lokalnym promem na drugi brzeg Rzeki Gambia, to zobaczycie prawdziwe oblicze tego kraju.
Nie dawajcie dzieciom prezentów! Uczycie ich żebractwa. (Seks turystyka też jest tu problemem.)

Zwiedzanie okolicy zaczęliśmy od bezpłatnego karmienia sępów w hotelu Senegambia. Gdybym jeszcze raz miała wybierać hotel, to wzięłabym ten. Tak, nasz był bardziej luksusowy, ale ten miał atmosferę starego kolonialnego przybytku. Gdyby miało dojść do morderstwa, to właśnie tutaj. 😁 - Piszę to jako fanka klasycznych kryminałów.

Sępy karmione są przez obsługę codziennie o 11:30. Znajduje się tam też wiele innych ptaków. Możecie dostrzec czarnego tukana!

Prosto z hotelu udaliśmy się na ulicę o tej samej nazwie. Senegambia to turystyczna część zagłębia hotelowego w Kotu. Znajdziecie tu wiele sklepików, lokalnych operatorów wycieczek, wypożyczalni rowerów, kantorów i restauracji.

Jest też lokalny bazar z rękodziełem, jest to drogie miejsce. W Gambii trzeba się targować. Cena to 50% tego, co oni chcą.

Z bazaru jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do pobliskiego parku małp. Możecie się przejść, te trzy miejsca są bardzo blisko siebie.

Wstęp kosztuje 300 Dalasi. Mają tu dwa rodzaje małp i na miejscu sprzedają dla nich jedzenie: banany i orzeszki - po 100 Dalasi. Jeszcze dostaniecie krótki briefing, na którym będą Was namawiać na przewodnika. Nam wciskano, że "w zeszłym tygodniu 5 Polaków podrapały małpy i musieli 115 euro w szpitalu zapłacić." Na dowód pan pokazywał kopertę z napisanym 115 euro. 😂 Jak chcecie przewodnika, to kosztuje on 10 euro, a nie 40, tak jak zaczyna naganiacz. 

Małpki można karmić z ręki. Nie należy ich drażnić i rozdzielać rodzin. Po parku chodzi sporo grup z przewodnikiem i myśmy podpatrzyli, które karmią, a które nie. (Zapraszam na swojego Instagrama po filmiki.)

Na miejscu wykupiliśmy dwie wycieczki z Rainbow. Z tym biurem byliśmy, o czym chyba jeszcze nie pisałam.  
Jeśli wykupicie je przy rezerwacji, to zdobędziecie punkty i będziecie mieć pewność, że są miejsca. Myśmy wpierw chcieli rozejrzeć się na TripAdvisorze i lokalnie, czy nie da się taniej. Nic jednak takiego nie udało się nam znaleźć. 
(Chociaż później w hotelu powiedzieli nam, że mogliby zorganizować safari taniej.😒)

Wczesny poranek i wschód słońca na kajakach.

Chyba wiecie, że lubimy kajaki? 😀

Płynie się przez las namorzynowy. Im wolniej płyniecie, tym więcej ptaków i małp zobaczycie. 
A zimorodki będą przed Wami nurkować po ryby.
(A jak nie chcecie wiosłować, to jest opcja płynięcia łódką.)

Polecam tę wycieczkę na kajakach. Do tanich nie należy, ale taniej nie znalazłam. Wracacie przed 13 do hotelu i macie resztę dnia dla siebie. Przyroda w Gambii warta jest poznania.

Teren solniska. Tam dostaniecie śniadanie i zrobicie krótki spacer.


Co kupiliśmy? Sukienkę, figurki, bransoletki, koszyki, hibiskus i suszony baobab (podobno to superfood, choć w smaku takie sobie). 
Tym razem zapakowaliśmy się w dwie walizki, więc było miejsce na pamiątki. 😊


W drodze do stolicy - Bandżul. Taksówka z naszego hotelu z oczekiwaniem na nas kosztowała 1000 Dalasi. Kurs taksówki jest oczywiście negocjowalny. Warto tylko pamiętać przy każdym targowaniu się, że ludzie są tam biedni. Dla nas 100 Dalasi to 5pln, a dla nich obiad.


W stolicy kraju pojechaliśmy wpierw na Albert Market. Możecie tutaj kupić np. baobab, ale też pamiątki. Sprzedawane tu są również ostrygi (które tutaj uchodzą za jedzenie ubogich), ale myśmy się nie odważyli. 
Na tym bazarze jest taniej niż na Senegambii.


Drugi przystanek to Łuk Triumfalny '22. Kilka lat temu był to najwyższy budynek kraju. Obecnie są dwa wyższe. W środku znajduje się wystawa. Koszt 200 Dalasi, widok z góry nie jest warty tej ceny.

Do muzeum nie dojechaliśmy. Gwar, upał, targowanie się, to wszystko męczy. Taksówki nie mają klimatyzacji. Wróciliśmy do hotelu na relaks nad basenem i nad morzem. 

O safari w Senegalu (moje państwo 101!) opowiem Wam w osobny wpisie. 

W okolicy jest sporo tematycznych murali. Afrykańska sztuka mnie się podoba.

I tak dobrnęliście do ostatniego dnia naszego pobytu. Wylot był wieczorem, więc mieliśmy cały dzień jeszcze na słodki nieróbstwo. Zamówiliśmy sobie masaż w hotelu (cena to 50% tego, co chcieli), dzięki temu mogliśmy wykąpać się w SPA przed lotem. 

Ostatnie chwile na leżaku i wracamy do Polski do krzątaniny świątecznej.

Muszę podkreślić, że ani razu nie czułam się zagrożona. Jest to bardzo bezpieczny kraj z przemiłymi ludźmi. 

Za tydzień zabieram Was na safari! 

W 2026 życzę Wam i sobie samych wspaniałych podróży!



niedziela, 21 grudnia 2025

Grudzień '25 - w pracy.

I tak oto dotrwaliśmy do ostatniego miesiąca 2025 roku. Zaczął się on z przytupem! Już pierwszego grudnia leciałam ze Swissem do Zurychu. (Dalej wsiadłam w pociąg i jeszcze jeden pociąg i autobus....)

Dostałam czekoladkę i wodę. Za kawę musiałam zapłacić 4 franki i była ona bardzo słaba.
Jak zawsze, książka leci ze mną. Jeżeli lubicie czytać wspomnienia związane z Afryką, to serdecznie polecam Wam "Gdzie krokodyl zjada słońce".

Dyżur w Bazylei, bo chyba jeszcze nie wspominałam o tym, że znowu tu trafiłam, rozpoczęłam od dwóch dni na miejscu. 

O klimacie świątecznym w tym mieście możecie przeczytać w tym wpisie. 

2 grudnia po tym, jak wróciłam do hotelu ze świątecznego spaceru, zadzwoniła firma i poprosiła mnie o zrobienie zakupów na lot. Okazało się, że kolejnego dnia wylatujemy! Świetnie!

Okazało się jednak, że nie są to nasze standardowe zakupy.
Miałam kupić 4 pary kapci, 2 damskie pidżamy (S i M), 2 męskie (L i XL), szlafrok damski (S), szlafrok męski (XL), 4 pary skarpet i dwie butelki Dom Perignon rocznik 2015. 
Hmm. Był jeden problem: była godzina 17, ja byłam w hotelu przy lotnisku. Sklepy w Bazylei są do godziny 18:30 (tylko supermarkety są dłużej otwarte) i znajdują się w centrum.
Urządziłam bieg przez siedem różnych sklepów i kupiłam wszystko oprócz pidżamy XL, bo nigdzie tak dużej nie było. Wzięłam L i modliłam się, żeby pasażer się w nią zmieścił. (I się udało. 😀)

Oprócz tych dodatkowych zakupów jeszcze zrobiłam standardowe w pobliskim supermarkecie i padłam na noc w hotelu.
A tu już w mundurze wychodzę do pracy. Storczyk tradycyjnie w ręce. W torbie szampany, nie chciałam zostawić ich w recepcji z resztą zakupów, bo jeden kosztuje 240 franków.


Załadowałam Falcona 8x po brzegi i zabrałam się do przygotowywania łóżka. 

3 grudnia wykonałam dwa loty. Wpierw krótki po pasażerów i dalej nocny na Bahamy. 

O tym cudownym pobycie możecie poczytać w poprzednim wpisie.

Nie wiem dlaczego, ale prawie zawsze te super fajne pobyty są krótkie. 😁

4 grudnia już wylatywaliśmy z tych pięknych wysp. I zobaczcie tylko jakie widoki!

Dokąd polecieliśmy? Zrobiłam krótki lot na pusto do Miami. W czasie tego rejsu posprzątałam cały pokład. Poprzedniej nocy zostałam poproszona przez kapitana, żeby wyrzucić jedzenie, ale nie sprzątać. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i chcieliśmy udać się jak najszybciej do hotelu. Nie lubię tak zostawiać samolotu, bo miałam już nieprzyjemności z tym związane. (Jak chcecie, to Wam kiedyś opowiem.) Tym razem jednak kapitan brał to na siebie.
A więc pusty lot = sprzątanie i przygotowywanie nowych łóżek, bo znowu czekała mnie nocka. I tym razem były to łóżka w liczbie mnogiej.

Zaraz po przylocie do Miami udałam się do supermarketu na zakupy. Jeżeli przylatujecie do Stanów, to musicie wyrzucić wszelkie świeże produkty z pokładu. Niestety, mój piękny storczyk podzielił ten los.
Przytachałam wszystkie produkty do pokoju. Upchałam w lodówkę i na tym ten dzień się dla mnie skończył. 😆

W Miami hotel mieliśmy w mało ciekawej okolicy. Trochę sklepów i autostrada w okół nas. Z mojego Instagrama (o takiej samej nazwie jak ten blog) wiecie, że obkupiłam się też sama. 

5 grudnia próbowałam spać przed kolejnym nocnym lotem, ale niestety bezskutecznie. Odhaczyłam więc siłownię. 

Wylecieliśmy ze Stanów wieczorem. Po ośmiu godzinach byliśmy w Europie. Zostawiliśmy pasażerów i znowu na pusto (okazja do posprzątania samolotu po nocnym rejsie) polecieliśmy do Bazylei.

6 grudnia byłam tak wcześnie w pensjonacie (mój standardowy hotel był pełen), że musiałam dopłacić do wczesnego zameldowania - 25 euro, ale dopiszę to do rachunku firmy. 😉
I tak, to jest widok z mojego okna. 
Dobrze się złożyło, że byłam padnięta po nieprzespanej nocy. Szybki prysznic i długa drzemka. Później popołudnie/ wieczór z książką i YouTubem. I wczesna noc.

7 grudnia rano wracałam do domu. Wpierw taksówką na dworzec, później dwa pociągi, samolot, pociąg i samochód. Dotarłam do domu przed 16. 😐A niby byłam tuż obok.

Trzeba przyznać - w Szwajcarii mają czyste i punktualne pociągi. 

I tak minęła mi ta rotacja. Była piękna! 😍


Z okazji zbliżających się Świąt, życzę Wam samych wspaniałych lotów!


P.S. Za tydzień zapraszam na wpis z Gambii!