sobota, 4 listopada 2017

Jesień w Nowym Jorku

Widzieliście kiedyś film "Autumn in new York"? Jeżeli nie, to serdecznie polecam na jesienny wieczór.
Będąc w Miami ponownie go obejrzałam i pomyślałam sobie, że fajnie by było pospacerować po Central Parku jesienią. I wiecie jak to jest: "mówisz i masz"😉 Na drugi dzień w grafiku był już Nowy Jork!
W dzisiejszym wpisie zapraszam Was na kilka zdjęć wykonanych przez mojego bardzo uzdolnionego kolegę.





widok z autobusu
Flatiron Bld - jedna z ikon tego miasta.
Powiedziałam o filmie i ogólnie spełnianiu moich lotniczych zachcianek chłopakom. Poprosili mnie, żebym obejrzała coś o Europie.... Tak na przyszłość, znacie jakiś dobry film o Warszawie? 😄


wtorek, 31 października 2017

Miami

Jeżeli spojrzycie w archiwum bloga, to zobaczycie, że w tym roku byłam już i w Miami Beach i w Miami Lakes. Pierwszy raz jednak byłam w Miami - Miami.

Widok z mojego okna i tęcza. W październiku na Florydzie często pada, ale jest ciepło. Zawsze gdy widzę tęczę, to wymyślam życzenie do spełnienia. :)
 Miami to głównie wysokie budynki i przystań portowa. Odchodzą stąd ogromne statki wykonujące rejsy po Karaibach.

Jeżeli utkniecie w korku, który się nie porusza, to możliwe, że most przed Wami jest otwarty. Podobno otwierane są one co trzy godziny, żeby wypuścić te olbrzymy.
Osobiście wolę miasta z historią, ale trzeba przyznać, że wieżowce w Miami są ładnie zaprojektowane.
mrożona Pina Colada w Miami Beach
A teraz trochę o cenach na Florydzie. Zgadnijcie ile kosztuje taki drink jak na powyższym zdjęciu? 40$! Parking przy plaży to 20$, lepiej wziąć Ubera niż wynająć samochód. Dobrze, że byłam służbowo i moja podróż była opłacona - no poza tym drinkiem i jedzeniem. 😅


piątek, 27 października 2017

Everglades

Czy słyszeliście kiedyś o Everglades? Ja też nie, aż do tego pobytu w Miami. Ale pewnie uczyliście się kiedyś o lasach namorzynowych? Ja też. Dawno, dawno temu. I teraz miałam okazję przekonać się jak wyglądają one naprawdę.


Everglades to Park Narodowy na południu stanu Floryda. Od centrum Miami można do niego dotrzeć w przeciągu godziny. Główną atrakcją tych bagien, bo mi się tak najbardziej to kojarzy, są przejażdżki specjalną łodzią.

Turyści wypływają na 30 minutową przejażdżkę - koszt 25$. Na pomoście dostaje się watę do zatkania uszu - silnik głośno pracuję. A dlaczego nie zatyczki? Bo jeżeli wata nam wyleci, to jest to produkt organiczny i nie zaśmieci Parku.
 Inną atrakcją tego miejsca jest możliwość spróbowania lokalnych smakołyków - aligatorów.

W tego typu przydrożnych barach serwuje się ogon aligatora oraz żabie udka. Grilowany ogon smakuje jak kurczak, jest tylko bardziej gumiasty.
Po posiłku razem z załogą udałam się na mały pokaz. Można na nim pogłaskać małego gada oraz dowiedzieć się, że w Miami są one regularnie odstrzeliwane, bo zagrażają mieszkańcom. Tylko te, co trzymają się terenów Parku Narodowego są bezpieczne. Inne, które zawędrowały do miasta są wyłapywane. Jeżeli nie skosztowały ludzkiego mięsa, to są wypuszczane na odległych terenach. Te, które zaatakowały ludzi, muszą zostać uśmiercone (gdy raz pokosztują ludzkiego mięsa, zawsze będą go szukać). Co więcej, aligatory są kanibalami i zjadają siebie nawzajem.

W czasie rejsu udało nam się zobaczyć jedną sztukę. Pomimo usilnych starań naszego sternika, nie chciał podpłynąć bliżej.
Największą część Parku stanowi morze traw.
Reszta to wspomniane lasy namorzynowe, wysepki i kanały między nimi.
Bardzo fajna wyprawa, polecam wszystkim zmęczonym Miami Beach. A na koniec jeszcze jedno zdjęcie z restauracji w Coopertown.


-"Super ta plakietka. Przydałaby mi się na pokład samolotu" - mówię do kelnerki.
-"W taki właśnie sposób ja się tutaj dostałam!" - odpowiada ona.
😂

poniedziałek, 23 października 2017

Z życia stewardessy wzięte: rozpakowywanie w hotelu

Wspominałam już kiedyś, że nigdy nie rozpakowuję się do końca w hotelach. Ułatwia to mi jego szybkie opuszczenie. Ponieważ pracuję w lotnictwie dyspozycyjnym, to rzadko wiem, kiedy będę musiała znowu lecieć i ile będę miała czasu, żeby się ponownie zapakować. Mam jednak pewien system, którym się w dzisiejszym wpisie z Wami podzielę. Stosuję go od lat i spełnia się on znakomicie - szczególnie na krótkich pobytach.

Po pierwsze wieszam swój mundur w szafie. Dzięki temu łatwiej jest go wyprasować (a czasami nie trzeba wcale). Obok szafy ustawiam buty mundurowe.
Po drugie porządkuję hotelowy minibar i wkładam tam swoje jedzenie. Więcej o tym możecie przeczytać tutaj.
Następnie zanoszę swoją kosmetyczkę i pidżamę do łazienki. Z kosmetyczki wyjmuję tylko rzeczy, które użyję tego wieczoru i następnego dnia rano. Dodatkowo, jeżeli wiem, że coś już mi nie będzie potrzebne (np. mleczko do demakijażu), to od razu chowam je z powrotem.

Reszta moich rzeczy pozostaje w walizce i w jej okolicy. Zdarza się, że jedynym miejscem gdzie można ją otworzyć jest drugie łóżko.
Kolejny krok to obejście pokoju i znalezienie dobrego, widocznego miejsca - najlepiej biurka, na którym rozkładam swoje ID, biżuterię, podłączam telefony do ładowania (na noc przenoszę je bliżej łóżka i ustawiam budzenie w obydwóch: służbowym i prywatnym). Jeszcze tylko lokalizacja czajnika/ekspresu do kawy - jeżeli mam bardzo wczesny wylot następnego dnia, to od razu napełniam go woda. Szybki prysznic i mogę padać na łóżko.

Też tak macie?
A Wy jakie macie triki na bezbolesne błyskawiczne layovery?

czwartek, 19 października 2017

Malaga

To była moja druga wizyta w Andaluzji i w Maladze. Za pierwszym razem spędziłam tu wspaniałe dwa dni z załogą jeszcze z poprzedniej firmy. Tym razem miałam do dyspozycji aż cztery dni! Niestety jak to w mojej pracy bywa, nasz pobyt był przedłużany z dnia na dzień. I dopiero każdego następnego poranka dowiadywaliśmy się, że jeszcze zostajemy na kolejny nocleg.

Pierwszego dnia odbyliśmy wieczorny spacer.
O rzymskim panowaniu przypomina amfiteatr w centrum starego miasta.
Drugiego dnia wraz z moją nową singapurską koleżanką wybrałyśmy się na zwiedzanie Alazaby - arabskiej fortyfikacji z XI wieku.

Wstęp na teren cytadeli jest bezpłatny. Jest to najlepiej zachowana taka budowla w Europie.
Dla Arabów przywykłych do pustyni, jednym z synonimów raju jest woda.
Ich budowle słynną z symetrii, zdobień oraz właśnie niezliczonych ujęć wodnych.
Po zwiedzaniu udałyśmy się na mój urodzinowy obiad.

Tradycyjna paella i czerwone wino zmieszane ze Spritem (?). Później była jeszcze kawa, lody, ciasto i więcej drinków! W końcu urodziny ma się raz w roku!
Na ostatni dzień zostawiłyśmy sobie zwiedzanie Katedry i bezcelową wędrówkę uliczkami starego miasta.

Imponująca budowla powstawała przez dwa stulecia.
Jeżeli macie czas, koniecznie wybierzcie się na spacer i podziwiajcie śródziemnomorską architekturę.
A może uda Wam się trafić na to dzieło wzorowane na polskiej malarce Tamarze Łempickiej?
Niestety i tym razem nie udało mi się odwiedzić muzeum Picassa. Zawsze jest powód, żeby wrócić tu znowu :)

sobota, 14 października 2017

Promem

Pisałam już kiedyś o tym jak dolatuję do pracy. Zdarzyło mi się też na Bahamy, czy też na Malediwy dopłynąć łódką - wszystko w ramach pracy. Pierwszy raz jednak musiałam podróżować promem, żeby dołączyć do swojej załogi.

Rotację rozpoczęłam na lotnisku w Warszawie i Lufthansą przeleciałam do Frankfurtu i dalej do Hong Kongu. Niestety to nie był koniec mojej podróży, choć ta trwała już od prawie czternastu godzin. Otóż mój samolot miał być w Makau. Szukając biletu dla siebie poprzedniego dnia (firma pokrywa koszty, ale biletów szukamy sobie sami), nie udało mi się znaleźć dogodnego połączenia lotniczego. Pamiętałam jednak, że będąc jeszcze z poprzednią firmą w Makau, moi koledzy urządzili sobie przeprawę promem do Hong Kongu. Zapytałam firmę o to, ale ci mogli znaleźć tylko tyle co sama znalazłam w interencie.
Jak więc to zrobić?

Po wylądowaniu w Hong Kongu należy podążać za strzałkami do sekcji E2, tam znajdują się okienka oferujące przeprawę super szybkim promem. Bardzo ważne jest to, żeby nie przechodzić przez granicę na lotnisku! Jeżeli nasz paszport zostanie sprawdzony na lotnisku, to już nie będziemy mogli skorzystać z bezpośredniego morskiego transferu. Wtedy trzeba wziąć taksówkę i udać się do głównego portu, co wiąże się z kosztami i stratą czasu.

Taka super czerwona limuzyna na nas czekała.
Przy zakupie biletu (ok 40 dolarów - płatne kartą, lokalną gotówką lub dolarami amerykańskimi) okazuje się odcinek bagażowy oraz paszport. Nasza walizka zostanie załadowana przez pracowników promu i zobaczymy ją dopiero na miejscu. Nie odbieramy sami bagażu w Hong Kongu! Dlatego warto mieć sporo czasu na ten transfer. Jeżeli bagaż będzie opóźniony, to będziemy mogli wsiąść dopiero na następny prom, a te w okresie zimowym kursują co pięć godzin....
Przed wejściem na pokład obsługa czytnikiem sprawdza, czy nasza walizka została już odebrana przez ich pracownika, jeżeli nie to musimy czekać w osobnej kolejce. Następnie podziemny pociąg zabiera nas do wyjścia na prom. Całość wygląda jak lotnisko - są bramki z numerami (promy odchodzą też do Chin), zapowiedzi, toalety,  należy również zachować bilet do kontroli.
Wchodzimy i zasiadamy w lotniczych fotelach na przeprawę która trwa ok 55min.

Opuszczam Hong Kong.
Takie same promy kursują w drugą stronę, procedura jest podobna.
I już dopływamy do Makau.
Odprawa paszportowa odbywa się już na lądzie po drugiej stronie. Następnie odbieramy bagaż z takiego samego ruchomego pasa jak na typowym lotnisku. (Bagaż odbiera się za przejściem granicznym).
Jeszcze tylko godzina w kolejce do taksówki, które nie przyjmują tutaj kart kredytowych, więc stop po drodze w kantorze. I w końcu jestem na miejscu! Teraz mogę zacząć pracę. :)

wtorek, 10 października 2017

Widoki z okna - nocą

O tym, że nie lubię latać nocą możecie przeczytać tutaj. Jednak nocki mają jedną dobrą stronę - niesamowite widoki z okna.


Telefon nie złapał ostrości, ale zdjęcie i tak mi się podoba :)


Zachód słońca, a ja pracuję.
Dobranoc! Pomyślcie o tych, co właśnie przemierzają przestworza.


sobota, 7 października 2017

Vlogi stewardess

Czy oglądacie jakieś vlogi? Ja śledzę następujące (wszystkie filmiki dostępne na youtube):

1) Jenny Ernst - stewardessa ze Stanów Zjednoczonych. Fanka zdrowego odżywiania i fitnessu. Pokazuje swoje życie codzienne i dzieli się z widzem problemami bycia na wiecznej rezerwie dla dużych linii lotniczych.


2) Skyflygirl - o tej vlogerce pisałam już na FB. Marina od wielu lat lata dla Emirates. W swoich filmach pokazuje nowo odwiedzane miejsca i opowiada o życiu w Dubaju.


3) Carrie Ann - kolejna cabin crew ze Stanów Zjednoczonych. Carrie Ann lata jednak dla małych regionalnych linii. Dodatkowo zajmuje się makijażem.


Koniecznie podzielcie się swoimi ulubionymi kanałami!

poniedziałek, 2 października 2017

Krótko i na temat

Jeżeli chcecie przeczytać krótki artykuł mojego autorstwa o byciu stewardessą zapraszam tutaj:

Stewardessa - informacje praktyczne 
Dziękuję Monice - autorce strony!

I jeszcze jedno spojrzenie na obraz stewardessy w kulturze popularnej:
The Stepford Wives ... "These women are like deranged flight attendants" foto: internet

sobota, 30 września 2017

Z życia stewardessy wzięte, czyli co je stewardessa?

Wiele osób pyta mnie, czy dostajemy posiłki na pokładzie? Wyżywienie załogi zależy od zasad panujących w firmie. W najgorszych low-costowych liniach może być tak, że nie dostaje się nawet wody! I nie mówię tu tylko o cabin crew, piloci też muszą przynieść swój prowiant na pokład. W innych dostaje się pudełko lunchowe - gdzie znajduje się owoc, kanapka, jogurt, batonik (zależnie od pory dnia) ale nie ma w nim gorącego posiłku.
W większości firm komercyjnych załogi dostają tacki podobne do pasażerskich z gorącymi daniami do odgrzania. Wiem, że pracując np. w Emirates można zaznaczyć alergie, czy też preferencje jedzeniowe (np. wegetarianizm, gluten free itp).

Co jem ja? Otóż w mojej firmie wypełnia się formularz, co by się chciało dostawać na poszczególne posiłki. Podaje się kilka propozycji śniadań, obiadów, przekąsek i kolacji. Dział cateringu, który zamawia jedzenie dla pasażerów zamawia również dla załogi kierując się właśnie tym formularzem. Tak więc w czasie lotu wyżywienie mam zapewnione. Co więcej, na prywatnych jetach zamawia się dla pasażerów dużo więcej niż ci są w stanie zjeść. Jeżeli nie mam ochoty na swój posiłek zawsze mogę (po tym jak moim podróżni zostali nakarmieni) coś tam sobie jeszcze skubnąć z ich menu. Zdarzają się też takie loty, że nie mam czasu zjeść nawet swojego posiłku, nie mówiąc już o kosztowaniu innych specjałów. W swojej karierze zrobiłam sześciogodzinny lot w czasie którego nie udało mi się wypić małej butelki wody.
Po locie, jeżeli nie ma obowiązku wyrzucenia jedzenia (takie prawo obowiązuje np. w USA, Australii, Kanadzie i Nowej Zelandii) załoga często zabiera jedzenie za sobą do hotelu.

Moja sałatka w prze-aranżowanym minibarze. Wyciągam hotelowe napoje i wkładam swoje jedzenia.
Tak jest gdy latam. Gorzej gdy siedzę w hotelu na dyżurze, bo wtedy nikt mi jedzenia nie zapewnia. W niektórych hotelach, dzięki programom lojalnościowym, mamy śniadanie zapewnione. Wtedy mamy bezpłatną wyżerkę. Jeżeli nocujemy w hotelu bez takiej opcji, to niestety musimy za śniadanie zapłacić. (Zaznaczam tu, że cabin crew nocując poza bazą otrzymuje diety, w mojej firmie wypłacane są one z następną pensją, po rozliczeniu się przez system online. W innych liniach często załogi otrzymują lokalną walutę w kopertach w momencie meldowania się do hotelu.)

Śniadanie w hotelu to koszt od 20$, zależnie od klasy i lokalizacji noclegowni.
Żeby nie wydawać tyle pieniędzy, staramy się jeść poza hotelem.

Śniadanie w popularnym w Stanach Starbucksie - 10 $.
Podobnie ma się sytuacja z obiadem, czy też kolacją. W hotelu jem tylko, gdy nie mam innego wyjścia (np. nic nie ma w okolicy, mamy lot wieczorem i muszę odpocząć, jestem chora/zmęczona/sfrustrowana).

Obiad w Panda Express - 10 $.
Oczywiście, często załoga wychodzi razem do lokalnej restauracji. Wtedy nie ma co liczyć na wydanie 10$ ;) . Jednak spędzania wspólnego czasu i poznawanie lokalnych potraw warte jest poniesienia większego wydatku. No chyba, że nie lubi się swojej załogi... ale to już oddzielny temat.

wtorek, 26 września 2017

Miau Cafe

Jeżeli śledzicie mój Instagram, to wiecie, że kilka dni temu byłam w kawiarni zamieszkanej przez koty. Miau Cafe (ul. Zawiszy 14 w Warszawie) to dom dla sześciu bardzo miłych sierściuchów.

Żeby było jasne!
W kawiarni obowiązuje regulamin.
W pierwszym pomieszczeniu można zamówić napoje i ciastka, które można spożyć w towarzystwie mieszkańców drugiego pokoju.
W chwili obecnej znajduje się tutaj sześć kotów. Niestety byłyśmy z koleżanką ok 12 i wszystkie one odbywały sjestę.




Koty wylegują się na specjalnych platformach, ale też na krzesłach (nie ubierajcie ciemnych ubrań). Do kociej sali wpuszczana jest jednorazowo tylko ograniczona liczba gości. Możliwe, że będziecie musieli zaczekać, aż ktoś wyjdzie.
Wszyscy mieszkańcy zostali przygarnięci po śmierci poprzedniej właścicielki; dlatego tak dobrze ze sobą współpracują. Jeżeli zastanawiacie się nad posiadaniem czworonoga w domu, to pomyślcie o adopcji, a nie o kupnie!

A może traficie na moment kiedy Puma wychodzi na spacer? :)
Dla mnie taka kawiarnia to świetna sprawa. Kocham koty ale ze względu na rodzaj pracy i moją alergię nie mogę ich trzymać w domu. Kto idzie ze mną następnym razem?